"Lubię grać tym, co mam, ale też tym, czego mi brakuje". Vincent Cassel w specjalnej rozmowie z Katarzyną Sobiechowską-Szuchtą

Rola bezwzględnego Vinza z filmu "Nienawiść" przyniosła mu światową sławę. Vincent Cassel był też impulsywnym Marcusem z filmu "Nieodwracalne", a w "Czarnym łabędziu" zagrał despotycznego dyrektora baletu. Teraz Francuz gra jedną z głównych ról w filmie "Historie równoległe" według Kieślowskiego, który 14 sierpnia wejdzie do polskich kin. W specjalnej rozmowie z Katarzyną Sobiechowską-Szuchtą z RMF FM opowiada m.in o fascynacji "Dekalogiem", o magii dźwięków, podobieństwie do rodziców i cenie, jaką płaci za swoje ekranowe role. Ale też o sztucznej inteligencji i o... pelerynie Batmana.

"Lubię grać tym, co mam, ale też tym, czego mi brakuje". Vincent Cassel w specjalnej rozmowie z Katarzyną Sobiechowską-Szuchtą
„Historie równoległe”, materiały Monolith Films /materiały udostępnione

Katarzyna Sobiechowska-Szuchta, dziennikarka RMF FM: Jestem z Polski i kino Krzysztofa Kieślowskiego jest częścią naszej kulturowej tożsamości. Pomysł dziesięciu filmów opartych na „Dekalogu” okazał się wyjątkowy. Pamiętasz, jak przyjęto go we Francji?

Vincent Cassel: Pamiętam, że w czasach, gdy powstał filmowy „Dekalog”, to było coś absolutnie niezwykłego. Myślę, że właśnie dlatego do dziś inspiruje tak wielu twórców na różnych poziomach. To dzieło, o którym wiedzą nawet ludzie, którzy nigdy go nie oglądali. Stało się punktem odniesienia, kamieniem milowym.

Było opowieścią o tym jak kruche są nasze uczucia, o przypadku, o metafizyce.

I zobacz, rozmawiamy dziś o Krzysztofie Kieślowskim przy okazji premiery francuskiego filmu wyreżyserowanego przez irańskiego reżysera. Chyba nie ma większego komplementu dla twórcy. 

Reżyser „Historii równoległych” Asghar Farhadi mówił, że zachwyciła go twoja rola w „Nienawiści” i już od tamtego czasu chciał z tobą zrobić film. W jaki sposób pracowaliście nad twoją postacią?

Im bardziej reżyser ma sprecyzowaną wizję, tym łatwiej pracuje się aktorowi. Zwłaszcza jeśli jest przy tym pewny tego, co robi. Na szczęście Farhadi należy do tego rodzaju twórców, co Scorsese czy Fellini, oczywiście każdy robi to na swój sposób. Nie zamierzam dyskutować z ich metodą pracy. Chcę ją zrozumieć i się do niej dostosować. Farhadi jest niezwykle precyzyjny. Ale po francusku mamy takie powiedzenie „la liberté dans la contrainte”, czyli wolność odnajduje się w ograniczeniach. Toni Servillo, którego uwielbiam i uważam za jednego z najwybitniejszych współczesnych aktorów, mówił ostatnio, że im więcej ograniczeń i im trudniej znaleźć w nich własną wolność, tym ciekawsza staje się praca. Myślę, że w filmie Farhadiego to szczególnie trafne.

Zwłaszcza, że grasz tu dwie role jednocześnie. Mogę się tylko domyślać, jak trudno było przeskakiwać między dwiema historiami.

Na początku trudno mi było w ogóle zrozumieć scenariusz. Przez te imiona, przez sposób, w jaki historia przeskakuje między różnymi rzeczywistościami. Nie mogłem tego ogarnąć. Dopiero za trzecim czytaniem zacząłem rozumieć, o co chodzi. Dużo o tym rozmawialiśmy. Ja zawsze pytam, kiedy coś wydaje się zbyt skomplikowane. I próbuję znaleźć jakiś punkt zaczepienia. W tym przypadku skupiłem się przede wszystkim na dwóch bohaterach i relacji między braćmi, czyli między postaciami granymi przez Pierre'a Nineya i przeze mnie. W pewnym momencie jeden z nas dominuje, a później role się odwracają i to drugi przejmuje kontrolę. Na tym zbudowaliśmy nasze postacie. Doszedł jeszcze aspekt fizyczny. Mój filmowy brat jest trochę młodszy, bardziej skupiony na sobie. Mój bohater jest bardziej zmęczony życiem, jakby trochę złamany. W ten sposób znaleźliśmy klucz do tych ról.

I twój bohater ma problem z chorym kręgosłupem. Wydało mi się to w jakiś sposób symboliczne.

