Muzyka spod igły

Słuchaj już w sobotę (od 21:00 do 22:00)
Zaprasza:

Tytułowa igła, to oczywiście igła gramofonu.

Płyty pochodzą ze zbiorów Wojciecha Padjasa – dziennikarza radiowego, kolekcjonera płyt. Czarne krążki i muzyka na nich zapisana są jego pasją od wielu lat.

Niezwykły renesans tego nieco archaicznego nośnika jest zaskakujący. Na początku XXI wieku coraz większa rzesza melomanów powraca do tradycyjnego słuchania muzyki z płyt winylowych. Sklepy muzyczne utworzyły specjalne stoiska z kolekcjonerskimi wydaniami „winyli”. Także producenci sprzętu prześcigają się w produkcji coraz to doskonalszych gramofonów, wkładek i igieł.

Zapraszamy w sobotę od 21:00!

 


26 września
Jesiennie i kameralnie

London Virtuosi, to zespół muzyki kameralnej, który od razu kojarzy się z Jamesem Galawayem, doskonałym flecistą i Williamem Waltonem,  kompozytorem. Pierwszy był gwiazdą zespołu a drugi to wg brytyjskiej nomenklatury, President tego zespołu.
Istniał w pierwotnym składzie do 1972 roku, kiedy  Galaway opuścił Anglię, bo na stałe zamieszkać w Berlinie.
Przez niemal 20 lat London Virtuosi nagrywali dla niewielkiego studia mieszczącego się nieopodal Oxfordu, w miejscowości Ensyham.  Zastanawiam się, czy fakt, że tutaj właśnie, w tej  prawdziwej Anglii, nagrywano płyty, ma znaczenie dla ich brzmienia i jakości. Moim zdaniem tak, a nawet jeśli w niewielkim stopniu, to proszę poczytać o tradycji tego miasteczka;
https://eynsham-pc.gov.uk/org.aspx?n=Eynsham-Village

Tam właśnie, w dwustuletniej, nieczynnej stolarni powstało studio nagrań i niewielka wytwórnia płytowa. Mogę tylko sobie wyobrażać, ze nagrywanie w tym miejscu musiało zostawiać ślad.
Studio istnieje do dzisiaj i chociaż znacząco unowocześnione ma wciąż w pełni analogowy tor dźwiękowy – tak dzisiaj znów cenny.
https://www.thearc.ltd

A my posłuchamy ostatniej płyty, jaką z  London Virtuosi nagrał James Galaway.
 




Miłego, jesiennego wieczoru.

Wojtek Padjas


19 września 2020

Bach zaaranżowany na orkiestrę ma swoich dość zaciętych przeciwników, którzy uważają, że to postponowanie twórczości Wielkiego Kantora.  Dla złagodzenia ich niechęci proponuję Sonatę na orkiestrę podwójną Bacha – syna, Johanna Christiana.
To lekki i radosny utwór, podobnie, jak większość skomponowanych przez  pozostałych synów Jana Sebastiana, którzy zostali kompozytorami. Może to był bunt dzieci przeciw ojcu, przecież w większość muzyki, którą stworzył ich ojciec śmiało można określić mianem  poważna.

Płyta, jaką tym razem zaprezentuję została wydana przez amerykańską Columbię w 1960 roku. Płytowa technika stereo była wciąż nowością, dostępną niewielu melomanom, choć stereofoniczne radia były już powszechne, podobnie, jak studyjne nagrania stereo. Brakowało wciąż nacinarki do płyt stereo.  Stała się faktem pod sam koniec 1957 roku i od połowy 1958, coraz więcej płyt wydawano w ten sposób. Było oczywiste, że pierwszymi odbiorcami takich nagrań byli melomani „od klasyki”, bo to im najbardziej zależało na odwzorowaniu magii Sali koncertowej.


Cenię to amerykańskie nagranie z 1960 roku  za jakość i lubię go muzycznie a wykonawczo – Ormandy i Filadelfijczycy -  to ogromna perfekcja, wszak nie pozbawiona uczuciowości.
Wojtek Padjas


12 września 2020

Polonica, czyli płyty wydawane na Zachodzie z polskimi wykonawcami stanowią osobną półkę kolekcjonerską. Pytanie, czy kompozytorzy też się tutaj liczą ? Raczej nie, owe Polonica, to raczej właśnie wykonawcy i dyrygenci, wśród których nie może brakować Jerzego Maksymiuka. Zdecydowana większość płyt tego dyrygenta, wydanych poza Polską, to nagrania Polskiej Orkiestry Kameralnej, której był założycielem. Naliczyłem kilkadziesiąt zachodnich wydań tego zespołu z tym dyrygentem.
Tym razem zapraszam do wysłuchania takiej płyty. Nagrana została w Studiu Polskiego Radia, ale inżynierem nagrania był Stuard Eltham – jeden z najzdolniejszych techników Abbey Road Studios. Moim zdaniem nie ukazała się w Polsce, została wydana przez EMI w 1981 roku.


Szukałbym dla tej płyty godnego gramofonu i ten oto wart szczególnej uwagi. Nie należy do mnie, ale tak mi się podoba, że jego właściciela  - Grzegorza poprosiłem o  zdjęcie:

 

Pięknym i szlachetnym jest przywracanie do świetności tych dzieł sztuki inżynierskiej, szczęśliwie dzięki modzie na winyle, absolutnie użytecznych. Skromnie, po lewej stronie stoi sobie dzieło mojego pomysłu – mianowicie pędzel z koziego włosia, obecny w vinylspot.pl. Omiatanie nim płyty przed jej słuchaniem, by nie miała na sobie pyłków ani elektrostatycznych ładunków jest godnym rytuałem  a to one przecież czynią naszą codzienność  mniej codzienną.
Ukłony
Wojtek Padjas


5 września 2020

Już jesień mili Państwo, bo choć jeszcze nie kalendarzowa, to w kościach łamie, dni krótkie i rano mgły. Postaram się umilić sobotnie wieczory. Takie w wygodnym fotelu i w bamboszach, które niemodne dzisiaj, ale niech symboliczne choć będą.
Zaczynamy  jesień od muzyki dworskiej, granej w pałacu Sanssouci – a to z francuskiego „beztroski”. Kompozytor to Carl Philip Emanuel Bach – najstarszy syn Jana Sebastiana, ceniony przez swojego mecenasa, czyli Fryderyka Wielkiego, cesarza okrutnego dla krajów ościennych i łaskawego dla sztuki, muzyki szczególnie.
Bach – syn należy do krótkiego i mało zauważalnego rokokowego okresu w muzyce, zwanego czasem preklasycyzmem, bo torował drogę Mozartowi, Haydnowi i Beethovenowi.
Podwójny album, a właściwie dwie płyty w osobnych okładkach z lekkimi symfoniami Bacha – syna nagrał doskonały, londyński zespół kameralny, pod dyrekcją Raymonda Lepparda, ledwie wówczas 40-letniego. Płytę wydał holenderski Philips, ale ja mam edycję brytyjską z 1968 roku.
 

Polecam się łaskawej Państwa sobotniej, wczesnojesiennej  pamięci.


29 sierpnia 2020
Ostanie, wakacyjne spotkanie z winylowymi płytami z muzyką filmową. Prezentowaliśmy je wspólnie z Tytusem Hołdysem, którego winylokino jest miejscem ponad 800 winylowych płyt z soundrackami. To właściwe miejsce i czas, bym Mu podziękował za wakacyjną współpracę i wyrazić nadzieję, że gdzieś na ścieżce winylowego świata się spotkamy.
Album pointujący te wakacyjne spotkania trafił w moje ręce w idealnym momencie, bo chociaż wydany już parę miesięcy temu, dopiero teraz trafia do dystrybucji.
W pełni zasługuje na miano „audiophile vinyl”. Oto on:

 

Album zawiera kompozycje następujących autorów:
Hans Zimmer, Ramin Djawadi, Alexandre Desplat, Ennio Morricone, Howard Shore, Philip Glass, Max Richter, Karl Jenkins, Vladimir Martynov, Johannes Motschmann, Chilly Gonzales, Ludovico Einaudi.
Orkiestrze radia NDR towarzyszą soliści: Cameron Carpenter, Eldbjørg Hemsing, Sebastian Knauer, Olga Peretyatko, Johanna Röhrig, Rahel Senn, The Modern String Quintet
Dyrygenci to Ben Palmer I Michael England.

Przyznam, że kiedy słucham tego albumu -  a czynię to w ciągu ostatnego tygodnia już trzeci raz -  to wciąż zaskakuje mnie jak jest spójny, kompletny i ciekawy.
Wojtek Padjas

 


22 sierpnia 2020

Z przyjemnością zapraszam na kolejną sobotę z muzyką prezentowaną przez Tytusa Hołdysa:

Musiało się to wydarzyć kiedy miałem jakieś 10 lat. Mój ojciec, wielki miłośnik kina amerykańskiego, zrobił mi jak zwykle piękne wprowadzenie do filmowej historii, - opowiedział o Robercie Zemeckisie, Tomie Hanksie, no i czym są krewetki. Następnie wsunął wypożyczoną z osiedlowej Skarbnicy (jak nazywałem pobliską wypożyczalnię) kasetę do magnetowidu i odpłynęliśmy w świat “Forresta Gumpa”.

Byłem zachwycony.

Pamiętam jak później tygodniami nuciłem główną melodię autorstwa Alana Silvestriego. Jak błagałem mamę o zrobienie krewetek, do których kiedy w końcu wylądowały pewnej niedzieli na talerzu moje kubki smakowe nie zapałały sympatią. I jak zakładałem podrapane tenisówki i wychodziłem przed blok biegać przed siebie.



Z wielką radością zawitam razem z państwem w najbliższą sobotę ponownie w świat tego nietuzinkowego bohatera. Wysłuchamy oczywiście pełnej ścieżki dźwiękowej, która po raz pierwszy ukazała się na winylu w roku 2017 w ramach serii At The Movies.

A dla zachęty przepiękne wykonanie suity z “Forresta Gumpa”, zarejestrowane podczas koncertu Hollywood in Vienna w roku 2011.


8 sierpnia 2020

Ta  winylowo-filmowa sobota należy do Tytusa Hołdysa i jego bardzo ciekawego projektu, jakim jest winylokino – miejsce ciekawych dyskusji o winylowych płytach z muzyką filmową:
https://www.facebook.com/WinyloKINO/
Ale też prezentowane w programie  wydawnictwo jest wyjątkowe, bo to płyta z rodzaju “Test Press”, czyli próbne tłoczenie mające na celu sprawdzenie jakości dźwięku potencjalnego finalnego tłoczenia.

