Informacje

Laureaci Nagród Stowarzyszenia Filmowców Polskich 2013. Nagroda Specjalna dla Stanisława Janickiego!

Dodano:

Halina Dobrowolska, Marta Kobierska, Mariusz Kuczyński, Jan Laskowski, Wincenty Ronisz, Jerzy Rutowicz oraz Stanisław Janicki to laureaci siódmej edycji Nagród Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Te specjalne wyróżnienia przyznawane są przez Zarząd Stowarzyszenia filmowcom, których praca przyczyniła się w wyjątkowy sposób do rozwoju polskiej kinematografii.

 

 

fot. Adam Golec

Statuetki Nagród Stowarzyszenia Filmowców Polskich, fot. Kuźnia Zdjęć/SFP

Ideą Nagród Stowarzyszenia Filmowców Polskich, wręczanych rokrocznie od 2007 roku, jest, aby trafiały w ręce nie tylko tych przedstawicieli filmowych zawodów, którzy stoją na pierwszej linii – reżyserów, operatorów – ale także tych, których praca jest mniej spektakularna, a jednak niezbędna, czyli np. dźwiękowców, montażystów czy scenografów. I tak wśród zdobywców Nagród w poprzednich latach są m.in.: reżyser filmów animowanych Witold Giersz, montażystka Irena Choryńska, kierownik produkcji Zygmunt Król, reżyser Sylwester Chęciński, scenograf i kostiumolog Wiesława Chojkowska czy operator dźwięku Halina Paszkowska.

W tym roku statuetki wykonane przez Dorotę Dziekiewicz – Pilich otrzymali:

•    Halina Dobrowolska – scenograf
•    Marta Kobierska – kostiumolog
•    Mariusz Kuczyński - operator dźwięku
•    Jan Laskowski - operator obrazu
•    Wincenty Ronisz – reżyser
•    Jerzy Rutowicz - kierownik produkcji

oraz Nagroda Specjalna
•    Stanisław Janicki – krytyk

Nagrodę w imieniu Wincentego Ronisza odebrał Tadeusz Filipkowski, jego przyjaciel z Fundacji Filmowej Armii Krajowej.

Gala Nagród Stowarzyszenia Filmowców Polskich odbyła się 18 grudnia 2013 roku w warszawskim hotelu Sheraton.

 
Laureaci Nagród SFP 2013 (od lewej): Jan Laskowski, Mariusz Kuczyński i Stanisław Janicki
fot. Kuźnia Zdjęć/SFP

Sylwetki nagrodzonych

Halina Dobrowolska

Polskie kino zawdzięcza jej łuczki w domu inżyniera Karwowskiego, które zawładnęły masową wyobraźnią Polaków, a także bar mleczny z łańcuchami i przykręconymi talerzami, na których lądowały pire z dżymem. Scenograf Halina Dobrowolska zrobiła dziesiątki filmów z najbardziej znanymi polskimi reżyserami.

Studia na Wydziale Architektury i Projektowania Wnętrz na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie ukończyła w 1952 roku. Z koleżanką pojechały na festiwal szkolnictwa artystycznego, aby rozejrzeć się, bez specjalnego planu. Tam poznała chłopaków ze szkoły filmowej. - Co masz zamiar robić po studiach? – zapytał Andrzej Munk. - Nie wiesz? To przyjdź do filmu. Był też drugi czynnik. Profesor z ASP polecił ją legendzie polskiej scenografii, Romanowi Mannowi. - To był najcudowniejszy szef na świecie. Na planie „Krzyżaków” pracowało mi się z nim tak dobrze, że najchętniej bym już przy nim została – wspomina Dobrowolska.

Wielokrotnie pracowała z Krzysztofem Zanussim, z którym zrobiła m.in. „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową”, cykl „Opowieści weekendowych”, czy „Cwał”. Wiele lat pracowała z Krzysztofem Kieślowskim - Kiedy robiliśmy „Dekalog” poprosił, żebym znalazła mu mieszkania z architekturą osiedla Stawki. Jak w życiu, żadnego budowania dekoracji – wspomina Dobrowolska. Przejechała chyba cały Ursynów i wszystkie inne osiedla.
- Bardzo ciekawym, choć i stresującym doświadczeniem były różnice między francuską a polską praktyką przy „Podwójnym życiu Weroniki” i „Trzech kolorach”. Trzeba było przekonać ekipę z Paryża, że zakład fryzjerski z „Białego” musi być mały, bo mieści się w „bida-domku” na przedmieściu, a operator na pewno sobie poradzi, nie ma obawy, jest przyzwyczajony do ciasnoty. Dzięki znajomości francuskiego, Halina Dobrowolska często pracowała w koprodukcjach międzynarodowych, między innymi przy realizacji filmu „Wiatr od wschodu” Robera Enrico. W Krakowie stworzyła... księstwo Lichtensteinu!

