Film koncentruje się na postaci Carrie White, którą sportretowała Sissy Spacek. Nieśmiałej nastolatce, prześladowanej w szkole przez popularne dziewczyny i dręczonej w domu przez fanatycznie religijną matkę (Piper Laurie). Wybór odtwórczyni głównej roli okazał się kluczowy dla sukcesu filmu, choć początkowo reżyser Brian De Palma miał zupełnie inną wizję. Sissy Spacek nie była faworytką producentów. Ale aktorce nie brakowało determinacji, miała też ciche wsparcie ze strony męża, Jacka Fiska, który pracował przy filmie jako dyrektor artystyczny. To on namówił żonę, by spróbowała swoich sił.
Podczas przesłuchania, Spacek miała 25 lat. By wyglądać młodziej, aktorka sięgnęła do swojej nastoletniej garderoby i wybrała sukienkę, którą lata temu uszyła dla niej mama. Choć wyglądała w niej groteskowo, uznała, że ten strój dopełni wizerunku maltretowanej dziewczyny, o który zadbała bardzo szczegółowo.
„Pamiętam, że przeczytałam książkę w noc poprzedzającą zdjęcia próbne i to wystarczyło, żebym naprawdę się z nią utożsamiła. Obudziłam się, nie umyłam zębów, nie umyłam twarzy i nałożyłam sobie wazelinę na włosy, żeby wyglądały na brudne i zaniedbane” – przyznała w jednym z wywiadów Spacek.
Determinacja aktorki była tak ogromna, że gdy na miejscu charakteryzatorki próbowały wziąć ją na bok, by zmyć wazelinę i poprawić jej wygląd przed kamerą testową, Spacek zareagowała instynktownie i teatralnie. „Oczywiście uciekłam na drugi koniec pokoju, kuląc się ze strachu. Ale wiecie, myślę, że każdy z nas ma w sobie gdzieś taką Carrie – a przynajmniej ma ją każdy nastolatek – więc po prostu uzewnętrzniłam tę część samej siebie” – dodała.
Proces castingowy przeszedł do legendy kina z jeszcze jednego powodu. De Palma organizował go wspólnie ze swoim przyjacielem, George'em Lucasem, który w tym samym budynku szukał obsady do pierwszych „Gwiezdnych wojen”. Aktorzy krążyli między pokojami przesłuchań, co zrodziło mit, jakoby Spacek miała pierwotnie zagrać księżniczkę Leię. Choć ostatecznie obie produkcje poszły własnymi ścieżkami, to właśnie na tych wspólnych przesłuchaniach wyklarowała się młoda, genialna obsada „Carrie”. Obsada, w której znalazł się też m.in. John Travolta, dla którego postać sadystycznego Billy'ego Nolana, chwalona przez samego Kinga, stała się przepustką do wielkiej kariery.
Także poza kamerą Spacek robiła wszystko, aby nie stracić kontaktu z bolesnymi emocjami swojej bohaterki. Przez cały okres zdjęciowy celowo izolowała się od reszty obsady. Podczas gdy John Travolta czy Nancy Allen w przerwach między ujęciami spędzali czas razem, Spacek przesiadywała samotnie w swojej przyczepie, otoczona religijnymi tekstami i ponurymi ilustracjami, które pomagały jej utrzymać stan permanentnego emocjonalnego rozbicia.
„Pierwszego lub drugiego dnia Sissy podeszła do nas i powiedziała: »Kocham was, będziemy mieli świetne zdjęcia, bardzo się cieszę, że nad tym pracuję. Ale chcę wam tylko powiedzieć, że zamierzam się od was odizolować. Chcę poczuć to odizolowanie. Bardzo was lubię i nie bierzcie tego do siebie. Chcę wam tylko powiedzieć, że robię to celowo, bo chcę się wczuć w rolę«. Wszyscy bardzo ją za to szanowaliśmy, co sprawiło, że jeszcze bardziej chcieliśmy i byliśmy gotowi być dla niej tak okrutni, jak tylko mogliśmy, bo wiedzieliśmy, że to jej pomoże” – wspomniała w wywiadzie dla Vulture PJ Soles, filmowa Norma Watson.
Największy dowód na bezkompromisowość Spacek nadszedł jednak wraz z realizacją finałowego ujęcia, które na stałe zapisało się w historii kina grozy. W tej legendarnej, wieńczącej film scenie, z ziemi nagle wyłania się zakrwawiona dłoń zmarłej Carrie i chwyta za ramię ocalałą koleżankę. Choć Brian De Palma planował w tym ujęciu wykorzystać dublerkę, Spacek kategorycznie zaprotestowała, upierając się, że widzowie muszą zobaczyć jej własną rękę. W rezultacie aktorka pozwoliła zamknąć się w specjalnej skrzyni pod ziemią i - dosłownie - dała się zakopać żywcem pod warstwą gruzu, żwiru i piasku. To ekstremalne poświęcenie opłaciło się z nawiązką. W 1976 roku scena wywoływała w kinach masową histerię i do dziś uchodzi za jeden z najlepiej zrealizowanych momentów zaskoczenia w dziejach horroru, co aktorka uwielbiała podziwiać z ukrycia.
„Kiedy byłam w Nowym Jorku i w kinach pojawił się film »Carrie«, chodziłam do kin tylko na ostatnie pięć minut filmu, żeby zobaczyć, jak wszyscy podskakują z krzeseł” – przyznała aktorka.
To bezkompromisowe podejście ekipy i aktorów zyskało przede wszystkim uznanie samego Stephena Kinga. Choć autor słynie z bezwzględnej krytyki wielu ekranizacji swoich książek, dla „Carrie” Briana De Palmy zawsze miał ogromny szacunek. W swoich wspomnieniach King przyznawał wprost, że film z 1976 roku pod wieloma względami okazał się bardziej finezyjny od jego surowego, powieściowego debiutu.
„Podejście De Palmy do tego materiału było lżejsze i bardziej zręczne niż moje własne – a także o wiele bardziej artystyczne... Książka wydaje się wystarczająco jasna i prawdziwa, jeśli chodzi o bohaterów i ich działania, ale brakuje jej stylu, jaki ma film De Palmy. Książka próbuje patrzeć na to mrowisko, jakim jest szkolna społeczność, bez ogródek, prosto w twarz; spojrzenie De Palmy na ten świat jest bardziej ukradkowe...” – stwierdził pisarz.
Sukces filmu stał się dla pisarza kamieniem milowym. Choć za prawa do ekranizacji otrzymał skromne 2500 dolarów, przeniesienie jego powieści na wielki ekran przez De Palmę zadziałało jak potężna machina marketingowa. Sukces „Carrie” otworzył drzwi dla kolejnych ekranizacji – zaraz potem kupiono prawa do „Miasteczka Salem” i „Lśnienia”. (PAP Life)