„Świata jest za dużo” to powieść konstelacyjna i panoptykalna. Jest w niej wszystko, co w twórczości Olgi Tokarczuk budzi najwyższy podziw. Dolny Śląsk, zwłaszcza Wrocław i Wałbrzych, stają się w niej sceną jednego z największych w historii Europy eksperymentów społecznych. Autorka, opisując jego istotę, podąża jednak dalej, poza Ziemie Zachodnie. W tej barwnej, napisanej z niespotykanym rozmachem powieści wędrujemy wraz z bohaterami po Lwowie, Drohobyczu i Buenos Aires, wzdłuż Dniestru i Odry, przez góry i niziny, kilkadziesiąt i kilkaset lat temu, i dzisiaj” - zapowiada Wydawnictwo Literackie.
„Ta książka jest moim aktem wiary w siłę życia, w moc budowania nowego po katastrofie, w potęgę różnorodności, która zdaje się być ewolucyjną siłą, pomagającą zachować nam odporność na wszelkie zagrożenia. Mam także nadzieję, że przysłuży się lepszemu rozumieniu naszej złożonej zbiorowej tożsamości” - tak książkę zapowiada autorka, podkreślając, że wśród ludności, która po wojnie napłynęła z Kresów na Dolny Śląsk na miejsce przesiedlonych Niemców, byli także jej przodkowie.
Tokarczuk traktuje pisanie książki jako proces, który jest od niej w dużym stopniu niezależny, a jej doświadczenie mówi, że nie do końca ma wpływ na to, kiedy zacznie pisać, ani też co będzie pisać. Dodała, że na początku ma zawsze ogólną ideę. W przypadku ostatniej książki ta idea wzięła się z poczucia obowiązku — pisarka, jak mówiła na tegorocznym festiwalu Góry Literatury, miała potrzebę napisania o tych wielkich migracjach, przesiedleniach po II wojnie światowej. Podkreśliła, że dokładnie chodziło jej o Dolny Śląsk, swoją miłość i czułość wobec Wrocławia i Wałbrzycha.
Podczas festiwalu Góry Literatury odczytano także pierwsze zdania powieści, które brzmią: „Bomba. Krótkie życie bomby od początku było marne. Urodzona gdzieś w dalekich fabrykach na wschodzie, wśród chłodu i brzydoty, w halach, gdzie w huku maszyn pracowali wygłodzeni niewolnicy, dorastała w wagonach pociągów i ciemnościach magazynów. Zobaczyła świat tylko raz tamtego dnia, w styczniowe popołudnie 1945 roku. Ujrzała go z góry, gdy otworzył się brzuch samolotu i gdy została wypchnięta w mroźne powietrze. To była zdumiewająco krótka inicjacja. Miasto z góry wyglądało na struchlałe ze strachu. Próbowało zamaskować się nieudolnie pod dachami przysypanymi śniegiem”.
Tokarczuk zapowiada też, że „Świata jest za dużo” będzie jej ostatnią dużą powieścią. Podczas tegorocznego Kongresu i Festiwalu Psychologicznego Re_mind we Wrocławiu mówiła, że traktuje pisanie jako proces. — Uświadamiam sobie, że ten proces już się jakby powoli wyczerpał i to jest bardzo fajne — stwierdziła, dodając, że po tych latach widzi, że pisała „cały czas tę samą rzecz”. - Może to nawet nie jest koło, tylko spirala, ale to był piękny, wzruszający moment takiego domknięcia. I czuję, że już po prostu nie chcę dalej opowiadać. Być może znajdę inny sposób ekspresji — powiedziała Tokarczuk.

- W najnowszej powieści Olgi Tokarczuk odnajdujemy cechy charakterystyczne jej twórczości. Dopuszczenie do głosu tych, którzy nie są zauważani, rozmach kreacyjny, intertekstualność, dramat wielkiej i małej historii, ale też skupienie na detalach, otwieranie zaskakujących mikroświatów — powiedział PAP Waldemar Popek, zastępca redaktora naczelnego Wydawnictwa Literackiego, który opiekuje się książkami pisarki od ponad 20 lat. - Wychodząca poza antropocentryczną perspektywą pokazuje w nowym świetle wydarzenia historyczne. W tym wypadku chodzi o powojenną wielką falę migracyjną, zdeterminowaną różnymi czynnikami, zmianą granic, ale też szukaniem rozwiązania dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazło się tak wielu ludzi żyjących w tamtych czasach — dodał.