Z sentymentem wspomina „Misia”. Stanisław Bareja postawił warunek: wszystkie obiekty mają być blisko wytwórni albo jego domu na Mokotowie. W WFDiF znalazła się dekoracja - słynna toaleta z „Rozmów Kontrolowanych” to autentyczny wychodek wytwórniany. Podziemny klub Pani scenograf znalazła w pobliskiej fabryczce. - Podłoga tonęła w wodzie, trzeba było rzucić kilka desek i oto scenografia gotowa – śmieje się Dobrowolska. Przy serialu „Wielka miłość Balzaka” zgodnie i twórczo pracowała z Tadeuszem Kosarewiczem. Tu szczególnie ważna była dbałość o szczegóły historyczne, gdyż dorobek wielkiego pisarza ma swoje kluby wiernych admiratorów, wyłapujących w balzakowych filmach każdy fałsz. Podczas zdjęć w Leningradzie znalazła w magazynie wspaniałą złotą karocę Orłowa. Wspólnie z rosyjskim historykiem ustalili, że Orłow, jako kochanek carycy, miał prawo do złotego koloru karety – ale miejscowy malarz dekoracji wiedział lepiej i pomalował ją na buraczkowo...

Wnętrza i plenery Haliny Dobrowolskiej zna każdy widz polskiego kina. To kamienica na Pańskiej z drugiej serii „Domu”. To ulica Długa z „Akcji pod Arsenałem”, którą budowała w autentycznych plenerach Starego Miasta. A także snobistyczne mieszkania ze „Sztuki kochania” albo „Promu do Szwecji”, neonowa Warszawa z „Nie lubię poniedziałku” czy klasztor z „Siódmego pokoju” Marty Meszaros - autentyczna siedziba krakowskich Dominikanów. Ktoś mi pokazał wyciągniętą z internetu listę wszystkich filmów, jakie zrobiłam. Aż trudno mi uwierzyć, że to wszystko to „moje” filmy i „moi” reżyserzy – mówi laureatka Nagrody SFP. Ponad sto filmów fabularnych od lat 50., aż do początku XXI wieku, to dzisiaj wielka historia polskiego kina.

 
Laureaci Nagród SFP 2013 (od lewej): Jerzy Rutowicz, Tadeusz Filipkowski (odebrał nagrodę w imieniu Wincentego Ronisza) i Halina Dobrowolska fot. Kuźnia Zdjęć/SFP

Marta Kobierska

Film wymaga nie kostiumów, ale ubrań. Kostium musi być dla aktora wygodny, musi on o nim zapomnieć - uważa Marta Kobierska. Spod ręki wybitnej pani kostiumograf wyszły stroje, które pamiętamy z tak znanych filmów i seriali jak „Chłopi”, „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Rodzina Połanieckich”.

Marta Kobierska ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych. Po studiach znalazła pracę w nowo otwartej Telimenie, ale nie miała do tego serca. - Kostium tworzy się dla konkretnego aktora, a szycie na sprzedaż jest nudne – uważa laureatka Nagrody SFP za osiągnięcia życia. Szybko trafiła więc do filmu i już tam pozostała. Na planie filmu „Czas przeszły” Leonarda Buczkowskiego zatrudniono ją... przy dekoracji wnętrz. Jako samodzielny kostiumograf zadebiutowała w filmie „Mężczyźni na wyspie”. Dzisiaj z właściwym sobie ogromnym poczuciem humoru ocenia: Cóż tu można było zrobić? Dziesięciu kosiarzy na Mazurach w gumiakach....

Wkrótce pojawiła się perspektywa pracy w charakterze asystenta przy „Popiołach” Andrzeja Wajdy. Pieczołowicie odtwarzała militaria z dokumentów źródłowych, a wzory jedwabnych, zdobionych brokatem pasów słuckich przerysowywała ze zbiorów muzealnych. „Popioły” to mój uniwersytet kostiumowy - mówi Kobierska. Wielokrotnie wracała do wiedzy i umiejętności, zdobytych na planie filmu Wajdy.

