W 1993 roku na ekrany kin trafił futurystyczny film akcji „Człowiek demolka”, wyreżyserowany przez Marco Brambillę. Opowiada on historię policjanta z przeszłości, który robi dużo zamieszania w świecie przyszłości, gdzie całkowicie poradzono sobie z przestępczością. Zostaje on przywrócony do życia, by powstrzymać złoczyńcę, który został rozmrożony i sieje postrach. I to właśnie przy okazji kręcenia tej produkcji, Sylvester Stallone dwa razy otarł się o śmierć.
W „Człowieku demolce” Stallone wcielił się w rolę Johna Spartana, który rusza tropem Simona Phoeniksa, granego przez Wesleya Snipesa. Jak wspomina aktor, była to produkcja, w której postawiono na realizm, zamiast posługiwać się ekranowymi sztuczkami. Kiedy więc w scenariuszu uwzględniona została scena, w której główny bohater zostaje podniesiony przez gigantyczne szczypce, takie szczypce zostały zbudowane. „One naprawdę działały. Coś się popsuło i te stalowe szczypce mogły rozedrzeć cię na pół” – wspomina gwiazdor w rozmowie z magazynem „GQ”.
W drugiej z niebezpiecznych scen kluczową rolę odgrywał ogromny pojemnik zbudowany z pleksiglasu. Tak twardego, że nie dało się go rozbić nawet ciężkim młotem. Napełniony został ciepłym olejem, a w środku został umieszczony Stallone. Aktorowi groziło utonięcie, gdyby poziom oleju sięgał powyżej jego nosa, a sam nie mógł się z niego wydostać, gdyż pojemnik został przykryty przykręconą pokrywą. „Kilku członków ekipy siedziało tam na wszelki wypadek z młotami kowalskimi i siekierami. Po zakończeniu sceny poprosiłem, by sprawdzili, czy udałoby się im to otworzyć. Oczywiście uderzyli pojemnik ze 20 razy bez skutku” – opowiada Stallone. (PAP Life)