Oto, co pisze o nim jego posiadacz:

„To mój pierwszy tego typu krążek w kolekcji. Dość długo zwlekałem z dodaniem takiej pozycji do swych zbiorów: raz z ryzyka, że będzie grał dość przeciętnie (co jest normą tego typu próbnych winyli), a dwa, że przede wszystkim chciałem, by zawierał on muzyką dla mnie osobiście istotną. By był ze ścieżką dźwiękową, którą uwielbiam całym sercem.

I tak się w końcu stało, że premierowym test pressem w mojej muzycznej świątyni stał się album z rewelacyjną oryginalną muzyką filmową Thomasa Newmana do obrazu “American Beauty” Sama Mendesa. A, że przy okazji okazało się, że płyta brzmi nad wyraz dobrze, to aż żal taką perełką się nie podzielić.
Tytus”

Z lekką zazdrością patrzę na ten krążek, ale  wciąż wydaje mi się, że to szlachetne i pobudzające uczucie.
Wojtek Padjas

 


1 sierpnia 2020

Sięgam dzisiaj na nieco zakurzoną półkę, wstyd powiedzieć znajdującą się w piwnicy (suchej, czystej i bez ziemniaków, ale jednak piwnicy) Po prostu nie mam szans, żeby wszystkie płyty były w jednym miejscu, więc radzę sobie, jak potrafię. Nie znaczy to, że w piwnicy są jakieś gorsze płyty, skoro jest na przykład kompletna Beethoven Edition albo koncerty Organowe Bacha, czy spora część muzyki filmowej. No i tam właśnie była niesłuchana przeze mnie płyta, o której wiedziałem, że jest składanką zagraną przez bardzo popularnego, amerykańskiego pianistę Rogera Williamsa.  Kiedy jednak jej posłuchałem, wydała mi się na tyle miło – wakacyjna, że ośmielam się Państwu ją zaprezentować.






Nie są to wszakże fragmenty ścieżek dźwiękowych, ale swobodne, autorskie interpretacje bardzo, bardzo znanych filmowych przebojów… czy to coś złego ? Państwo sami ocenią. Ponieważ płyta jest wyjątkowo krótka, ledwie ciut ponad 30 minut, zostaje czas na prezentację jedynego, zdaje się, nagrania tria Petera Kasanewitza. Znów to całkiem miłe, lekko jazzujące wariacje na temat muzyki Maurice Jarre



Spodziewam się romantycznego wieczoru, jakkolwiek  zinterpretują Państwo to określenie i tę muzykę... W czyich sercach zagra?

Wojtek Padjas


BLADE RUNNER

Podczas najbliższej “Muzyki spod igły” wyruszymy w podróż po dystopijnym Los Angeles, gdzie po neonowych, zamglonych ulicach chodzą pośród ludzi idealnie ich przypominające androidy zwane replikantami. Mowa oczywiście o filmie “Blade Runner” w reżyserii Ridleya Scotta z 1982 roku powstałym na motywach powieści “Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” autorstwa Philipa K. Dicka. Ta rewelacyjna produkcja była nominowana do dwóch Oscarów (za efekty specjalne i scenografię) oraz 8 nagród BAFTA (zdobywając trzy z nich - za scenografię, kostiumy i najlepsze zdjęcia)



Autorem ścieżki dźwiękowej do filmu jest grecki twórca muzyki elektronicznej i muzyki filmowej Ewangelos Odiseas Papatanasiu, szerzej znany jako Vangelis. Jest to artysta szalenie oryginalny, a jego charakterystyczne elektroniczne brzmienie przyniosło przez lata wiele niezapomnianych utworów oraz kompozycji. Trudno chociażby nie wspomnieć o jego muzyce do filmu “Rydwany ognia” (która przyniosła mu zresztą statuetkę Amerykańskiej Akademii Filmowej), choć przyznać muszę, że musiało minąć sporo czasu bym i ja sam zaczął się nią również zachwycać. A jednym z powodów, zapewne dość osobliwym, które zmieniły moje do niej podejście był poniższy skecz wykonany podczas uroczystości otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie z udziałem Sir Rowana Atkinsona - szerzej znanego jako Jaś Fasola - w którym użyto kultowy dziś motyw przewodni pochodzący z tamtego obrazu.



Do Igły wybrałem jednak muzykę z filmu “Blade Runner” między innymi dlatego, co potwierdził sequel tej produkcji “Blade Runner 2049”, iż zadaniem piekielnie trudnym jest napisanie zapadającej w pamięć ścieżki dźwiękowej w klimacie science fiction nawiązującej jednocześnie swoim brzmieniem oraz muzyczną narracją do klasyki gatunku noir. Dodatkowo Vangelisowi udało się stworzyć dźwięki, które pozostawione same bez obrazu również potrafią opowiedzieć historię łowcy androidów imieniem Rick Deckarda (w tej niezapomnianej roli głównej wspaniały Harrison Ford).

Ridley Scott nazwał ten film swoją najpełniejszą i najbardziej osobistą produkcją, która w 2007 roku trafiła na listę „100 najlepszych filmów wszech czasów” Amerykańskiego Instytutu Filmowego. Album, którego będziemy słuchać, ukazał się po wieloletnich perturbacjach na szerzej dostępnym winylu dopiero w roku 2015 - pozwolicie jednak Państwo, że więcej o tym długim procesie wydawniczym (jak i samym filmie) opowiemy państwu już w trakcie naszego radiowego spotkania. A na chwilę obecną, by dodatkowo zachęcić do słuchania najbliższej sobotniej audycji, postawimy kropkę w postaci suity pochodzącej z tej produkcji w wykonaniu Duńskiej Orkiestry Narodowej pod batutą Thommy’ego Anderssona. 


Żądło
Łotrzykowska komedia z 1974 roku, którą do dzisiaj ogląda się z uśmiechem i ciągle tym samym oczekiwaniem, czy przekręt się uda. Film otrzymał siedem Oscarów i kilka jeszcze nominacji. Jedna ze statuetek przypadła dla Marvina Frederica Hamlischa za adaptację muzyczną, bo przecież nie był on kompozytorem ragtime’ów  – przypomniał tylko te, jakie na przełomie XIX i XX wieku komponował i grał Scott Joplin.
Zanim ukazał się film i soundrack, Joplin ciekawił bardziej historyków muzyki i zbieraczy ciekawostek, jak choćby tej płyty, na której znów zabrzmiało Piano Rolls – perforowane pasy papieru wkładane do specjalnie przygotowanych pianin, które same grały.


Wspomniałem o historycznym znaczeniu Ragtime’ów Scotta Joplina – oto bardzo zasłużony dla ratowania dorobku jazzowego Smithsoninan Institute – wydał na rok przed realizacją filmowego Żądła płytę przypominającą twórczość Joplina:


Kto wie, czy przypadkiem inspiracją dla muzyki, która nierozerwalnie łączy się z łotrzykowskimi przygodami z lat 30-tych, była ta właśnie płyta, nagrana przez New England Conservatory Ragtime Ensamble ?
Po wysłuchaniu muzyki z papierowych rolek i tej nagranej w 1973 roku czas na filmowy soundrack:



Miłego, letniego, sobotniego wieczoru,

Wojtek Padjas


Zapraszamy do parku…

…tym razem w liczbie mnogiej, bo do wakacyjnej wędrówki przez muzykę filmową wydaną na winylowych płytach zaprosiłem Tytusa Hołdysa, który tak pisze o sobie.
„Prowadzę WinyloKINO - projekt poświęcony muzyce filmowej wydawanej na płytach gramofonowych, a powstały z ogromnej miłości do świata kinematografii. Przez ponad trzy lata uzbierałem około 800 albumów z oryginalnymi ścieżkami dźwiękowymi (bądź też soundtrackami), którymi najzwyczajniej w świecie uwielbiam się dzielić z innymi pasjonatami winyli, kina oraz muzyki filmowej.

Jest to dla mnie ogromny zaszczyt mieć możliwość goszczenia w Igle przez najbliższe, wakacyjne tygodnie i prezentowania tego, co w mym filmowym sercu gra najbardziej. Mam jednocześnie ciągłe wrażenie, że nie sposób wyrazić słów wdzięczności, które należą się Panu Wojtkowi za okazane mi zaufanie, dlatego i w tym słowie pisanym pozwolę sobie na podziękowanie za spełnienie jednego z moich marzeń.

Pierwszą płytą, którą pragnę się z Państwem podzielić już w najbliższą sobotę, jest album z muzyką do ukochanego przeze mnie “Parku Jurajskiego” w reżyserii Stevena Spielberga. Autorem ścieżki dźwiękowej do tego obrazu jest oczywiście gigant filmowych dźwięków, maestro John Williams.



Przesłuchamy wspólnie cały album, który ukazał się w pięknej reedycji dzięki wydawnictwu Mondo, co oznacza, że czeka nas ponad godzina najpiękniejszych filmowych dźwięków. W przerwach poświęconych zmianie stron wspólnie z Panem Wojtkiem porozmawiamy co nieco o samym fizycznym nośniku, jak i wspomnimy historię powstania tego ponadczasowego już filmowego dzieła.

Na koniec zostawiam Państwa z tym przepięknym wykonaniem motywu przewodniego do “Parku Jurajskiego”, który został zarejestrowany podczas styczniowego koncertu Johna Williamsa w Wiedniu. Grają Filharmonicy Wiedeńscy, a prowadzi ich debiutujący w tej roli w wieku 88 lat laureat 5 Oscarów. 



Winylokino znajdą państwo na facebooku, gdzie Tytus prowadzi także ciekawe dyskusje na żywo. A mnie pozostaje szukać muzyki na przyszły tydzień.
Wojtek Padjas


WAKACJE Z MUZYKĄ FILMOWĄ…
…zapisaną na winylowych płytach a jest ich naprawdę sporo. Do współpracy zaprosiłem Tytusa Hołdysa, bowiem okazało się, że zarówno kino, jak muzyka filmowa i wreszcie winylowe płyty są mu bliskie.
https://www.facebook.com/WinyloKINO/
Z tej okazji zrobiliśmy sobie godne zdjęcie na Zamku w Wiśniczu, gdzie te muzyczne wakacje zaczęliśmy miłym koncertem polskiej muzyki filmowej. Zamek piękny, gospodarz, jak przystało na Pana na Zamku, przyjął i nakarmił.

 

A co do samego programu – zaczniemy od Tary, niezapomnianej bohaterki „Przeminęło z wiatrem” i muzyki Maxa Steinera.
Płyta z 1961 roku, nagranie z tego samego roku, autoryzowane przez kompozytora.