Pytała aktorów, jakie kolory lubią najbardziej. Po to, by czuli się na planie jak w swojej skórze. Preferencje kolorystyczne omawiała z reżyserem, scenografem, operatorem. W serialu „Rodzina Połanieckich”, w którym pracowała wspólnie z Janiną Tur-Kiryłow, kolory budują postaci - Anna Nehrebecka nosi biele, beże, ciepłe pastele, Ewa Szykulska – fiolet, czerwień i bordo, Alicja Jachiewicz – zielenie. Raz postawiła się na ostro, kiedy Jan Rybkowski, przygotowując „Karierę Nikodema Dyzmy”, chciał, aby kostiumy zainspirowane były rozbuchanym malarstwem Grosza. - Ale jak ubrać elegancką hrabinę Rostocką w taki kostium? Zrobiła po swojemu. - Grosza będziesz miał, gdy będziemy kręcić knajpę! - oświadczyła wściekłemu reżyserowi. A potem usłyszała, jak Rybkowski mówi w wywiadzie: Z tego serialu najbardziej udały mi się kostiumy!

Kto wie, że większość strojów z „Chłopów” Jana Rybkowskiego jest autentyczna? - Niech pani poszuka w po wsiach, po chatach i skrzyniach – usłyszała w muzeum w Łowiczu. I rzeczywiście – znalazła w nich pasiaki, sukmany, kaftany, serdaki, lejbiki, koszule haftowane a nawet korale. Serialowi, kręconemu w rejonie księżackim, kibicowały całe wsie. A gdy się okazało, że nie ma autentycznego wełniaka ślubnego dla Jagny, znalazło się i zdjęcie babki, i pomoc kobiet, dzięki którym pieczołowicie odtworzyła biało-niebieski pasiak. - Ze wszystkich sił chciałam uniknąć Cepelii - wspomina Kobierska.

Marta Kobierska dbała o pozorne szczegóły: wkładała aktorkom gorsety, choć czasem trzeba je było przekonać, że gorset przez wiele godzin na planie narzuca sposób poruszania się, ruchu ręki. W gorsecie się nie więdnie, nie zakłada nogi na nogę – tłumaczy kostiumograf. - Zawsze pilnowałam, żeby aktor miał odpowiedni but, rękawiczkę, żeby była w tym prawda – mówi dzisiaj. - Ale też miałam szczęście do ludzi, z którymi pracowałam. Cieszył ich wspaniały efekt, choćby okupiony wysiłkiem.
Efekt ten podziwiamy dzisiaj w kanonie polskiej klasyki filmowej. „Komediantka”, „Jak rozpętałem II wojnę światową”, „Chudy i inni”, „Mniejsze niebo”... Ponad 50 polskich filmów nosi znamię jej talentu. I nie trzeba być reżyserem czy plastykiem, by zachwycić się perfekcją kostiumów, czy współczesnych, czy tych ustawionych gorsetem.

 
Laureaci Nagród SFP 2013 (od lewej): Halina Dobrowolska i Marta Kobierska fot. Kuźnia Zdjęć/SFP

Mariusz Kuczyński

Operator dźwięku ponad 50 filmów fabularnych i dokumentalnych, wielce zasłużony dla dubbingu. Laureat Orła i czterech nagród na FPFF w Gdyni. Był wszędzie tam, gdzie wdrażano w kinie polskim nowe technologie dźwiękowe. Zawdzięcza mu ono pierwsze nagrania w systemach Dolby Stereo i Dolby Digital, a także szereg innowacji z rewelacyjnym kompresorem ANIA na czele.

Kocham Mariusza! Wniósł cenne pomysły do mojej „Lawy”, a jako przyjaciel pozostał mi wierny do dziś, więc cieszę się, że ma nagrodę SFP – wyznaje Tadeusz Konwicki. Mariusz Kuczyński urodził się 30.06.1930 r. w Warszawie w rodzinie o tradycjach wojskowych i patriotycznych. W 1949 r. rozpoczął pracę w Wytwórni Filmów Dokumentalnych, gdzie na wieść o tym, że interesuje się elektroniką i potrafi naprawiać radioodbiorniki, skierowano go do dźwięku. Z pomocą kolegów uruchomił aparaturę dźwiękową angielskiej firmy G.B.Kalee, która nadeszła do Polski bez dokumentacji technicznej. Dzięki temu w WFD możliwe stało się przegrywanie filmów.