Ja też myślę, że to metafora. To był też sposób, żeby pokazać coś, co po prostu dzieje się z wiekiem. Kiedy człowiek się starzeje, zaczynają się problemy z plecami, wszyscy to znamy. Nawet jeśli umysł nadal jest sprawny, ciało już nie nadąża. Mój bohater jest starszy od swojego brata, więc potrzebowaliśmy pewnej równowagi między nimi.

To jest, przyznasz, dość nietypowe, bo rzadko grasz słabe, poranione postacie. Zwykle twoi bohaterowie są bardzo silni, mocni, wyraziści. Masz teraz czasem takie myśli „starzeję się i dlatego dostaję takie role”?

Nie, zupełnie nie. Lubię grać tym, co mam, ale też tym, czego mi brakuje. Kiedy jest się młodym, próbuje się wyglądać na starszego. Kiedy jest się starszym, robi się odwrotnie. No, tak już jest. Poza tym nadal dostaję bardzo różne propozycje. Ostatnio grałem umierającego starca, potwora. I bardzo lubię się tym bawić. Nie odbieram tego osobiście. Mam do tego zdrowy dystans. Chociaż przyznam, że kiedy ostatnio zaproponowano mi rolę wymagającą szybkiego biegania i ciągłych scen walki, to pomyślałem sobie: „no dziękuję bardzo, ale jak długo jeszcze?” (śmiech).

Od lat łączysz kino autorskie z wielkimi hollywoodzkimi widowiskami. Miałeś okazję pracować z twórcami z różnych krajów, kultur i języków. Co dziś sprawia, że zgadzasz się na nowy projekt?

To zawsze jest jakieś przeczucie. Bardziej zapach konkretnej przygody niż jakakolwiek lista konkretnych kryteriów. Gdy usłyszałem, że Asghar Farhadi chce mnie w swoim filmie, byłem gotów! I to jeszcze zanim przeczytałem scenariusz. Potem go przeczytałem... i nic nie zrozumiałem. Pomyślałem: „cholera, będzie ciężko, bo kompletnie tego nie łapię”. Ale właśnie to było ekscytujące. Później wszystko zaczęło się układać, a na końcu znaleźliśmy się w konkursie głównym w Cannes z filmem, który jest w pewnym sensie bardzo metafizyczny. To wymaga pełnego zaufania. Czasem decyzję podejmuje się dla pieniędzy. Czasem dlatego, że chce się pojechać na festiwal. Czasem dlatego, że chce się pracować z kimś, kogo się lubi. Nie ma żadnych sztywnych zasad. Przynajmniej dla mnie.

A twoje role dubbingowe są w takim razie bardziej dla pieniędzy czy dla przyjemności? 

Zrobiłem ich naprawdę sporo. Od dwudziestu lat zajmuję się dubbingiem i użyczyłem głosu wielu różnym postaciom. Wszystko zaczęło się bardzo prosto. Kiedy jest się młodym aktorem i trzeba zarabiać na życie, to właśnie dubbing jest jednym ze sposobów na zarobek. Z czasem odkryłem jednak, że jest z nim tak, jak ze wszystkim innym. Im więcej tego robisz, tym stajesz się lepszy. A jako aktor, kiedy kończysz zdjęcia do filmu, przychodzi etap postsynchronów. Czasem trzeba ponownie nagrać kwestie dialogowe. Wielu aktorów się tego boi. Ja nie mam z tym problemu. Dzięki temu możesz sprawić, że scena będzie subtelniejsza, mocniejsza, bardziej precyzyjna. W pewnym sensie dubbing przygotowywał mnie do takich sytuacji.

W „Historiach równoległych” grasz filmowego dźwiękowca, jak bardzo pomogła ta znajomość świata dźwięku i dubbingu?

Reżyserowałem krótkie metraże i od zawsze fascynowała mnie praca dźwiękowców. Zwłaszcza twórców efektów synchronicznych, czyli foley. Oni wykorzystują przeróżne materiały sprawiają, że dźwięki w filmie brzmią naturalnie. To niezwykłe rzemiosło. Mam wrażenie, że pochodzi z zupełnie innej epoki. Jest bardzo oldschoolowe. Te kawałki papieru, szklanki, stare buty... To naprawdę piękne. Lata temu poznałem Nicolasa Beckera, fantastycznego twórcę dźwięku. W Paryżu był znany między innymi z tego, że stworzył odgłos peleryny Batmana. Opowiadał mi, że w tym dźwięku... w ogóle nie ma peleryny. To kawałek rury, uderzenie w mikrofon, jakieś odgłosy robione ustami, wszystko zmieszane razem (Vincent Cassel wykonuje dźwięk odgłosu peleryny Batmana - przyp. red.) To jest sztuka. Naprawdę piękna.

To świetny fragment do radia. Dziękuję.

(śmiech)

A nie obawiasz się, że z rozwojem sztucznej inteligencji i nowych technologii takie rzemiosło może zaniknąć? Mnie to akurat bardzo smuci.