Wojtek Padjas


27 czerwca 2020

To pointa jesienno – wiosennych spotkań z muzyką z winylowych płyt. W wielu domach gramofony zostaną  teraz okryte, wzmacniacze przestaną świecić swoim dziwnym światłem. Rzeczywiście lato mniej sprzyja siedzeniu w audiofilskich norach, więc trzeba jakoś godnie ten sezon Muzyki spod igły zamknąć. Wybieram  IX Symfonię Beethovena. Kompozycję, która – moim zdaniem -  wymaga skupienia i myślenia, to nie jest taka muzyka, jakiej słuchamy przy okazji, ot tak sobie. Nie da się słuchać jej ani w samochodzie, ani na plaży ani w lesie. Od cichutkiego piano w pierwszych minutach przejdzie zaraz w  głośne tutti.  To niezwykłe dzieło, wpisane w 2001 roku na listę Pamięci Świata UNESCO.  Ale i to byłoby zbyt mało, by akurat w tę sobotę prezentować IX Beethovena,  pomyślałem, że ta sobota będzie znakomitym dniem, żeby przypomnieć Odę do Radości Schillera – tę, jaka stała się hymnem Zjednoczonej Europy. Przenieśmy się do roku 2012, 19 dzień maja, niewielkie Hiszpańskie miasteczko, szósta po południu:
https://www.youtube.com/watch?v=GBaHPND2QJg

Dziwne te czasy bez maseczek, bez społecznego dystansu….

Ale to tylko wstęp do naszego dłuższego, niż zazwyczaj spotkania. Czeka nas przecież cała IX Symfonia. Trwa różnie od godziny i 12 minut, do  godziny i 36 minut  – w zależności od zamysłu dyrygenta, od artystycznej koncepcji. Proponuję wykonanie ikoniczne - Leonard Bernstein, wiedeńscy Filharmonicy, soliści -  Gwyneth Jones – Sopran, Hanna Schwarz – Alt, René Kollo –  Tenor,  Kurt Moll -  Bass;  Chór opery wiedeńskiej. Rejestracja na żywo, z 5 września 1979 roku.
Płytę prezentuję z pełnego wydania Symfonii Beethovena dyrygowanych przez Bernsteina.


….
A my już w następną sobotę zgrabnie przejdziemy w letnie spotkania z muzyką z winylowych płyt, moje wiejskie studio nie będzie przez wakacje stało bezczynnie, bawić się będziemy muzyką filmową – ciut mniej znaną, czasem zapomnianą. Będą i całe, winylowe nagrania  i muzyka zapisana na kilku wybornych składankach. Niech przedsmakiem będzie ta oto płyta…kiedy będzie cała i czy będzie? ….
https://www.youtube.com/watch?v=HMOz-aSPsUk
Zatem do usłyszenia w każdą letnią sobotę o 21.00, jak zwykle.


20 czerwca 2020

Carl Philipp Emanuel Bach, najzdolniejszy z synów Jana Sebastiana i ten, który znalazł godne swojego talentu zatrudnienie w pięknym pałacu San Souci, gdzie przez 30 lat był nadwornym klawesynistą i kompozytorem Króla Fryderyka Pruskiego. To ciekawa postać ten Fryderyk, bo w naszej pamięci zachował się, jako krwawy władca,  dyktator kojarzący się z wojną siedmioletnią. Tymczasem był równocześnie subtelnym poetą, erudytą i kompozytorem a jego letnia rezydencja w Poczdamie, czyli właśnie pałac San Souci, to wyraz rokokowego gustu. Karol Filip Emanuel Bach tworzył w zupełnie innej stylistyce, niż sławny ojciec. Była także przedstawicielem stylu galant – czyli muzyki lekkiej i zwiewnej. Zapoczątkował w muzyce klasycyzm, pozostawił po sobie prawie 900 kompozycji, choć znany jest głównie z koncertów fletowych, bo jego Pan – Król Fryderyk -  był także uzdolnionym flecitą i  kompozytorem.
Tym razem sięgam po płytę z koncertami organowymi CPE Bacha. O tym, jak lekko potrafią brzmieć organy w towarzystwie zespołu smyczkowego – mogą Państwo usłyszeć z płyty wydanej w 1987 roku we wschodnioniemieckiej Eternie. Muzycznie, wykonawczo i realizacyjnie – duża przyjemność:


W programie zwracam uwagę na serię płyt Eterny sygnowanej znaczkiem DMM – nie umiem określić  koloru charakterystycznych  labeli, więc i ten zamieszczam:


Wojtek Padjas


13 czerwca sobota

Poszukiwania wczesnych nagrań stereo są jedną z moich kolekcjonerskich pasji a osobną półeczkę stanowią te płyty, które zostały zarejestrowane  w studiu w technice stereo jeszcze, kiedy nie było możliwości stereofonicznego tłoczenia płyt. Tylko część z tych nagrań została powtórzona, kiedy zmieniły się warunki techniczne, czyi powstała  stereofoniczna nacinarka do matryc. Stało się to w połowie 1958 roku i w przypadku nagrań muzyki klasycznej nie trzeba było długo czekać na takie nagrania. W kolejnym spotkaniu z winylowymi płytami mamy taki właśnie przykład. Oto kiedyś pojawiła się nawet  na jednym z portali zakupowych taśma  stereofoniczna z nagraniem z 1956 roku. Oto ona:


To niewyobrażalny kolekcjonerski rarytas, zwłaszcza teraz, kiedy magnetofony znów stały się modne. Płyta z tym nagraniem ukazała  się w 1956 roku – rzecz jasna w wersji mono:


Dwa lata później brytyjska EMI  wydała to nagranie w wersji stereo i tej właśnie będziemy słuchać.


Najchętniej to chciałbym mieć także to pierwsze nagranie, może zacznę szukać?
Wojtek Padjas


6 czerwca 2020

Dla kolekcjonerów z dawnych tak zwanych demoludów przyjemnością jest poszukiwanie takich nagrań, do których nie mieliśmy dostępu w czasach sprzed zburzenia  Muru Berlińskiego. Zatem płyty  Decca, Deutsche Grammophon czy RCA,  w tym pierwszym okresie winylowego boomu  były  przez nas najbardziej poszukiwane.  Z kolei płyty enerdowskiej Eterny, węgierskiego Hungartonu, czy radzieckiej Melodii nie cieszyły się specjalnym wzięciem, ale od tamtego czasu – czyli początku XXI wieku świat winylowy zmienił się bardzo. Dzisiaj  coraz trudniej o płyty z klasyką nagrywanene na przykład  w radzieckiej Melodii. Węgierski Hungarton uchodził zawsze za bardzo dobrą wytwórnię i  cieszył się powodzeniem wśród Zachodnich kolekcjonerów i stamtąd dopiero trafił do mnie. A jedna z tych płyt wydała mi się na tyle ciekawa, że z przyjemnością Państwu ją zaprezentuję:


Niewątpliwie nagranie płyty z czołowymi, francuskimi instrumentalistami Pierre Rampalem i Pierrem Pierlotem  dla węgierskiej wytwórni było dużym wydarzeniem. Przyznam z przyjemnością, że to jedna z lepiej nagranych płyt, jakie mam. Mam nadzieję, że i Państwo to usłyszą
Wojtek Padjas


23 maja 2020
Concerti Grossi Jerzego Fryderyka Handla (uparcie nie piszę Haendla a niemieckiego a umlaut nie umiem znaleźć na klawiaturze) należą do bardzo potrzebnego wiosną lekkiego, nastrojowego repertuaru. Concerti Grossi, to forma, jaka urodziła się w Baroku, jest rozmową pomiędzy instrumentami, by  określić to najprościej. Jest to rozmowa instrumentów, które są blisko siebie, o co dzisiaj trudno. Muzyka w czasie pandemii nie jest tematem z pierwszych stron gazet, chociaż przecież muzycy żyją z nagrań i koncertów. Jak sobie dzisiaj radzą – proszę zobaczyć:

 

Wzorem Bacha ktoś skomponował Fugę z użyciem nut składających się na słowo Covid 19



Mam nadzieję, że już niedługo będą to nagrania wyłącznie archiwalne. My cofamy się do roku 1968, początku światowej popularności Academy of St.Martin -in -the- Fields.
To komplet 12 koncertów, z których słuchamy płyty nr 2 i czterech pierwszych z opusu 6.


Zapraszam
Wojtek Padjas


16 maja 2020

Trąbka, jako instrument solowy nie była i nie jest zbyt popularna wśród kompozytorów, co jednocześnie jest zaprzeczeniem ogromnej popularności nagrań z trąbką w roli głównej. Niestrudzonym jej popularyzatorem był Maurice Andre. Nie ma chyba żadnego zbioru klasyki, w której nie znalazłaby się chociaż jedna płyta z jego nagraniami.  Tym razem do programu wybrałem nagrania o 10 lat młodszego Ludwika Guttlera:


Nagrania niemieckiej wytwórni Capprocio, niszowego wydawcy, który trzymał się wiernie płyt winylowych, kiedy świat opanowały płyty CD, ale pozostawił po sobie sporo ciekawych realizacji z lat 1983 – 1989.
Niewątpliwie najbardziej znany jest cykl bachowski z takimi oto charakterystycznymi okładkami:


Wśród wirtuozów trąbki aż do niedawna w ogóle nie było kobiet, co wydaje się dość zrozumiałe…ale to do niedawna. Dzięki nowoczesnej technice gry na instrumentach i tutaj wkroczyło równouprawnienie. Alison Balsom, to największa dzisiaj „klasyczna”  gwiazda tego instrumentu.

Wojtek Padjas


9 maja 2020

Beethovena w tym roku u nas sporo – nic dziwnego, wszak to 250. rocznica urodzin kompozytora.
Tym razem sięgnąłem po Koncert Skrzypcowy – jedyny, jaki Beethoven napisał. Wybrałem bardzo dobre, choć mniej głośne wykonanie. Czeska Filharmonia pod dyrekcją Franza Konwitschnego z Józefem Sukiem – solistą, grającym na  Stradivariusie:


Zauważają Państwo, że nie jest to oryginalne tłoczenie Supraphonu a wydanie klubowe w wyjątkowo dobrze dobranej i nagranej serii 50 płyt  wydawnictwa Eurodisc.
Jeśli Państwa ta seria zainteresuje, a powinna, to poniżej  jej dyskografa  


https://www.discogs.com/label/317814-Diskothek-Der-Meister
Polecam ją gorąco.

W ramach cyklu „Rekomendacje Muzyki spod igły” tym razem świetnie zrealizowana płyta wydawnictwa AC Records – którego twórcą jest perkusita jazzowy Adam Czerwiński.


Płyta nosi tytuł „raindance” i można ją, jak i pozostałe płyty wydane przez Adama, zobaczyć tutaj:
https://acrecords.pl/

Smakowity wieczór,
Wojtek Padjas


2 maja 2020

Tym razem I Koncert fortepianowy Fryderyka Chopina w wykonaniu Haliny Czerny – Stefańskiej. Mam zwyczaj, by co roku w pierwszym, majowym programie prezentować ten koncert, jako hołd Konstytucji 3 maja, jako uszanowanie tego, czym była, czym jest i czym być powinna Konstytucja.
Nagranie tego koncertu otwiera cykl Dzieł Wszystkich Chopina wydany w latach 1959 – 1961 w związku ze 150. rocznicą urodzin kompozytora.