Na planie zdjęciowym Kuczyński zadebiutował w 1950 r. asystując Zbigniewowi Wolskiemu podczas realizacji dźwięku w dokumencie Wojciecha Jerzego Hasa i Jana Zelnika „Pierwszy plon”. Sześć lat później pracował z Wolskim przy pierwszym polskim filmie panoramicznym i stereofonicznym – „Zielonym i czarnym Śląsku” Witolda Lesiewicza. Wtedy też, po odejściu z WFD, rozpoczął przygodę z dubbingiem – ku radości Zwonimira Feriča, kierownika produkcji i dyrektora Studia Opracowań Filmów w Warszawie, które Mariusz Kuczyński przystosował do nagrań dźwiękowych i wyposażył w odpowiednią aparaturę. W latach 1956-1970 udźwiękowił polskie wersje językowe ponad 200 filmów!

Praca w dubbingu była dla operatora dźwięku świetną szkołą zawodu. Zatęskniłem jednak za powrotem na plan filmowy – zwierza się Kuczyński. Sposobność do tego dała naszemu laureatowi najpierw praca w Wytwórni Filmowej Czołówka, gdzie zaprojektował wszystko, co wiązało się z dźwiękiem, ale gdzie był też operatorem dźwięku głośnych filmów dokumentalnych, m.in. „Spojrzenia na wrzesień” Macieja Sieńskiego (1970), skopiowanego na taśmę 70mm ze stereofonią „Żołnierskiego trudu” Janusza Chodnikiewicza (1973) i „Dróg do ojczyzny” Wincentego Ronisza (1974), a następnie – w fabule. I tu przyszły sukcesy w postaci nagród na FPFF w Gdyni za współrealizację dźwięku w filmach: „Lawa” Tadeusza Konwickiego (1989), „Wszystko, co najważniejsze…” Roberta Glińskiego (1992, pierwszy film polski w Dolby stereo), „Bandyta” Macieja Dejczera (1997, pierwszy film polski w Dolby Digital) i „Weiser” Wojciecha Marczewskiego (2000).

Ten ostatni przyniósł Kuczyńskiemu także Polską Nagrodę Filmową – Orła. W wywiadzie dla Magazynu Filmowego SFP (nr 19/wiosna 2012) Marczewski, z którym Kuczyński pracował wielokrotnie, np. przy „Zmorach” (1978) i „Dreszczach” (1981), powiedział o nim: To był mój guru, nie tylko w sprawach dźwięku. Do zasług Mariusza Kuczyńskiego należy zaliczyć ponadto realizację dźwięku w filmach górskich Jerzego Surdela, przeszkolenie w zakresie dubbingu pracowników studia opracowań filmów w TVP, udźwiękowienie „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana (1999) oraz wielu innych filmów w Master Film Studio (nasz laureat jest jego współwłaścicielem), a przede wszystkim skonstruowanie kompresora dźwięku ANIA, który wyrównując proporcje głośności między dialogiem a tłem, kapitalnie poprawia czytelność tego pierwszego. Jak to wszystko osiągnąć? Trzeba polubić pracę, którą się wykonuje i starać się, żeby jej efekty były nieprzeciętne – odpowiada Mariusz Kuczyński.

Jan Laskowski

Wybitny autor zdjęć filmowych. Współpracował z reżyserami tej rangi, co Jerzy Kawalerowicz, Tadeusz Konwicki, Janusz Morgenstern, czy Jerzy Skolimowski. Nowoczesnym, a przy tym poetyckim stylem fotografii filmowej niewątpliwie przyczynił się do sukcesów arcydzieł słynnej polskiej Nowej Fali z końca lat 50. i pierwszej połowy lat 60. XX wieku: „Ostatniego dnia lata”, „Pociągu”, „Do widzenia, do jutra…”, „Bariery”.

