Recepty literackie w Międzynarodowy Dzień Książki

Ulubiona książka wpływa na człowieka, pozwala dotknąć emocji z przeszłości, ale też znaleźć w niej coś nowego. W Międzynarodowy Dzień Książki Eliza Kącka poleca „Cudowną podróż” Selmy Lagerlöf, Marek Bieńczyk - Karola Maya, Natalka Suszczyńska - amerykańskich poetów, a Mikołaj Grynberg - Philipa Rotha.

Recepty literackie w Międzynarodowy Dzień Książki

Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich UNESCO ustanowiło 1955 roku, jednak jego obchody mają dłuższą genezę. Po raz pierwszy święto powołano w 1926 r. z inicjatywy wydawcy z Walencji Vicente Clavel Andrésa. Data 23 kwietnia nie jest przypadkowa. Tego dnia w 1616 roku zmarli William Szekspir i Miguel de Cervantes.

23 kwietnia jest także hucznie obchodzonym w Katalonii świętem, któremu patronuje św. Jerzy. Jeszcze przed wybuchem drugiej wojny światowej narodził się zwyczaj, zgodnie z którym mężczyźni wręczali kobietom czerwone róże symbolizujące krew smoka pokonanego przez św. Jerzego. Kobiety rewanżowały się z kolei podarunkami książkowymi.

Książka ma moc zmieniania świata, zwłaszcza przeczytana w odpowiednim wieku. Eliza Kącka wspomina z dzieciństwa (i poleca) „Cudowną podróż” Selmy Lagerlöf. - Bo jest tu wszystko. Wszystko, czego potrzebowała dziewczynka, by rozkręcić wyobraźnię i mieć w zanadrzu obraz lotu. Mały Nils był dla mnie wówczas figurą nie tyle dziecięcej krnąbrności, ile samotności w świecie. Stąd najpewniej nie brałam tej książki za pedagogiczną – i nadal nie biorę. Za budzącą w nas człowieczeństwo za to – w pełni. I nie idzie tylko o naukę z przemiany Nilsa, ale o całość pejzażu ludzko-zwierzęcego. I formującą, budującą moc tęsknoty naraz za dalekim horyzontem i domem, kojącym światłem i otulającym mrokiem - wspomina pisarka dla PAP.

- „Nie obawiaj się, niczego się nie lękaj, mały Nilsie, póki ja jestem” – tyle razy przepowiadałam sobie deklarację słońca. Po latach zobaczyłam – i doceniłam – że, łagodna z pozoru, jest to również wspaniała przypowieść o okrucieństwie świata. O głodzie, krzywdzie i lęku. I Północ doczekała się swoich „Nędzników”! - uważa Kącka.

Często rodzice obawiają się, że książka może się okazać zbyt poważna dla dziecka, zbyt okrutna, zbyt wcześnie wprowadzająca w realia życia. Eliza Kącka wspomina, że w jej przypadku poważna lektura nie zaszkodziła. - Grozę czającą się w surowych obrazach „Cudownej” doceniłam późno, jakbym musiała dojrzeć do tego rejestru. Jako dziewczynka przedstawiałam sobie złote pola idyllicznie – obecnie patrzę na nie przez pryzmat „goghowski”: bo, jak na płótnach van Gogha mocna żółć podbita jest mrokiem, a linie nie należą do spokojnych - zapewnia.

- Mikrokosmos powieści Lagerlöf przygotowuje na spotkanie z realizmem magicznym – bo jest magiczny jako taki. Mało kto tak wzruszająco jak Selma zaklina rzeczywistość, by przeszła w legendę. Albo inaczej: by nasze życie stanęło na palcach i zwykłość zyskała rangę legendy do snucia jej sobie w nieskończoność. Mój ulubiony epizod, na poły autotematyczny, w którym pisarka wybiera się w rodzinne strony, by doświadczyć niemożności powrotu do dawnego czasu (i ewokuje postać ojca niezdolnego do skrzywdzenia zwierzęcia ani rośliny), kończy się spotkaniem z maleńkim Nilsem – i otrzymaniem daru opowieści. Tym samym powrót nie owocuje wskrzeszeniem utraconego czasu, lecz zrodzeniem nowej jakości widzenia, refleksji. Tak dom stać się może mitem. Każdemu życzyć jego Nilsa - poleca Kącka.