To nagranie zostało wydane w połowie lat 60-tych przez Telefunkena i jest  to poszukiwane winylowe Polonicum.
 
My słuchamy tego właśnie nagrania.

Z  I koncertem Chopina granym  przez Czerny – Stefańską dla czeskiego Supraphonu  w 1955 roku wiąże  się pewna ciekawa historia. Otóż to właśnie nagranie ukazało się, jako nieznane wykonanie  Dinu Lipattiego. EMI  kupiło  w połowie lat 60 – tych nieopisaną taśmę z zapewnieniem, że to rejestracja, jakiej dokonał ktoś w czasie koncertu  Dinu Lipatiego.
Tak też tę płytę wydano:

Kiedy ją w 1981 roku wznowiono i zaprezentowano w BBC – zgłosił się słuchacz z płytą wydaną przez Supraphon w 1955 roku i twierdził, że to jest właśnie nagranie polskiej pianistki Czerny Stefańskiej,  przypisane błędnie  Lipattiemu. To okazało się prawdą, płytę, którą prezentuję powyżej oraz jej reedycję z 1981 roku wycofano, co natychmiast spowodowało, że stała się ona kolekcjonerskim rarytasem.

Wojtek Padjas


25 kwietnia 2020

Koncerty Organowe Jerzego Fryderyka Handla, lub, jak lubią niektórzy Haendla. Ja wolę Handla, bo to pisownia brytyjska, a ostatnie 20 lat życia i największe dzieła Jerzy Fryderyk napisał w Londynie.
Jego Koncerty  Organowe – a napisał ich 12 – to przykład muzyki rozrywkowej z wykorzystaniem tego, znajdującego się głównie w kościołach instrumentu.  Jerzy Fryderyk grał je w improwizowany sposób w czasie przerw między wielogodzinnymi spektaklami operowymi i oratoriami. Przy okazji z dużym powodzeniem  sprzedawał nuty tych, bardzo popularnych utworów.
Tym razem słuchamy ich z wydanego w połowie lat 70-tych albumu:


Słuchamy pierwszej. Moim marzeniem jest posiadanie - pierwszego, amerykańskiego, kompletnego wydania, pod logo London, którego Decca używała w USA:


Przy okazji poszukiwań, których na razie nie zrealizuję, choćby z powodu braku sensownego transportu z USA, znalazłem wydanie „taśmowe” tego wydania, co może bardzo zainteresować posiadaczy odpowiednich magnetofonów.

Ja oczywiście wiem, że najważniejsza jest muzyka, ale jeśli pochodzi z pierwszego wydania, to wydaje się, że brzmi znacznie lepiej, od kolejnych, co wcale nie jest regułą, ale powoduje takie pożądanie, że gotowi jesteśmy wydać znacznie więcej pieniędzy, by mieć to pierwsze właśnie.

Wojtek Padjas


18 kwietnia 2020

Arcangelo Corelli powinien kojarzyć nam się przede wszystkim z rozbudowaną, jak na epokę baroku, formą muzyczną o nazwie Concerto Grosso – koncert wielki, choć on wcale nie tak wielki, bo trwa ledwie kilkanaście minut a skład zespołu także skromny. Ale proszę pamiętać, że od czasu Corellego na symfonię trzeba było czekać jeszcze sto lat.
Ten francuski skrzypek i kompozytor tworzył przede wszystkim muzykę kameralną, a Concerti Grossi  były w dużej mierze jego autorskim odkryciem.
Tym razem wybrałem płytę wydaną w 1968 roku przez czeski Supraphon, którego realizacje muzyki klasycznej uznawane są za jedne z najlepszych w tzw. demoludach.

Udało mi się odnaleźć tę płytę w wersji stereo, co może dziwić, przecież po połowie lat 60-tych większość nagrań realizowanych na Zachodzie była stereofoniczna. Tam tak, tutaj – nie. Pierwszy, polski  został  gramofon stereofoniczny skonstruowany w 1964 roku, ale  nie wszedł on do produkcji  masowej, dopiero połowa  lat 70-tych i odwrócenie się Polski w stronę Zachodu zaowocował zarówno eksperymentalnymi programami radiowymi stereo, jak i pierwszymi płytami a także sklepami Pewex (pierwszy powstał w 1972 roku)  Co prawda pierwsza, polska  płyta stereo ukazała się w 1962 roku,  to było wydawnictwo absolutnie eksperymentalne i demonstracyjne o numerze STXL001. To na tej płycie  Jerzy Waldorff zapowiadał:  „Otwieram drzwi do sali koncertowej. Orkiestra siedzi już na estradzie. Sala pełna, no bo i koncert niezwykły, ale my, dzięki stereofonii, będziemy mieć najlepsze miejsca, nikt nie będzie słyszał doskonalej…”.

Ta płyta to absolutnie „Święty Graal” kolekcjonerów – nie spotkałem nikogo, kto miałby ją albo się do niej przyznał. Na kolejne trzeba było czekać  10 lat.
Nie dziwi więc, że na płycie czeskiego Supraphonu  z 1968 roku znaczek stereo jest ręcznie naklejany.


Miłych stereofonicznych przeżyć.
Wojtek Padjas


11 kwietnia 2020 Wielka Sobota

Wielkanoc najdziwniejsza we współczesnej historii, bo kiedy za parę godzin, w niedzielę rano powinniśmy zacząć cieszyć się i całować z bliskimi  świat pozamykany,  pusty, bez ludzi na ulicach, bez dzieci w parkach. Taka to wiosna. Ciężko to znosić – ale inaczej nie można.

Zdjęcie: Tomasz Szymczyk

Niech w ten wieczór zabrzmi Requiem Mozarta – wielkie i niedokończone, zobrazowane przez Milosa Formana z bardzo znaczącą  okładką soundracka:

 

Na Teodora Currentzisa  zwrócił mi uwagę Bogdan Frymorgen, kolega z dużego RMF, wielki miłośnik Bacha, z którym przerzucamy się czasem co ciekawszymi, muzycznymi odkryciami.
Gdzieś na początku marca Bogdan napisał do mnie o Currentzisie:
Słucham go od kilku lat. Zacząłem od Rameau. Jest nieporównywalny. Moim zdaniem cezura na miarę...no właśnie, nie ma porównania. Trzeba się było odwrócić plecami do Zachodu i wyjechać w głąb Rosji i tam stworzyć coś nowego. Choć Grek, nie udaje Greka :). Posłuchaj jego oper Mozarta !!!!!!

Posłuchałem i natychmiast zamówiłem na Amazonie wszystko, co było, także Requiem:



Dwie płyty, nagrane na 45 obrotów, jakość i wykonanie zjawiskowe. Wpadłem wtedy na pomysł, żeby Bogdana, jak będzie w Krakowie, bo życie dzieli między Londyn i Kraków, zaprosić do  programu i porozmawiać o tym zjawiskowym dyrygencie i jego zespole. Umówiliśmy się, że rozmowę nagramy 14 marca… już się nie udało, właśnie tego dnia zamknięto lotniska. Ale, to nie szkodzi, będzie jeszcze okazja.
A tymczasem zapraszam do programu nagranego w domowych warunkach.

Wojtek Padjas


4 kwietnia 2020

Rok 2020, to 250. rocznica urodzin  Beethovena i choć przypada ona w grudniu, to świat muzyki cały rok poświęca temu kompozytorowi.
Znajdą Państwo wiele wydawanych w tym roku kompletnych wydań jego twórczości, ale są to wyłącznie płyty CD. Nikt dzisiaj nie odważy się na wydanie dwunastu tomów i 47-miu płyt winylowych, jak to wydarzyło się w 1972 roku, z okazji 150. rocznicy urodzin.



Dzisiaj, to wielki rarytas kolekcjonerski. Można go zgromadzić kupując poszczególne tomy, ale jednorodne wydanie całości zdarza się rzadko.

Tym razem zapraszam do wysłuchania mojego ulubionego, piątego koncertu fortepianowego, wydanego niezwykle starannie, z okazji dziesięciolecia istnienia wytwórni EMI.  Płyta otrzymała  trzy najważniejsze nagrody – Grand Prix du Disque, Edison Klassiek i Grammy. Jest jedną z sześciu jubileuszowych i charakteryzuje się wyciętą okładką, spod której wyziera zdjęcie wydrukowane na wewnętrznej kopercie:
 


Jest to zarazem pierwszy program, który nagrywam w warunkach domowego studia.
Jeszcze do niedawna kupno dobrze nagrywającego mikrofonu było wydatkiem  rzędu kilku tysięcy złotych, do tego odpowiedni przedwzmacniacz i wejścia XLR. Tymczasem świat się zmienił i  można mieć w pełni zawodowy mikrofon,  co ważne wpinany w dowolny komputer z wejściem USB.
Ten mój nazywa się Novox NC X i co ciekawe jest autorskim, polskim projektem. Tak trzymać i nagrywać.



Wojtek Padjas


28 marca 2020

Salvatore Accardo należy niewątpliwie do najwybitniejszych współczesnych skrzypków. Wsławił się nagraniem wszystkich sześciu koncertów Paganiniego a szósty  był światową premierą. Wydał około 50-ciu płyt, z czego każda zasługuje na najwyższą uwagę.
Tym razem sięgniemy po koncerty skrzypcowe Haydna. Dwupłytowy album został wydany w 1981 roku.



Accardo gra na skrzypcach Stardivariusa, zbudowanych  w 1727 roku.
Dla zaspokojenia Państwa ciekawości – ostatnia aukcja skrzypiec Stradivariusa odbyła się w Londynie w 2017 roku i osiągnęła cenę 2 miliony,217 tys 805 Euro, co wedle dzisiejszego kursu euro oznacza ciut powyżej 10 mln złotych. Budzi rumieńce, prawda?

Wojtek Padjas


21 marca 2020

Zamknięci w domach, zdenerwowani, zmartwieni powinniśmy chociaż w sobotę wieczorem usiąść przy radiu i posłuchać muzyki, oderwać się od internetowych mediów i odszukać RMFClassic i znaleźć czas na muzykę Francois  Devienne i Wolfganga Amadeusza Mozarta.
To koncert fagotowy tego pierwszego i klarnetowy tego drugiego. Płyta z 1969 roku zachowana w idealnym stanie a muzyka zdecydowanie  lekka i miła.
Znakomite, niemieckie wydawnictwo, poszukiwane przez kolekcjonerów – czyli Schwann Musica Mundi a płyta wydana w 1969 roku:


Ale na tej płycie tym razem się nie skończy. Z wielką przyjemnością prezentuję  muzykę Milosa Karadaglica, urodzonego i wychowanego w Czarnogórze, stypendysty angielskiej Royal Academy of Music, dzisiaj gwiazdy pierwszej wielkości. Tym razem jego znakomitą muzykę nagrała Decca. To – proszę mi wierzyć i posłuchać – muzyka na złe czasy.. do wyciszenia, do późnego, sobotniego wieczora.