(…) Moja siła opierała się głównie na geniuszu Janka Laskowskiego (…). Wiedziałem, że z nim pokonam każdą przeszkodę (…). Tak w książce Katarzyny Bielas i Jacka Szczerby Tadeusz Konwicki. Pamiętam, że było gorąco (Kraków 2001) jej bohater wspominał realizację filmu „Ostatni dzień lata” (1958), od którego zaczęła się polska Nowa Fala. Jan Laskowski był operatorem i współreżyserem tego pięknego studium psychologicznego. Jego siostra Irena i Jan Machulski grali główne i jedyne role, a brat Jerzy był kierownikiem produkcji. To Jan przekonał Konwickiego, że mając dobry scenariusz, można z nieliczną obsadą nakręcić ciekawy film. A potem zrobił skromnymi środkami rewelacyjne zdjęcia.

Urodził się w wileńskich Piotrowicach 10.02.1928 r. Po wojnie mieszkał w Łodzi, gdzie łączył pracę zarobkową z nauką. Kiedyś, idąc do pracy, kupiłem aparat fotograficzny i zacząłem robić zdjęcia. W drodze do szkoły zobaczyłem plakat filmu „Dzwonnik z Notre Dame” i połknąłem bakcyla kina. Na drzwiach Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej przeczytałem ogłoszenie o zapisach studentów. „Dlaczego chcesz tu studiować?”, spytał mnie Antoni Bohdziewicz. „Bo chcę robić takie filmy, jak „Dzwonnik z Notre Dame”. „Dobrze, jesteś przyjęty”. Tak wyglądał mój egzamin wstępny – śmieje się Jan Laskowski.

Po dyplomie (1955) był operatorem kamery w Człowieku na torze Andrzeja Munka (1956). W Cieniu Kawalerowicza (1956) figurował już pod szyldem współpraca operatorska, podobnie jak w Pożegnaniach Wojciecha Jerzego Hasa (1958). W tym samym roku debiutował Ostatnim dniem lata jako autor zdjęć. Przylgnął do polskiej Nowej Fali. Paweł Edelman: Znakomite czarno-białe zdjęcia Laskowskiego w „Ostatnim dniu lata”, czy „Do widzenia do jutra…” (1960) i „Jowicie” (1967) Morgensterna były dla nas, studentów Szkoły Filmowej, niedościgłym wzorem.

Majstersztyk Laskowskiego – Pociąg, w reżyserii podziwianego przezeń Kawalerowicza (1959, 10 lat później obaj filmowcy spotkali się na planie Gry) – został doceniony w Wenecji za walory techniczne i widowiskowe. Ulubionemu filmowi, Do widzenia, do jutra…, nasz laureat zawdzięcza nagrodę w Melbourne. Dziurze w ziemi Andrzeja Kondratiuka (1970) – trofeum w Łagowie. Nie uważam tego, co robiłem w filmie, za sztukę. Szukałem rozwiązań praktycznych, pozwalających zbliżyć się obiektywem do prawdy, która jest dla mnie w kinie najważniejsza – mówi skromnie Laskowski. W imię tej prawdy stosował realistyczne, miękkie oświetlenie.

Po wygaśnięciu polskiej Nowej Fali był jeszcze długo autorem zdjęć, przeważnie barwnych, m.in. do komedii Stanisława Barei Poszukiwany, poszukiwana (1972) i Co mi zrobisz jak mnie złapiesz (1978), komedii muzycznej Janusza Rzeszewskiego i Mieczysława Jahody Hallo Szpicbródka czyli ostatni występ króla kasiarzy (1978) oraz serialu Jana Batorego Karino (1974). Jan Laskowski pozostaje, jak mówi o nim prof. Marek Hendrykowski, niedoścignionym mistrzem liryczno-dramatycznej fotografii filmowej w kinematografii polskiej, ale na koncie ma też liczne scenariusze, wyreżyserowany samodzielnie film fabularny Mężczyźni na wyspie (1962), szereg filmów dokumentalnych (najważniejszy: Zbyszek, 1969, o Zbigniewie Cybulskim), a nawet animowanych. Lubiłem tworzyć każdy rodzaj kina – wyznaje.

Wincenty Ronisz

Klasyk polskiego dokumentu. Reżyser i scenarzysta filmów, głównie o tematyce wojennej i historycznej. Przez większość życia zawodowego związany z Wytwórnią Filmową Czołówka. W PRL nie bez trudności przypominał kamerą walki Polaków na zachodnich frontach Drugiej Wojny Światowej. Po 1989 r. wywabiał obiektywem białe plamy historii Polski, takie jak działalność Armii Krajowej na Wołyniu czy kwestię żołnierzy wyklętych.