Marek Bieńczyk w dzieciństwie i wczesnej młodości przeżywał epoki zakochania się w jakiejś książce, kompletnej fiksacji na punkcie rzeczywistości przedstawionej. - W dorosłym życiu czytanie przypomina u mnie nadal - jak wtedy - „zaczadzenie”: fascynacja konkretnym autorem trwa rok lub dwa, przypomina zakochanie, po czym mija. Jednak to tamte pierwsze książki postawiły fundament mojego pisania - podkreśla pisarz.

Jako pierwszą fascynację wspomina twórczość Karola Maya, a przede wszystkim „Winnetou”. - To oczywista literatura pokoleniowa dla naszej części Europy. Winnetou uczył mnie nie tylko, jak istotne jest braterstwo, ale też, by tak rzec, dialektyki pojawiania się i znikania. Kochałem go, a on ciągle gdzieś przepadał. Aura nieobecności głównego bohatera i jego ostateczne odejście przygotowywały, jak sądzę, grunt pod moje teksty poświęcone melancholii, zwłaszcza książkę „Melancholia”. O tych, co nigdy nie odnajdą straty - wspomina Bieńczyk.

- Zaskakującym doświadczeniem - wciąż się sobie dziwię - była „Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Przeczytałem wszystkie tomy, nie tylko ten pierwszy, mając zaledwie osiem, może dziewięć lat. Kochałem się wówczas w pewnej Ani, co sprawiało, że podświadomie utożsamiałem się z jej adoratorami. Ta lektura uczyła mnie epickości; przybliżała do literatury realistycznej. Prawdopodobnie sprawiła, że później tylko w bardzo niewielkim stopniu pociągały mnie fantastyka, science fiction czy surrealizm - podkreśla pisarz, który miał też w czasach licealnych epokę Ernesta Hemingwaya. - Przeczytałem wszystko, co napisał, najbardziej lubiłem jego opowiadania. Fascynowało mnie u niego ciągłe niedopowiedzenie – budowanie nastroju przez elipsę, gdzie jedno słowo znaczy więcej niż całe akapity. Jako kontrapunkt dla tej oszczędności pojawił się jednak szybko Bruno Schulz. U niego wszystko było z kolei stylistycznie rozbuchane, „nabrzmiałe” i gorące, poddane wspaniałemu wirowi metafor - dodał.

Poetka Natalka Suszczyńska też miewa czytelnicze obsesje, na przykład wokół antologii poetów amerykańskich w przekładach i wyborze Piotra Sommera. - Miałam na jej punkcie obsesję. Trzymałam ją obok łóżka, zakreślałam, zakładałam, zaginałam rogi. Ale to było jakiś czas temu. Nie otwierałam jej od dawna. Teraz, kiedy zaczęłam ją przeglądać, okazało się, że w środku jest pełno rzeczy, o których kompletnie zapomniałam - odkryła poetka.

W ulubionej książce można odszukać całe swoje życie. - Mam na myśli to, co sama do niej włożyłam: pocztówki, wsuwkę do włosów, poezje, które dyktowałam babci jako pięciolatka (całkiem urocze), kserówkę z zajęć Tadeusza Pióry, na które chodziłam kilkanaście lat temu jako wolna słuchaczka, próbę przekładu wiersza Williama Carlosa Williamsa, której podjęliśmy się pewnego wieczora z przyjacielem (tak, to ten słynny wiersz o śliwkach, który potem pojawił się w „Patersonie” Jarmusha; tak, przekładu nie ukończyliśmy). Wybranie najważniejszej książki w życiu to trudne zadanie. Ale chyba tak się właśnie poznaje, że to ta - dodała Suszczyńska.

Z kolei Mikołaj Grynberg powiedział PAP, że bardzo trudno jest wybrać swoją ulubioną książkę. - Z najważniejszymi książkami to mam w życiu tak, że co chwilę mam następną, i zawsze myślę, że ona jest ta najważniejsza. To zresztą najbardziej mi się podoba w literaturze. Ale jakbym miał wybrać taką, która wpłynęła do mojej głowy w idealnym momencie, to myślę, że byłoby to „Dziedzictwo” Philipa Rotha. Natknąłem się na tę książkę akurat wtedy, kiedy traciłem rodziców, i tam znalazłem coś bardzo mądrego na ten temat. Jest o tym, że nasza relacja z rodzicami, jak oni odchodzą, dalej jest dynamiczna. I to było dla mnie dobre - przyznał Grynberg. - Wszystkim gorąco polecam tę książkę, nie tylko w związku z żałobą, bo w ogóle jest to bardzo mądry i dojrzały tekst - dodał.

PAP