Rekomenduję z przyjemnością

Wojtek Padjas


14 marca 2020

Koncerty na trzy fortepiany nie są zbyt często wykonywane, by nie wspomnieć o trudnościach w realizacji koncertów na cztery fortepiany, czy klawesyny Bacha. Trzeba znaleźć troje pianistów, którzy zechcą ze sobą zagrać, którzy się zrozumieją i mają podobny temperament. W przypadku tej płyty nie było to trudne, bo lubili ze sobą występować a w dodatku to rodzinne trio, które znało się doskonale. Małżeństwo Robert i Gabi Casadesus i ich syn Jean.
Zaangażowanie do tego koncertu Philadelphia Orchestra pod dyrekcją Eugene Ormandy`ego gwarantował płycie sukces. Nagrana w 1963 roku przez Columbia gwarantuje dodatkowo wybitną jakość techniczną.


To spotkanie z winylowymi płytami ma jeszcze jeden smaczek – otóż to czas na rozstrzygnięcie konkursu, w którym pytaliśmy dlaczego wybraliście ten (podobno niedoskonały) świat. Otrzymaliśmy ponad sto uroczych felietoników, w których dominowały trzy podstawowe wątki – bo posiadanie muzyki nagranej na ten nośnik daje przyjemność obcowania z pięknym i często bardzo cennym przedmiotem, bo jakość nagrań winylowych – jeśli dobrze zrealizowane – pozwala zanurzyć się w muzyce na wiele godzin, bo jesteśmy, jako ludzie też analogowi i wreszcie to spełnienie marzeń starszych odbiorców, których kiedyś nie było stać ani na dobry sprzęt ani na dobre płyty.

A oto nagrodzona wypowiedź pani Anny:
Ciiiii. Pamiętam z dzieciństwa. Ciiiii...Towarzyszyło mi w latach młodości. Ciiiii...Słyszałam, gdy wracałam ze studiów do domu. Ciiiii... - mówił tata, gdy - z nabożną czcią - brał do ręki, niczym relikwię, jedną ze swoich winylowych płyt. A potem, wsłuchany, zasłuchany, siadał w fotelu. Z czasem pojawiły się płyty CD, a ja nie rozumiałam: Po co komu winyle? Skrzypią te płyty, jakość dźwięku niekiedy taka na dwa razy...A dziś, biorąc winylową płytę do ręki, czuję nie tylko sentyment i nostalgię, ale też dostrzegam, co tak w nich doceniał mój tata. I jestem mu wdzięczna za wprowadzenie w ten świat!

Konkurs sponsorowany był przez polskiego producenta sprzętu lampowego, który udanie wkroczył na rynek gramofonowych przedwzmacniaczy i taki właśnie stanowi nagrodę. Nie ukrywam, że wybór był bardzo trudny, co sprawiło mnie osobiście wielką przyjemność, że w większości wypowiedzi pojawiał się wątek emocji, jakie wiążą się z winylową płytą i gramofonem. Te opinie podzielam w całości – gdybym jeszcze umiał utrzymać porządek w płytach, świat byłby niemal doskonały.
A oto nagroda:
 

Zatem – do kolejnego spotkania z emocjami w muzyce
Wojtek Padjas


7 marca 2020

Bohaterów tego programu dzieli 250 lat. Pierwszy, nieco zapomniany  przedstawiciel szkoły wiedeńskiej Karl Dittersdorf, drugi,  zupełnie współczesny, stojący dopiero u progu kompozytorskiej kariery Tomasz Kowalczyk, łączy ich wrażliwość na otaczający świat, choć ten w ciągu ponad 200 lat zmienił się nie do poznania. Ale emocje, jakimi się kierujemy, uczucia, jakie są nam bliskie – te są niezmienne.

Oto koncerty kontrabasowe oraz jeden harfowy:


I oto współczesny fortepian:

Program niezwykle intensywny, bo to jeszcze konkurs:
https://www.rmfclassic.pl/radio/strony,fezz-audio.html

i kilka cytatów z Państwa liścików. Jest mi ogromnie miło, kiedy czytam dlaczego pokochaliście Państwo winyle. To też nadzieja, że nie są one przelotną modą a mnie nie zabraknie zajęcia.
Wojtek Padjas


29 lutego 2020

To wyjątkowy program z wielu powodów. Po pierwsze muzyka –  praktycznie niedostępna jedyna solowa płyta Marka Hollisa – lidera grupy Talk Talk. Skromna okładka i moc muzyki.


Drugie, co odróżnia ten program od wszystkich innych – to Gość Programu. Na pewno najwybitniejszy w Polsce recenzent sprzętu Audio – Wojciech Pacuła. Na okazję tego spotkania zrobiliśmy sobie nawet wspólne zdjęcie.



Nie ukrywam, że lubię do Wojtka zajrzeć od czasu do czasu, z powodu zarówno bardzo, bardzo dobrego sprzętu do słuchania, jak i muzyki, jaką mogę u niego poznawać. Ma dostęp do bardzo wielu wyjątkowych nagrań, a ponieważ ma wiedzę na temat sprzętu i muzyki – chętnie go słucham. Tym razem i państwo będą mogli posłuchać naszej rozmowy.
Jeśli konwencja „Gościa programu” Państwu się spodoba – znów kogoś ciekawego zaproszę. O opinię na  ten temat proszę na redakcja@rmfclassic.pl w tytule  - Muzyka spod igły.
Kolejny powód, dla jakiego zapraszam Państwa do wysłuchania tej edycji programu, to konkurs, jaki zorganizował partner programu – www.fezaudio.com – Jeśli zechcą Państwo kliknąć w poniższy link – wszystko się wyjaśni:
https://www.rmfclassic.pl/radio/strony,fezz-audio.html
a do wygrania taki oto gramofonowy przedwzmacniacz:

Proszę więc otworzyć powyższy link i w specjalnej formatce napisać, co jest takiego magicznego w winylowych płytach. Wydaje mi się, że stali słuchacze programu „Muzyka spod igły” wiedzą to doskonale.

Wojtek Padjas


22 lutego 2020
Tym razem płyta o niezwykle wyrafinowanym trudnym dzisiaj do osiągnięcia dźwięku i znakomitej realizacji.
Otóż w maju 1958 r. Philharmonia Hungarica zakończyła swoją drugą triumfalną trasę po Europie koncertem galowym w Wiedniu. Trzy dni później orkiestra, pod batutą Antala Doratiego, rozpoczęła specjalną serię sesji nagraniowych dla Mercury Records w słynnej Grosse Saal w
Wiener Konzerthaus.

Trzy niezwykle czułe mikrofony dookólne zostały zawieszone tak, aby zapewnić optymalną równowagę między odtwarzaną muzyką a akustyką całej sali. Po zawieszeniu i przetestowaniu mikrofony te nie były przenoszone podczas sesji, Nagrania nie były w żaden sposób modyfikowane ani kompresowane. Reżyserem nagrania była legendarna Wilma Cozart – żona szefa wytworni Mercury – równie legendarnego Roberta Fine, który w tym nagraniu pełnił rolę inżyniera dźwięku.

Wspomniałem, że nagrania dokonano za pomocą trzech mikrofonów, była to jedna z prób tworzenia trójkanałowego dźwięku przestrzennego. Ten sposób reprodukcji dźwięku nigdy nie stał się standardem ale płyta stereo, o której opowiadam łączy wszystkie trzy kanały i tworzy pełny
zakres dynamiczny i pokazuje precyzyjne rozmieszczenie poszczególnych instrumentów, a także równowagę całego zespołu.
Tańce Respighi'ego to niewątpliwie jedno z najlepszych nagrań wczesnej epoki stereo, które do dzisiaj zadziwiają swoją doskonałością a cała seria Mercury Living Presence jest niedościgłym do dzisiaj wzorem nagrań muzyki klasycznej. Konfiguracją, jaką do nagrań, zastosował Robert Fine były mikrofony - Schoeps M 201


Wciąż jest dostępna tu i ówdzie, świetnie zrealizowana reedycja najsłynniejszych nagrań serii Mercury Living. Na okładce albumu jest rysunek legendarnych M 201, mikrofonów ręcznie wykonywanych w domu ich konstruktorów pp Schoeps.
Wojtek Padjas


15 lutego 2020
Wynton Marsalis jest mistrzem nowoorleańskiej trąbki. Jeden z sześciu synów pianisty jazzowego już w wieku sześciu lat grał w Fairview Baptist Church band, ale jazz nie był i nie jest jedyną muzyką, jaką wykonuje. Jak wielu współczesnych artystów swobodnie przekracza granice gatunków. W wieku 14 lat zadebiutował w repertuarze klasycznym, kiedy z nowoorleańską orkiestrą symfoniczną wykonał koncert Haydna. Jego nagranie koncertów Haydna, Mozarta i Hummela, nagrane z Raymondem Leppardem dla CBS, uchodzi za jedną z najlepszych interpretacji klasyki. Znalazł się obok m. innymi Yo Yo Ma na wydanej także w 1983 roku płycie CBS „The new superstars”. Ale na pewno nowoorleański jazz jest mu najbliższy. Z przyjemnością prezentuję Państwu Wyntona Marsalisa w wersji karnawałowej:


Płyta została nagrana w 1987 roku w trzech formatach – LP, CD i magnetofonowa kaseta. Ja wybieram winyl, chociaż podobno magnetofonowa kaseta brzmi znakomicie...kto wie, może skuszę się i powrócę do taśmy?Wojtek Padjas


8 lutego 2020
Emil Gilels należał do tych radzieckich artystów, którzy często występowali na Zachodzie i co czasem wydaje się dziwne, wracali. Był lojalny wobec Związku Radzieckiego, odznaczony najwyższym medalami ZSRR był dostatecznie doceniany w swojej Ojczyźnie, by do niej wracać.
Nie czynię z tego faktu żadnego zarzutu – uważam, że polityka i sztuka powinny spotykać się rzadko i niechętnie, zatem słucham Gilelsa, jako znakomitego pianistę, cenionego i docenionego na całym świecie, choć pamiętam tych artystów, którzy nie mogli z ZSRR wyjeżdżać i zostały po nich ledwie szczątkowe nagrania radzieckiej Melodii a byli tymi, którzy równie zasługiwali na światowe kariery – brakowalo im odwagi, żeby uciec i pokory, żeby wyjechać.
Płyta Gilelsa, jaką mam w wyjątkowym staraniu, to stereofoniczne nagranie Angela, na którym w 1960 roku. Gilels wraz z Londyńską Filharmonią zarejestrował IV koncert Beethovena.
Jest on – nie ukrywam – trudnym materiałem do współczesnej rejestracji radiowej, zawiera bowiem kilka niezwykle cichych fragmentów piano, którego obecne nadajniki nie lubią, traktując je, jako niepotrzebną ciszę – ale cóż podejmujemy wyzwanie – zobaczymy, może się uda.
Nagranie warte jest Państwa uwagi. Należy do tych najlepszych interpretacji koncertów fortepianowych Beethovena.


Wojtek Padjas


1 lutego 2020
Witold Rowicki, to - obok Jerzego Maksymiuka chyba najbardziej rozpoznawalny, polski dyrygent, tuż po II wojnie światowej był dyrektorem Filharmonii w Katowicach a potem dyrektorem artystycznym Filharmonii Narodowej. Jego nazwisko pojawia się na wielu winylowych płytach zarówno Polskich Nagrań, jak Philpsa. W sumie nagrał ponad 100 płyt, wśród których jest nagranie Chopina z Arturem Rubinsteinem i 8 płyt z Ingrid Haebler – austriacką pianistką, z którą nagrał koncerty Mozarta.
Tym razem zapraszam do wysłuchania dwóch koncertów Mozarta – 26 i 12.


Ingrid Haebler należy do kilku pianistów, którzy nagrali komplet koncertów Mozarta. Polecam je Państwu. To piękne rozumienie Mozarta przez pianistę, świetna orkiestra i trzech wybitnych dyrygentów, wśród których jest Witold Rowicki.

25 stycznia 2019

Nadspodziewanie duże okazało się zainteresowanie „Muzyką spod igły” wśród posiadaczy magnetofonów, którzy okazali się grupą wykluczoną przez rozgłośnie radiowe i nie mają czego nagrywać. W czasach słusznie minionych radio – wówczas jedyne dostępne  - hołubiło posiadaczy magnetofonów i nadawało całe płyty, które można było nagrywać z radia. To oczywiście były inne czasy, kompletnego braku dostępu do muzyki zapisanej na winylach.
Dzisiaj każdy może kupić sobie muzykę w dowolnym formacie, stąd magnetofon nie ma codziennego „pokarmu”. Owszem, istnieje światowy rynek pierwszych kopii nagrań, on jednak  podziemny, trudnodostępny i bardzo drogi. Po trzech, magnetofonowych programach w okolicach Świąt, okazało się, że wciąż istnieje przyjemność nagrywania z radia.  Stąd od czasu do czasu będę starał się tak prowadzić program, by przyjemność z jego słuchania mieli zarówno słuchacze „tradycyjni”, jak i Ci, którzy lubią, jak wychyla się wskaźnik poziomu nagrania.
Tym razem koncerty Mauro Giulianiego dzielę tylko na dwie części – to znaczy stronę pierwszą i stronę drugą. Ta magnetofonowa przygoda ma oczywiście sens, jeśli prezentuję płyty rzadkie i wybitne. Tak jest tym razem – gitarowe kompozycje Mauro Giulianiego – kompozytora na skraju klasycyzmu i początkach romantyzmu – powinny sprawić Państwu przyjemność i wejść do zbioru klasyki na magnetofonowej taśmie.
Nasza prezentacja z bardzo dobrze zachowanego egzemplarza francuskiego wydania Philipsa


Neville Mariner i Pepe Romero to artyzm w czystej postaci, o czym – mam nadzieję – zechcą się Państwo przekonać.


18 stycznia 2020
Maria Królowa Szkotów.
Max Richter stał się modnym kompozytorem muzyki filmowej, choć mam wrażenie, że to raczej film odnalazł Richtera i dla bardzo ciekawej, nastrojowej muzyki Richtera szukał obrazów. Muzyka w tym wypadku, jak rzadko która, znakomicie broni się, bez towarzystwa obrazu, choć  obraz dodaje jej smaku.
Tak jest z filmem „Maria Królowa Szkotów”, oto zapowiedź filmu i muzyki

Płyty słuchałem po raz pierwszy bez znajomości filmu. Miałem – słuszne wyobrażenie, że Max Richter sięgnie tutaj po motywy muzyki klasycznej i przedstawi je w charakterystyczny dla siebie sposób. Tak, ten podwójny album jest samoistny.


Z określeniem rekompozycja po raz pierwszy spotkałem się przy okazji Czterech Pór Roku Vivaldiego, właśnie w interpretacji Maxa Richtera:


Nieco obrazoburcza wydała mi się wówczas okładka, na której ważniejszy jest Richter od Vivaldiego, ale kiedy po raz pierwszy posłuchałem albumu – zdałem sobie sprawę, że to właściwa kolejność. Wszak ta muzyka ma jedną bardzo ważną cechę – nadaje Vivaldiemu współczesny nam rys, nie zabierając niczego z kompozycji oryginalnej.
Wróćmy jednak do „Marii Królowej Szkotów”. Mamy tutaj do czynienia z podobnym zabiegiem. Reżyserka filmu Josei Rourke trzymając się kostiumów z epoki, nadaje opowieści współczesny rys.
Zatem spotkanie tego filmu z tą muzyką jest oczywiste.
Z przyjemnością zapraszam na sobotni wieczór, by słuchać muzyki, która pozwala tworzyć nam obrazy – niekoniecznie spójne z tym, co jest filmem o Królowej Szkocji. Niech nasza wyobraźnia tworzy do tej muzyki swoje własne historie.


11 stycznia 2020
Concerti Grossi Handla (znów proszę o uznanie pisowni nazwiska Jerzego Fryderyka tak właśnie, jak go piszą Anglicy) to muzyka do której warto wracać. Miłe, wieczorne plumkanie, nie kłopotliwe, towarzyszyć powinno miłym chwilom. Tym razem wybrałem je z repertuaru zespołu z Lipska pod dyr Maxa Pommera. Oczywiste jest, że muzykę baroku cyzelować należało i należy w tym mieście, gdzie Jan Sebastian żył i tworzył przez wiele lat. Oczywiste jest, że lipskie zespoły nie zamykają się jedynie w twórczości Bacha i ich wędrówki w stronę Handla zrozumiałe i naturalne.
Zwracam wszakże uwagę na dwa elementy prezentowanej płyty. To świetna realizacja enerdowskiej Eterny i jednocześnie jej łabędzi śpiew – płyta wytłoczona w styczniu 1989 roku była jedną z ostatnich realizacji winylowych, bo to czas, kiedy niepodzielnie królowało CD ale też dlatego, że to ostatnie miesiące życia podzielonych Niemiec – w listopadzie 1989 roku zburzono mur berliński.

Przyznam, że to realizacja wybitna i jest ona doskonałym dowodem na to, że nie jest ważne, w jakiej technologii realizowane jest nagranie, w tym przypadku, to nagranie cyfrowe, ale ważne jest zrozumienie winla, jako nośnika muzyki. Proszę więc nie bać się napisu „digital” zamieszczonego na winylowej płycie.
Wojtek Padjas


4 stycznia 2020
Każda płyta wydawnictwa Archiv jest zachwycająca. Począwszy od szlachetnych okładek, przez doskonałą realizację, wybitne tłoczenie i – oczywiście – wykonanie.
Istniejąca od 1948 roku oficyna zaczęła od utwór organowych Bacha w wykonaniu Helmuta Walchy. W ciągu 10 lat zrealizował on dwutomowy komplet organowych kompozycji Bacha.
Specjalizacją Archivu była i jest muzyka dawna, realizowana w kilkunastu cyklach wydawniczych. Tym razem słuchamy koncertów Vivaldiego z serii A tom VIII zatytułowany „Włoski Barok”.
Pierwsze wydanie ma czeroną winietkę ze słowem „Stereo” - Archiv tak właśnie sygnował pierwsze wydania stereo od 1959 do 1963 roku. Oznacza to zarazem, że publikowane były wydania monofoniczne, bowiem ilość gramofonów stereo nie była jeszcze imponująca.

My słuchamy nieco późniejszego, drugiego wydania.

Miłego słuchania

Wojtek Padjas


28 grudnia 2019
Kończymy winylowy, 2019 rok płytą o wybitnych właściwościach kolekcjonerskich. Oto 13 grudnia 1957 roku odbywały się w Nowym Jorku targi sprzętu audio. Jedno ze stoisk należało do amerykańskiej firmy Westrex. Jej właściciel, Pan David Frey, był twórcą pierwszej na świecie
nacinarki do płyt winylowych i na tym stoisku ją zaprezentował. Stany Zjednoczone miały ogromnie rozbudowany rynek wytwórni płytowych – z całą pewnością było ich kilkaset. Niemal każde większe miasto miał swoją firmę fonograficzną. Tłoczono w niej płyty licencyjne wielkich
wytwórni a także wydawano płyty lokalnych zespołów, te z kolei prezentowane były w miejscowych rozgłośniach radiowych. Zainteresowanie stereofoniczną nacinarką do płyt było duże, choć dostęp do stereofonicznych wkładek gramofonowych był niewielki a właściwie żaden,
niemniej stereo było hasłem dobrze znanym w Stanach. Można było kupić stereofoniczne odbiorniki radiowe a w kinach nadawano filmy z dźwiękiem przestrzennym. Nie było ograniczeń, co do nagrywania stereo – dwa mikrofony i dwie ścieżki taśmy magnetofonowej rozwiązywały
sprawę. Istotnym ograniczeniem było nacinanie płyt stereo no i westrex był pierwszą taką maszyną. Pan David Frey, by zaciekawić zwiedzających swoją maszyną, wydał specjalną płytę, na której zarejestrował na jednej stronie stereofoniczne odgłosy lokomotywy a na drugiej prezentację zespołu Dukes of Dixieland. Płyta nigdy nie była w normalnej sprzedaży a jej nakład – 500 egzemplarzy – raczej wykluczał jej zdobycie, aż do listopada tego kończącego się roku.

Bo oto u jednego z amerykańskich sprzedawców ją dostrzegłem – cena absolutnie akceptowalna – 14 dolarów i drugie tyle za wysyłkę. Dokupiłem jeszcze kilka płyt, by zrównoważyć koszt wysyłki i pod koniec listopada na osiedlowej poczcie była „paczka z Ameryki” i w niej owa, pierwsza na świecie stereofoniczna płyta. Z przyjemnością ją Państwu prezentuję.
Ponieważ jednak zajmuje ona ledwie pół godziny nagrania – program uzupełnimy komercyjną płytą wytwórni Pana Davida Freya, czyli Audio Fidelity. Jej walorem muzycznym , oczywiście udział Louisa Armstronga.

Wojtek Padjas


7, 14 i 21 grudnia 2019r.
Trzy kolejne spotkania tworzą świąteczną całość a są nią trzy niezwykłe głosy – Bing Crosby, Nat King Cole i Elvis Presley.
Kiedy słucham co roku tych płyt zachwyca mnie piękno ich głosów, spokój i ogromna swoboda z jaką śpiewają, proste zdawałoby się piosenki.
Ale bez tych płyt Świąt sobie nie wyobrażam. Pozornie tylko jest ta muzyka znana i wciąż słuchana – tak nie jest. Wykorzystywanych jest ledwie kilka utworów i to niekoniecznie są to te najlepsze. Poza tym, proszę zwrócić na to uwagę, zupełnie inaczej słucha się całych płyt, niż tzw
składanek.

Przy okazji tych trzech spotkań, proponuję zabawę w nagrywanie. Popularność magnetofonów, ich powrót, jest dla mnie zaskoczeniem, tymczasem to one stanowią dzisiaj przedmiot pożądania.
Gorzej z nagraniami – audiofilskie niezwykle drogie - a żadna chyba stacja radiowa nie nadaje dzisiaj programów, w których słuchamy całych płyt i możemy je nagrać, jak kiedyś, jak 40 lat temu.
No to tym razem, „Muzyka spod igły” umożliwi nagranie w całości tych trzech płyt, nawet będę dawał odpowiedni sygnał, pozwalający nacisnąć „REC” w odpowiednim momencie.
Stąd poniższe zdjęcie:

Proszę po tych nagraniach nie spodziewać się audiofilskich doznań – to płyty popularne, z wielotysięcznych nakładów, mono i stereo, ale w tej zabawie chodzi mi o sprawienie Państwu radości nagrania taśm, czy kaset z radia, no i będzie co zaprezentować rodzinie w Święta.

Oto repertuar:
7 grudnia


14 grudnia:

21 grudnia:

I kiedy już Państwo dosłuchają i dograją tę trzecią płytę, ze spokojem i niekłamaną przyjemnością będę mógł Państwu życzyć „Wesołych Świąt”
Wojtek Padjas


30 listopada 2019
Różne są kolekcjonerskie radości – dwie, niepozorne, w połowie zniszczone płyty, jakie odnalazłem w Krakowie u Pana Jakuba bardzo mnie ucieszyły – bo takich nie miałem, co więcej nie wiedziałem o ich istnieniu. Przy okazji spotkania z Panem Jakubem dowiedziałem się, że Polskie
Nagrania miały specjalne archiwum, w którym przechowywane były płyty wzorcowe – taka dokumentacja wyprodukowana zaraz na początku procesu tłoczenia. Za wzorzec uznawano tylko jedną stronę, drugą zapisaną czymkolwiek, czyli jakąkolwiek już niepotrzebną matrycą, a jeśli
zdarzyło się, że na drugiej stronie była druga część właściwej płyty, to i tak ktoś miał obowiązek czymś ostrym zarysować ją tak, żeby do odtwarzania się nie nadawała. Stąd wzorcowe mamy tylko pojedyncze strony albumu.
Oto pierwsza płyta naszego spotkania :


Jak wyglądała płyta przeznaczona do sprzedaży ? Tego możemy się dowiedzieć z pieczołowicie
prowadzonego katalogu, jego autorem jest Pan Jacek Żyliński
http://kppg.waw.pl/Strona%202019/etykiety.php?plyta=13096

Drugie wzorcowe nagranie to:


A jego komercyjna wersja wygląda tak:
http://kppg.waw.pl/Strona%202019/sngPltX.php?utwor=33349
Dla kolekcjonera, przyznam, większe znaczenie ma fakt posiadania takich niezwykłych wydań niż zawarta na tych płytach muzyka. Tym razem mamy także muzykę pięknie zagraną.
Wojtek Padjas


23 listopada 2019
W latach 50-tych możliwości studiów nagraniowych, znacznie wyprzedzały to, co oferowały tłocznie. Przecież już w latach 40 – tych, dokonywano nagrań stereo, ale jedynym nośnikiem, który tę technikę „rozumiał” była taśma magnetofonowa i filmowa, stąd znane są filmy w
stereofonicznej wersji z lat 40-tych i 50-tych – a płyty nie.
W 1953 roku pianista wszech czasów, jak określano Wilhelma Backhausa, nagrał V-ty koncert Beethovena. Pierwsze, cenne wydanie tego koncertu przedstawiam Państwu z pewną nieśmiałością, bowiem dźwięk może nie odpowiadać dzisiejszym standardom, ale uważam, że ze
względu na muzyczną jakość – trzeba tej płyty posłuchać.

Dwa lata później – w 1955 roku – dla tej samej wytwórni Wilhelm Backhaus nagrał 27-my koncert Mozarta. Gotowe było już w Decca studio stereo, więc tę technikę zastosowano. Pierwsze stereofoniczne nagranie ukazało się trzy lata później,. Wcześniej było to niemożliwe, bowiem
dopiero w 1958 roku pojawiły się pierwsze stereofoniczne nacinarki do matryc.

To praktycznie nieosiągalna płyta – a jeśli – to jej cena przekracza zazwyczaj 250 Euro. Ale !!! w 1974 roku japoński King Records otrzymał od Decca taśmę matkę i i przygotował płytę, która jest absolutnie zadziwiająca, ba nawet swoim dźwiękiem szokująca do dzisiaj - jak cała zresztą seria Super Analogue Disc.

Przyznam, że bardzo mylne jest zdjęcie na okładce, pochodzi z lat 70-tych, podczas kiedy nagranie z lat 50-tych., co widać na okładce pierwszego wydania. Mnie przyznam początkowo ta okładka zwiodła, przekonany byłem bowiem, że to nagranie z lat 70-tych, ale kwerenda internetowa
utwierdziła mnie, że zremasterowane przez Japończyków nagranie pochodzi z 1955 roku.
A jak brzmi – to Państwo nie uwierzą, póki nie posłuchają.
Wojtek Padjas


16 listopada 2019
Lubię odnaleźć płytę w wersji stereo, o której sądziłem, że wydana została wyłącznie monofonicznie.
Tak jest tym razem, kiedy ku swojemu zdziwieniu na okładce płyty Karajana z ”Tańcami węgierskimi” Brahmsa i „Tańcami słowiańskimi” Dvoraka zobaczyłem znaczek STEREO.

Nagranie pochodzi z roku 1958 a pierwsze wydanie wyglądało tak:

 

 

 

Właśnie wczytuję się w historię nagrań stereofonicznych. Ostatnio udało mi się wyśledzić bardzo ciekawe, amerykańskie opracowanie dotyczące pierwszych nagrań stereo w USA, polecam Państwu bo to zajmująca lektura:
http://www.3dfilmarchive.com/first-year-of-stereo-records

1959 rok, kiedy wydano stereofoniczną wersję z „Tańcami” Brahmsa i Dvoraka to przedsięwzięcie niemal pionierskie, na rynku ledwie parę modeli gramofonów ze sterofoniczną wkładką, która kosztuje 1/10 ceny samochodu. Popularne za to są już stereofoniczne radioodbiorniki. Oto jeden z moich ulubionych:

Posiadają UKF, co pozwala słuchać na nich także RMFClassic – i przyznam, że to wielka frajda.
Takiej życzę przy słuchaniu, jak w najlepszym dla siebie czasie dyrygował Herbert von Karajan.
Wojtek Padjas


9 listopada 2019

Płytowe wydawnictwa wielotomowe, podobnie, jak wielotonowe encyklopedie są w zaniku. Zajmują zbyt dużo miejsca i są dość niewygodne „w obsłudze” Wyszukanie właściwej płyty zajmuje sporo czasu, że nie wspomnę o wadze dużych boxów. Największy, pojedynczy, jaki mam waży 11 kg. Ale, przynajmniej da się go słuchać. Gorzej z encyklopediami, chociaż najsłynniejsza z nich nadal wydawana jest w postaci papierowej, chociaż – o ile wygodniejsza – internetowa wersja też jest.

Liczy 32 tomy i kosztuje nieco powyżej tysiąca Euro. Z całą pewnością wciąż są tacy, dla których zapach papieru, szelest kartek i lekkie, pieszczotliwe dotykanie grzbietów jest ważne. Podobnie z winylami. Kolekcjonerzy cenią bardzo 18 -to płytowy box z Vivaldim, zwłaszcza pierwsze wydanie z 1965 roku

12 lat później – w 1975 roku - Philips (wydawca także Vivaldi I Musici) postanowił wydać komplet muzyki Vivaldiego – i to już spore wyzwanie – żeby go zgromadzić, trzeba dużo miejsc,
sporo pieniędzy i dużo czasu na słuchanie.


Ale od czego nowoczesne technologie – za niewielką sumę, można kupić zdigitalizowaną, bezstratną wersję tego cyklu – 46 GB muzyki, ale znów, a gdzie rytuał i zapach?
Bez tego, dla mnie przynajmniej, muzyka jest znacznie uboższa.
Wojtek Padjas


2 listopada 2019

To jedno z absolutnie referencyjnych nagrań koncertów skrzypcowych Bacha. Można spierać się, czy najlepsze, czy „tylko” znakomite. Nie są to wszakże zawody sportowe, więc warto mieć kilka nagrań tych koncertów, bo każde z wybitnych wykonań ma swój własny, niepowtarzalny charakter.
W przypadku tego nagrania, mamy w dodatku do czynienia z wybitną jakością realizacji.
 

Edycji winylowych sporo – amerykańska, niemiecka, francuska a nawet australijska– ciekawe, że nie znalazłem winylowej  edycji japońskiej. Jest za to japońskie  CD z tym nagraniem – jest tych CD sporo, bo to był rok 1983 - w przełomowy dla obu nośników.
Bez względu na jakim nośniku to  piękna muzyczna uczta, na którą z przyjemnością zapraszam.