Człowiek rzetelny i uczciwy. Nawet w trudnych czasach Polski Ludowej starał się robić takie filmy, których dzisiaj nie musiałby się wstydzić – mówi o naszym laureacie Tadeusz Filipkowski z Fundacji Filmowej Armii Krajowej. Ronisz był wymagający, ale nigdy nie wymagał więcej od współpracowników, niż od siebie. Nie jadł, nie spał, aby osiągnąć zamierzony cel, lecz potrafił zjednoczyć wokół tego celu ekipę filmową – mówi Grzegorz Borowski, autor zdjęć do filmów Ronisza z lat 1995-2007.

Wincenty Ronisz urodził się 9.02.1934 r. w Warszawie. Szczęśliwe dzieciństwo przerwała wojna, podczas której był świadkiem m.in. szturmu hitlerowców na dom rodzinny i bombardowania stolicy w latach 1942 i 1943 przez sowietów. Filmem interesowałem się od młodości, chciałem zostać operatorem. Trafiłem do filmu poprzez plastykę – mówi. Studiował przez rok w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Ukończył historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim (1957). Był scenografem Studenckiego Teatru Satyryków. Związał się z Amatorskim Klubem Filmowym Warszawa, w którym zrealizował film Tramwaj do nieba (1958,) za który dostał Główną Nagrodę na Ogólnopolskim Konkursie Filmów Amatorskich w Warszawie.

Trafił do Wytwórni Filmowej Czołówka, etat otrzymał w 1964 r. Na fali kokietowania Zachodu przez władze udało mu się zrealizować Przerwaną podróż (1966, o Władysławie Sikorskim), Bitwę o Anglię (1967, Złota Kaczka – nagroda czytelników Filmu), Skok na Arnhem (1968, Srebrny Lajkonik na Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie) i Monte Cassino (1974). Ronisz tak ciekawie łączy archiwalia z relacjami uczestników wydarzeń historycznych, że film dokumentalny ogląda się jak fabularny – i to dobry, oddziałujący na emocje widzów. Bo ja zawsze ukazuję historię XX w. oczyma ludzi, bohaterów moich filmów, np. żołnierzy wplątanych w machinę wojenną – tłumaczy.

Politrucy zepsuli mu dokument Drogi do ojczyzny (1974) – panoramę walk Polaków na wszystkich frontach drugiej wojny światowej – nakazując wyrównanie różnic w krajobrazie między Wschodem a Zachodem. Odkłamał temat w Gorzkim zwycięstwie (1995). Pierwszej wojnie światowej i odzyskiwaniu przez Polskę niepodległości poświęcił m.in. filmy: Wymarsz (1988, po premierze na krótko wycofany z ekranów z uwagi na apoteozę Józefa Piłsudskiego), A jednak Polska. 1918-1921 (1992), Gorlice (1995).

Po 1989 r. Ronisz nakręcił również dokumenty, które wcześniej były nie do pomyślenia: o AK na Wołyniu (Kryptonim Pożoga, 1998), dramacie kielecko-radomskiej partyzantki akowskiej (Byliśmy żołnierzami „Jodły”, 2000), sprawie Romualda Spasowskiego w stanie wojennym (Kariera i sumienie, 2003), czy o akowcach broniących po wojnie Polski przed komunistami (Żołnierze wyklęci, 2006). Swój ostatni film, Kresy. Arkadia i piekło (2007), poświęcił wschodnim rubieżom II RP. Twórczość Ronisza jest piękna i kultywuje mądrze pojmowany patriotyzm – uważa krytyk filmowy Tadeusz Szyma. Wincenty Ronisz jest członkiem-założycielem SFP.

Jerzy Rutowicz

Wyprawy W pustyni i w puszczy o mało nie przypłacił życiem. Kręcił film pod wodą, ale bez wody. Kierował Zespołami Filmowymi. Życie Jerzego Rutowicza, kierownika produkcji i producenta, wyznaczają kamienie milowe polskiego kina.

Jego brat, wybitny operator Wiesław Rutowicz, studiował w szkole filmowej w Łodzi, podczas gdy on, ze swoim rozbudowanym zmysłem organizacyjnym i finansowym, w Szkole Głównej Handlowej. - Ciągle przychodziło do nas pełno studentów, a to Polański, a to Sobociński. To oni namówili mnie, żebym poświęcił się pracy w filmie - mówi Jerzy Rutowicz. W 1951 roku trafił do administracji w Wytwórni Filmów Fabularnych. Tam zajął się porządkami, a było tego mnóstwo. Kosztorys do Żołnierza zwycięstwa liczył 140 stron, wymieniona w nim była każda śrubka. Zadaniem Pana Rutowicza było uprościć wzory.