Jeśli chodzi o sztuczną inteligencję, zauważyłem jedną rzecz. Kiedy AI zaczęła pojawiać się wszędzie, przez pierwszy tydzień właściwie jej nie rozpoznawaliśmy. Ale już po drugim tygodniu człowiek niemal od razu wiedział, że coś zostało stworzone przez AI. Uczymy się po prostu odczytywać te sygnały. I często nie chodzi nawet o jakość obrazu, tylko o kontekst. Jest w nim coś, co wydaje się nie w porządku i od razu to wyczuwamy. Dlatego myślę, że AI jest po prostu narzędziem. Sam przestałem już tak bezgranicznie ufać chatom AI, bo czasami mówią kompletne bzdury. Raczej nie można na nich polegać w sprawach dotyczących ludzkich relacji. Natomiast jeśli chodzi o kwestie techniczne, medycynę czy wysyłanie rzeczy w kosmos, to uważam, że jest to jedno z najlepszych osiągnięć ostatnich lat.

A jak sztuczni aktorzy kiedyś zastąpią prawdziwych?

To ja już wtedy będę stary. Albo mnie już nie będzie. Jeśli ludzie będą oglądać kiepskie filmy tworzone przez sztuczną inteligencję, to ich problem. A później, pewnego dnia, i tak pojawi się ktoś, kto znowu zrobi coś prawdziwego.

Skoro rozmawiamy o dźwiękach, masz jakiś ulubiony? Muzyka? Odgłosy natury? A może cisza?

Cisza jest piękna. Alleluja! Ale jeśli miałbym wybrać tylko jeden dźwięk, byłby to szum morza. Taki, jak słyszymy teraz w tle.

A co sprawiło, że zakochałeś się w kinie?

Jako dziecko oglądałem dosłownie wszystko. I pamiętam, że bardzo lubiłem naprawdę głupie filmy. Dziś, kiedy o nich myślę, nie wstydzę się tego, ale zastanawiam się, jak to mogło mi się wtedy podobać. Później, kiedy zacząłem świadomie wybierać filmy i naprawdę interesować się kinem, najważniejszym odkryciem był dla mnie Federico Fellini. I właściwie do dziś nic się pod tym względem nie zmieniło. Ten mój nowy film jest także opowieścią o tym, jak patrzenie na drugiego człowieka może stać się formą władzy. To skłania do myślenia o samym kinie. 

To podglądanie jako forma władzy jest ciekawe również w kontekście rozpoznawalności. Czy ta świadomość, że wszyscy nieustannie obserwują, bywa przytłaczająca? 

To jest bardzo ciekawe pytanie. Sam fakt, że ludzie na nas patrzą, nie stanowi problemu. Każdy ma prawo patrzeć na każdego. Na ulicy, w telewizji, gdziekolwiek. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ludzie zaczynają wymyślać nasze życie. Przecież tak naprawdę nic o sobie nawzajem nie wiemy. Bardzo często, kiedy spotyka się kogoś osobiście, okazuje się: „ten człowiek wcale nie jest taki, jak o nim mówiono” albo „ona nie jest taka, jak ją przedstawiano”. Wizerunek tworzony przez media nie jest prawdziwy. A dziś ludzie mają potrzebę reagowania na wszystko bardzo emocjonalnie. Wylewają na innych własną frustrację. Czytam czasem rzeczy na swój temat i zastanawiam się skąd tyle nienawiści? I dlaczego? Byłem już w mediach wszystkim. Rasistą. Homofobem. Mizoginem. Może to wynika z ról, które gram. Ludzie projektują na mnie postaci. Widzą we mnie narcyza, człowieka agresywnego. Jeśli tak jest, to znaczy, że uwierzyli w moje role. Wolę myśleć o tym w taki właśnie sposób.

Ale ten film również o tym opowiada. O tym, jak mężczyźni budują własną tożsamość na podstawie pewnych „gotowców”. Jakie męskie wzorce były dla ciebie w młodości inspiracją?

Przede wszystkim mój ojciec. (Vincent jest synem cenionego francuskiego aktora Jeana- Pierre’a Cassela - przyp. red). To właśnie od niego wszystko się zaczęło. Dziś mam sześćdziesiąt lat i nadal to dostrzegam. Kiedy jest się dzieckiem, naśladuje się różne zachowania, zanim jeszcze naprawdę się je zrozumie. Dopiero z czasem orientujesz się, że w pewnych sytuacjach poruszasz się dokładnie tak, jak ojciec. Albo mówisz jak matka. To trochę przerażające, ale myślę, że w pewnym momencie trzeba to po prostu zaakceptować. Kiedy człowiek to przyjmie i głęboko odetchnie, przestaje robić z tego dramat. I wtedy okazuje się, że wcale nie jest to takie złe.

Opracowanie: