Fani Idrisa Elby długo wierzyli, że ma on realne szanse na angaż do bondowskiego cyklu. Wszak, ich zdaniem, Elba świetnie sprawdza się w kinie akcji. Jednocześnie rolą chociażby Luthera pokazał on, że potrafi tworzyć rozdarte wewnętrznie, wielowarstwowe postaci, co wydawałoby się naturalną kontynuacją Bonda wykreowanego przez Craiga.
Jednak w najnowszym wywiadzie Elba ostatecznie uciął wszelkie spekulacje na temat jego możliwego zaangażowania w tę franczyzę. I choć, jak sam przyznał, wskazanie go do tej roli odebrał jako wielki komplement, oczekiwania te były nierealistyczne. Aktor podkreślił, że Bond powinien pozostać wierny swojej tradycyjnej formie.
„James Bond został napisany w określony sposób nie bez powodu. Myślę też, że patrząc realistycznie, niektóre rynki po prostu tego nie kupią. Bond jest popularny na całym świecie. A widzowie nie wszędzie zaakceptują czarnoskórego mężczyznę, Afrykanina, grającego Bonda. W ich kulturze to po prostu nie przejdzie. Kropka” - stwierdził aktor w rozmowie z brytyjską edycją magazynu „GQ”.
Elba dodał również, że jego zdaniem postać ta nie powinna ewoluować zbyt drastycznie w stosunku do oryginalnego pierwowzoru Iana Fleminga. „Bond jest tak nierealistyczny, że odrobina realizmu dobrze mu robi, ale nie próbujmy robić z niego filmu woke (na siłę nowoczesnego). Uważam, że trzeba pozostać wiernym temu, czym to jest: eskapistyczną rozrywką. Nie próbujcie trafiać w gusta całego świata. Nich Bond pozostanie Bondem” – dodał.
Choć trudno powiedzieć, kiedy ostatecznie poznamy nazwisko kolejnego odtwórcy tej kultowej roli, to Amazon MGM Studios poczyniło ważny krok. W maju branżowe media informowały o tym, że rozpoczęły się oficjalne przesłuchania do roli agenta 007. O pomoc w wyłonieniu aktora, który go sportretuje, studio zwróciło się do reżyserki obsady Niny Gold. Jej doświadczenie i niezawodny instynkt pozwoliły wybrać idealną obsadę „Gry o tron” czy „The Crown”. (PAP Life)