Zadebiutował w Godzinach nadziei, gdzie był kierownikiem zdjęć. Młodzież z filmu przekonała go, że jego miejsce jest na planie. I tak już zostało - aż do lat 80, kiedy został dyrektorem ostatniej generacji Zespołów Filmowych. Wtedy to, jako szef Zespołów i producent Krótkiego filmu o zabijaniu otrzymał Feliksa - Europejską Nagrodę Filmową. Pierwszym poważnym wyzwaniem, otrzymanym prosto od Aleksandra Forda, były Wraki Ewy i Czesława Petelskich. - Zdjęcia pamiętam, jakby to było wczoraj, bo kręciliśmy to pod wodą, tyle że na sucho - śmieje się Rutowicz - Karol Chodura i Kurt Weber wymyślili okrągłą szybkę, która nie została równo wylana. Kiedy się obracała, to powstawało wrażenie, że film powstaje w wodzie. Na dużej gąbce rozsypali popiół, który pod ciężką nogą nurka podnosił się, sprawiając wrażenie mułu. Nie było efektów cyfrowych, kinematografia musiała sobie sama poradzić – mówi laureat Nagrody SFP.

Kierował produkcją dziesiątków filmów fabularnych, współtworzył polską szkołę filmową – filmy takie jak m.in. Pociąg i Faraon Jerzego Kawalerowicza, Do widzenia do jutra Janusza Morgensterna, Zaduszki Tadeusza Konwickiego, a potem - Nie ma mocnych i Kochaj albo rzuć, gdzie do obywatelskiego statystowania zachęcił tysiące Polaków. To on zorganizował polską produkcję nagrodzonego Oscarem holenderskiego filmu Karakter, pieczołowicie odtwarzając we Wrocławiu i na hali w „Czołówce” Rotterdam z lat 20.

Zna cztery języki obce, wielokrotnie pracował więc przy międzynarodowych produkcjach. Nic więc dziwnego, że powierzono mu misję W pustyni i w puszczy. Jako reżysera wskazał Władysława Ślesickiego. Pojechał z ekipą do Bułgarii i do Egiptu, gdzie przedzierał się przez barierę języka arabskiego i przez trudy klimatu. Ekipa jechała na plan o 4 rano i pracowała zaledwie do 12. Dłużej się nie dało. Przeżył chwilę grozy, gdy z reżyserem i operatorem utkwili w zepsutym samochodzie na pustyni. Ale dziś wspomina to jako wielką przygodę.

W latach 80. jako dyrektor Zespołów Polskich Producentów Filmowych najpierw pracował przy ustawie o kinematografii z 1987 roku, a następnie przygotował Zespoły do łagodnego przejścia w nową rzeczywistość po 1989 roku. Przez całe życie przyjaźnił się z Jerzym Kawalerowiczem, wspólnie zrealizowali w latach 90. piękny film Dzieci Bronsteina. A dzisiaj gromadzi środki na film z Jerzym Domaradzkim. Nadal jest pełen energii.

W 1966 roku razem z Jerzym Bossakiem, Wandą Jakubowską, Janem Rybkowskim i z Kawalerowiczem stworzył Stowarzyszenie Filmowców Polskich. - Połączyła nas wspólność interesów, walka o każdy scenariusz była walką polityczną. Szkoda, że dzisiaj nie ma już środowiskowej więzi, że młodzi się od nas oddzielili. - A wie, co mówi, bo jego numer legitymacji to 0006. Kawalerowicz miał 0001.

Stanisław Janicki

Historyk kina, krytyk filmowy, dziennikarz, pisarz, scenarzysta i reżyser blisko 40 filmów dokumentalnych. Filmy archiwalne – z okresu międzywojennego czy jeszcze starsze, zwłaszcza polskie – ukochał sobie jak mało kto. Miłość do nich od lat rozpala w sercach telewidzów, radiosłuchaczy i czytelników, zarówno prasy filmowej, z którą był długo związany także jako redaktor, jak i licznych książek swego autorstwa.

