50-letni F.P., przyjeżdża do nadmorskiego miasteczka, żeby zakończyć swoje życie. Precyzyjnie planuje swoje odejście, odhaczając na liście kolejne punkty: sprzedaż udziałów w firmie, pożegnalny list do żony, spotkanie z kochanką, wreszcie wybór miejsca pochówku. Zaskakujące jest to, że z zewnątrz F.P. wydaje się człowiekiem sukcesu, jest majętny, ma rodzinę. W środku jednak czuje się wypalony i brakuje mu poczucia sensu. „Mam wszystko, na czym mi nie zależało” - mówi.
Temat, który podjął Maciej Żak, reżyser i autor scenariusza, jest poważny, ale konwencja tego filmu jest zaskakująca. Obraz pełen jest ironii, humoru, momentami skręca w stronę groteski, czarnej komedii. - Scenariusz powstał na podstawie mojego opowiadania, w którym punktem wyjścia była refleksja nad samobójstwem. Był to temat, który bardzo mnie intrygował od dawna. Choć nie czerpałem z własnych doświadczeń, to rozmowy z przyjaciółmi oraz osobami, które mają za sobą takie kryzysy, utwierdziły mnie w przekonaniu, że tę historię po prostu trzeba opowiedzieć” – mówi PAP Life Maciej Żak.
W główną rolę F.P. wciela się Ireneusz Czop, znany m.in. z filmów „Pokłosie” i „Broad Peak”, a który ostatnio wystąpił też w takich projektach, jak „Breslau” i „Wielka Warszawska”. - Przeczytałem scenariusz i pomyślałem sobie: »Boże słodki, co z tym zrobić?« Z głównym bohaterem, który jest everymanem, jest trudno, bo trzeba znaleźć taki rodzaj mianownika, który będzie rymował się z wieloma ludźmi. Nagle się okazuje, że F.P. jest podobny do prawnika, do lekarza, jest podobny do naszego kumpla, czy czyjegoś taty. Na pierwszy rzut jest też człowiekiem sukcesu. Ale w drugiej odsłonie nagle się okazuje, że ma jakiś rodzaj braku, tęsknoty, pogubienia, nieprzystosowania, braku satysfakcji. Zastanawiamy się, jak to jest, że facet, który ma właściwie wszystko, nagle mówi sobie: »Nie, ten świat nie jest dla mnie«. To bardzo ciekawy punkt wyjścia – mówi PAP Life Ireneusz Czop.
Aktor przyznaje, że pracując do postacią F.P., sam postawił sobie kilka pytań i znalazł parę odpowiedzi. - Czy one są stałe? Nie, są płynne. Czasem mam wrażenie, że też jestem nieprzystosowany. Czasem mam wrażenie, że marudzę. Czasem mam wrażenie, że też jestem pogubiony, jak on. A czasem mam wrażenie, że to są jakieś filozoficzne problemy, które mogą mnie nie dotyczyć. Ale - w gruncie rzeczy - to życie mnie interesuje, ono jest ciekawe. Ono zadaje mi pytania prywatnie, takie intymne. Czy jestem przygotowany na jakiś rodzaj finiszu życiowego? Co to znaczy w ogóle? Czy mam na tyle interesującą relację z moją partnerką, kolegą, córką, synem, żeby to było wystarczające, żeby być uśmiechniętym, żeby być tu i teraz? Nie wiem. Na pewno bardzo interesujące jest zadawanie sobie tych pytań i szukanie odpowiedzi – podkreśla aktor.
I dodaje: „Zapiski śmiertelnika” są o życiu. Jak można zapisać coś, co jest po życiu? Zapiski po śmiertelniku? Myślę, że sam fakt przygotowywania się do odejścia jest na tyle interesujący, że buduje wartość życia przed. Te wszystkie chwile przed odejściem są niezwykłe i one powodują, że zaczynam się uśmiechać, że coś jest ważne, że coś jest jasne, że coś jest pogubione. Ten film jest o nas. O naszym pogubieniu, naszej niestabilności. O odpowiadaniu sobie na pytanie, po co tu jesteśmy? Dokąd idziemy? Czasem mamy wrażenie, że jesteśmy nieśmiertelni, ale czy na pewno?
Ta rola była dla Ireneusza Czopa także trudna pod względem fizycznym. - Z zimnem jestem oswojony, bo „Broad Peak” był takim wyzwaniem. Minus 44 st. i pękały nam termometry, ale tam było inaczej. Tam było wysoko, w górach, w ciuchach alpinistycznych. Tutaj było bez ciuchów, na golasa i do wody. Koniec listopada, początek grudnia, Bałtyk. Jest to wyzwanie dla ciała. Ale większym wyzwaniem niż woda w Bałtyku był deszcz, który musiał być robiony przez strażaków, bo deszczownice, które mogliśmy tam ustawić, nie spełniały swojego zadania. Ten dzień zdjęciowy był masakryczny. A drugi to było leżenie, również bez ubrań, w kostnicy – wspomina.
Reżyser tak wspomina wybranie Ireneusza Czopa do roli głównej. - Irek grał w moim poprzednim filmie „Konwój. I tam zagrał totalnie milczącą postać, chyba nie wypowiedział w tym filmie ani jednego słowa. Scenariusz „Zapisków” był kompletnie inny, tutaj słowo ma bardzo duże znaczenie, dialogi i monologi. Natomiast - powiem szczerze - że z Irkiem też pokoleniowo jesteśmy bardzo blisko i było mi dosyć łatwo rozmawiać z nim o tym bardzo trudnym temacie – podkreśla Maciej Żak.
F.P. rozlicza siebie jako męża, ojca, kochanka, biznesmena, syna. Szczególnie ważna jest relacja z ojcem (Marian Dziędziel). Ojciec F.P. nie żyje, objawia się jako duch, który ma odwieść F.P. od samobójstwa, może właśnie dlatego, że sam popełnił samobójstwo. Skłania to do postawienia pytań: co dziedziczymy po naszych przodkach, czy z ojca na syna przechodzą traumy, słabości, czy nasz los jest zakodowany w naszym DNA?
Jak Czop zapamiętał Mariana Dziędziela z pracy na planie? - Ma poczucia humoru po uszy i czasami musiałem naprawdę bardzo się skupiać, żeby się nie śmiać podczas zdjęć. Jest frywolny, fertyczny, fantastyczny, lekki, z dużym dystansem do siebie. Z taką swadą nie tylko w sposobie mówienia, ale też w sposobie bycia. To jest fantastyczne, patrzeć na aktora, który nie tylko zna swoje rzemiosło, ale jako człowiek jest uśmiechnięty wewnętrznie, pełen światła – mówi Czop.
W filmie zagrały również m.in. Magdalena Popławska (Żona), Magdalena Boczarska (Prokuratorka/Kochanka) i Agata Turkot (Recepcjonistka).
„Zapiski śmiertelnika” od piątku w kinach.
Iza Komendołowicz (PAP Life)