Trudno nie znać Stanisława Janickiego, choćby z ekranu telewizora. Przez 32 lata (1967-1999) prowadził w Telewizji Polskiej swój program W Starym Kinie. Dzielił się w nim z widzami kolosalną wiedzą o dawnych filmach, gwiazdach, reżyserach, kinoteatrach… Staszek rozbudził w telewidzach zainteresowanie przeszłością kinematografii – uważa realizator programu Jan Bielawski. A wszystko zaczęło się od przypadku – wspomina Stanisław Janicki. Na prośbę Hani Goszczyńskiej, która pracowała w telewizyjnej redakcji filmowej, zastąpiłem przed kamerą kogoś, kto miał przeprowadzić wywiady z polskimi reżyserami, lecz zachorował. Moje zastępstwo spodobało się w Telewizji. Hani i mnie zaproponowano stworzenie programu o filmach przedwojennych. Obowiązywała w nim zasada: „uczyć bawiąc, bawić ucząc”, co przysporzyło mu popularności.

Wielotysięczną widownię przyciągała też przed telewizory osobowość prowadzącego. Na planie dokumentu „Nie robić głupstw”, którego bohaterem jest Staszek Janicki, przygodni ludzie reagowali z entuzjazmem, gdy mówiłem im, że będzie to film o nim – informuje współpracujący z naszym laureatem od 30 lat operator i reżyser Krzysztof Tusiewicz. Stare Kino zniknęło z TVP, za to w Kino Polska pan Stanisław zaprasza co tydzień na Seans w Iluzjonie. W RMF Classic, w Odeonie Stanisława Janickiego, wygłasza felietony o filmie.

Urodził się 11.11.1933 r. w Czechowicach-Dziedzicach. Marzył o reżyserii filmowej, lecz gdy nie dostał się do Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi, postanowił zostać dziennikarzem filmowym. Specjalizował się w tej dziedzinie u prof. Jerzego Toeplitza podczas studiów na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, które ukończył w 1955 r.

Już na studiach pisywał do Żołnierza Wolności, co było – jak dziś wspomina – dobrą szkołą dziennikarstwa. Teksty Janickiego spodobały się redakcji Filmu, która ściągnęła go do siebie. Pracował w niej w latach 1959-1970, m.in. jako kierownik działu polskiego. Z Filmu przeszedł do Kina (1970-1974). Pełna lista redakcji, z którymi współpracował jest długa, podobnie jak uczelni, na których wykładał. W 1998 r. obronił doktorat.

Wśród miłośników kina popularnością cieszą się książki naszego laureata: Polscy twórcy filmowi o sobie (1962), Film polski od A do Z (1972-1977, trzy wydania), Film japoński (1982), Polskie filmy fabularne 1902-1988 (1990), czy Odeon. Felietony filmowe (2012).

W bogatym dorobku Janickiego-scenarzysty i reżysera, obok filmów o kinie (Za winy niepopełnione. Eugeniusz Bodo, 1997; Marzenia są ciekawsze, 1999 – o niezrealizowanych projektach Andrzeja Wajdy; Kochany i nienawidzony. Dramat życia i śmierci twórcy „Krzyżaków”, 2002), znajdziemy dokumenty poświęcone np. innym dziedzinom sztuki (Ach, ta chata rozśpiewana, 1978 – architektura drewniana, Scena pełna muzyki i tańca, 2011 – opera), czy też przeszłości historycznej (Konterfekty króla jegomości, 1983 – o Janie III Sobieskim; Skoczowskie okruchy, 1999 – o dziejach rodu Janickich; Za żydowską bramą, 2013 – o Żydach w przedwojennym Lublinie, produkcja w okresie przygotowawczym). W moich filmach unikam publicystyki, portretuję ludzi – podkreśla Stanisław Janicki, członek SFP od 1967 r.

  • 18:16 Ludovic Bource Fantaisie d'Amour
  • 18:23 Daniel Barenboim, Fryderyk Chopin Nokturn op.9 nr 2
  • 18:27 Antonin Dvorak VII Taniec słowiański op.72
  • zobacz cały repertuar »
  • Notowanie: 266, niedziela, 20 stycznia 2019
  • 1
    Marcin Masecki / Joanna Kulig
    Zimna wojna
    Dwa serduszka
  • 2
    Michał Lorenc
    Psy
    Kołysanka
  • 3
    Kortez
    Kamerdyner
    Stare drzewa
  • Zobacz całe notowanie »
Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Polityka Cookies. Prywatność. Copyright © 2019 RMF Classic