Wojtek Padjas


26 października 2019

Miłe głosy w sprawie nagrania „Muzyki na wodzie” w wykonaniu Trevora Pinnocka są powodem, by zaprezentować drugą z trzech wydanych w tym samym okresie i w tym samym wydawnictwie płyt z muzyką Jerzego Fryderyka Handla (konsekwentnie, za Anglikami piszę tak nazwisko kompozytora, wszak był obywatelem  angielskim i w Londynie zrobił prawdziwą karierę.)
„Muzykę królewskich ogni sztucznych” napisał 30 lat po tej „Na wodzie” - tym razem na zamówienie syna Jerzego Hanowerskiego – Jerzego II.
Najczęściej  „Muzyka ogni sztucznych” była  na płycie dzielona z tą „Na wodzie”.
Dzieje się to z krzywdą dla tej ostatniej, bo w 30 minut – a tyle maksymalnie zawiera jedna strona winyla – mieści się ledwie połowa tej kompozycji.
Tym razem wydawca – czyli niemiecki Archiv – postanowił na jednej płycie zamieścić całą „Muzykę na wodzie” a na tej „Muzykę ogni sztucznych” zaproponowal dwa koncerty „Due cori” - i tak opracowanej płyty słuchamy:


Nagrana w 1985 roku dowodzi doskonałości winylowych nagrań, którym ani trochę nie przeszkadza ani cyfrowy zapis ani tym bardziej DMM.
Wojtek Padjas


19 października 2019
Muzyka na wodzie Jerzego Fryderyka Handla ( a może Haendla albo nawet Hendla) gości w naszych spotkaniach od czasu do czasu. Nigdy w tym samym wykonaniu a ponieważ muzyka lekka i miła dla ucha, słuchanie jej wciąż sprawia przyjemność. Tym razem płyta, która jest wynikiem współpracy międzynarodowej. Oto angielskie studio i angielscy wykonawcy (Trevor Pinnock i English Chamber) Niemieckie wydawnictwo Archiv i świetni niemieccy inżynierowie dźwięku a tłoczenie amerykańskie. Różni się ono dość zasadniczo od niemieckiego oryginału – określiłbym je jak każde amerykańskie tłoczenie – więcej dźwięku, więcej przestrzeni.
Oto płyta wieczoru:

Jest ona jedną z nielicznych, jakie wyszły na wszystkich nośnikach dostępnych w połowie lat 80-tych .
Winyl – to okładka u góry, CD:

Kaseta magnetofonowa:

 

I kaseta DCC – zapomniany dzisiaj nośnik:


Współistnienie wszystkich tych nośników dość szybko stało się przeszłością. Koniec lat 80-tych, to niemal całkowity zanik winyli i magnetofonowych kastet. O ile powrót winyli nie był dla mnie zaskoczeniem, o tyle narastająca od kilku lat moda na magnetofony – w tym kasetowe – jest ciekawostką.

Wojtek Padjas


5 października 2019

Kolekcjonerom płyt tulipan kojarzy się tylko z jednym – legendarnym logo Deutsche Grammophon z najlepszego okresu tej wytwórni – to lata od początku 50-tych do końca 60-tych.
 

Później zniknęło słowo „Gesellschaft” a i tulipan zmalał.

Bardzo lubię te pierwsze wydania DG – wydawane w mniejszych nakładach i z niezwykłą starannością realizowane. Te późniejsze, kolejne wydania, tłoczone były często w bardzo dużych nakładach i nie zawsze dochowywano staranności w tym, żeby nie przekraczać 1000 egz z jednej matrycy.
Tym razem słuchać będziemy świetnego nagrania barokowych koncertów na trąbkę – a nawet dwie.
                                                         
Solista – Adolf Scherbaum - o kilka lat młodszy od najsłynniejszego trębacza Maurice Andre, jest wart Państwa uwagi, podobnie jak  pierwsze wydania Deutsche Grammophon.
Wojtek Padjas


28 września 2019

Ważnym elementem rozwijającym muzykę były i są niezależne wytwórnie płytowe. Wiele z nich wniosło ogromny wkład w rozwój muzyki, która nie mieści się w mainstreamowym nurcie muzycznym, bo to domena kilku największych wytwórni muzycznych. Ale żadna z tych czterech największych, które zajmują ponad 90% rynku, nie pochyli się nad muzyką alternatywną, nad ambitniejszymi projektami. W Polsce jest kilka niezależnych firm muzycznych, każda z nich wydaje kilku, najwyżej kilkunastu artystów a nakłady płyt rzadko sięgają 500 egzemplarzy. Szczęśliwie mają ambicję, by wydawać muzykę na winylach i to z ogromną dbałością o jakość nagrań.Tomasza Mreńcy.


Peak to drugi jego album – pierwszy w winylowej edycji. To, że w winylowej edycji jest ważne i nieprzypadkowe – elektroniczne brzmienia miksowane z naturalnymi instrumentami, kiedy słuchać ich z gramofonu brzmią szlachetnie.


Nie znajdą Państwo tej płyty w żadnym dużym sklepie muzycznym – płyt z niezależnych wytwórni trzeba szukać  w internecie.

Obszerny fragment „Peak”  w zainicjowanym w zeszłym roku cyklu rekomendacji naszego programu.

Natomiast  główną część naszego programu wypełni bardzo ciekawe i raz tylko wydane Divertimento D  Michaela Haydna, młodszego brata słynnego Józefa. Lekkie, zabawne, sympatyczne (divertimento, to po włosku zabawa). Doskonale zrealizowane w nieistniejącym NRD w 1987 roku. Dodam, że Eterna, bo tak nazywała się wytwórnia, dysponowała znakomitym sprzętem, przednimi muzykami i doskonałymi realizatorami. Warto więc rozglądać się  za jej wydaniami.



Wojtek Padjas


21 września 2019

Gdyby posłuchać całego wydanego  dorobku Jana Sebastiana Bacha, to trzeba poświęcić na to prawie 300 godzin. Gdyby zacząć od tego tygodnia prezentować w Muzyce spod Igły  wyłącznie Bacha, to mielibyśmy program na najbliższe 6 lat. A przecież bardzo wiele z twórczości lipskiego kantora zaginęło bezpowrotnie. Tylko raz w dziejach fonografii ukazało się kompletne wydanie jego dzieł – było to wspólne przedsięwzięcie Decca i Deutsche Grammophon:


Oczywiście, że na płytach CD, gdyby pokusić się na to wydanie na winylach – byłoby to około 320 płyt. Nie znaczy to jednak, że nie było dużych, winylowych wydań Bacha. Były dwa – pierwsze wydawane w latach 60-tych:

i drugie – wydane na przełomie lat 70 i 80 tych:



Oba wydania zawierają trzecią część dorobku Bacha, czyli 99 płyt.
Nie sądzę, by dzisiaj na takie wielkie wydawnictwa płytowe ktoś się pokusił.
Warto też zwrócić uwagę, że niemal wszystko, co ukazało się w wydaniach zbiorczych, to reedycje wydań wcześniejszych. Taki właśnie krążek wybrałem na nasze spotkanie:


Płyta wydana we wczesnej epoce stereo – w 1958 roku. Za wczesny okres wydań stereo przyjmuję lata 1957 – 1965, kiedy wciąż wydawano nagrania  mono, a także osobne wersje – stereo i mono.
Wydawnictwo Archiv należy do absolutnej czołówki. To prestiżowy oddział Deutsche Grammophon, który wydawał muzykę dawną interpretowaną najbliżej  oryginalnych zapisów nutowych i zawsze doskonale zrealizowaną.
Niestety, płyta którą posiadam „zaznała piwnicy”, co w jej przypadku nie tylko objawia się specyficznym zapachem, ale także tym, że skleiły się okładki, co pozostawiło brudne plamy na okładce. Dla naszych potrzeb posłużyłem się zdjęciem płyty, którą ma jeden z moich winylowych kolegów
O tym, jak pięknie brzmi moja płyta, która wcześniej została umyta w ultradźwiękach, mogą Państwo przekonać się słuchając programu.


Suity wiolonczelowe Bacha – w każdym wykonaniu są przez kolekcjonerów pożądane. Ze względu na dość wąskie grono miłośników nagrań solowych Bacha miały niskie nakłady, w dodatku prawie nie istnieje na nie wtórny rynek – jeśli ktoś je ma – nie sprzedaje. W zeszłym roku ukazała się reedycja nagranych w 1954 roku suit Bacha w wykonaniu Enrico Mainardiego. Nakład malutki, więc dzisiaj, po roku, cena tego kompletu niemal zrównała się z nagraniem pierwotnych. Ostatnia cena remasterowanego, to 1600 dolarów, w stosunku do ceny 1.800 dolarów za pierwsze wydanie.
To nic dziwnego, bo ta realizacja z 2018 roku jest po prostu genialna . Nie ukrywam, że lepsza od oryginału.


Posłuchamy tylko jednej suity, w popularnym, sobotnim programie prezentacja kompletu – wydaje się przesadą. To muzyka wymagająca odpowiedniego nastroju – a ten nie przychodzi, ot tak, wraz w łączeniem radia o 21, w sobotę.
Przy okazji poinformuję, że trwają intensywne prace, by „Muzyka spod igły” znalazła się w internetowym podkaście (od słowa podkast – można odmieniać ?) i w ten sposób będzie można jej słuchać w dowolnym momencie. Poinformuję o tym, oczywiście.
Tymczasem Mainardi będzie w tym programie w roli głównej, bo poza suitą Bacha usłyszymy go w koncercie Giuseppe Tartiniego.


Jak widać na okładce pojawia się też Pierre Fournier a dodam, że jeden koncert zagra – także z tej płyty - Klaus Stork. Przyznam, że nie podoba mi się, że nie umieszczono jego nazwiska na okładce i to w tak szacownej oficynie, jaką jest Archiv. Nie jest tłumaczeniem fakt, że płyta z nagraniami z lat 1952 – 1962 ukazała się w 1981 roku...no chyba, że już wtedy był w Archiv dział marketingu, który wiedział, że ludzie nie są w stanie przeczytać więcej, jak dwóch nazwisk wykonawców ?
A tymczasem Klaus Stork był wybitnym wiolonczelistą, a jego pierwsze nagranie sonaty Schuberta na apreggione i fortepian zdobyło światową sławę, więc tym bardziej go przypominam, by wyrazić niesmak wobec tak starannej oficyny, jaką jest Archiv.
Przesadzam ?
Wojtek Padjas


Jesienną edycję naszych spotkań zaczynamy od Mozarta w bardzo popularnym wykonaniu Filharmoników Berlińskich pod dyrekcją Herberta von Karajana – w nagraniu z 1977 roku zrealizowanym dla Deutsche Grammophon. Całość znalazła się na doskonale zrealizowanym, trzypłytowym boxie:

Proszę nie mylić tego nagrania ze zrealizowanym kilka lat wcześniej, z tym samym zespołem i z niemal identycznym repertuarem wydaniem dla EMI:


My posłuchamy wykonania z 1977 roku – to będą dwie, ikoniczne symfonie – praska i jowiszowa.
Początek jesiennego sezonu powinien być, moim zdaniem, także czasem, kiedy porządkujemy nieco przykurzoną w lecie płytotekę. Dbałość o gramofonową wkładkę, jak najbardziej pożądana.
Od wielu lat szukam po świecie najlepszych rozwiązań, które mają moje płyty doprowadzić do idealnego stanu. W kilku przypadkach zdecydowałem na samodzielną „produkcję” różnych akcesoriów i odważnie twierdzę, że są niezastąpione.
Taki np. pędzel antystatyczny z koziego włosia – to winyle lubią bardzo. Do tego płyn do igły i specjalny żel – jak to się mówi współczesnym językiem „robią robotę”.


Pan Robert Bajkowski z audiofezzowania pokusił się nawet o zdjęcia w powiększeniu i też twierdzi, że żel do igły jest wygodny i skuteczny:


Natomiast mycie winylowych płyt a także usuwanie z nich ładunków elektrostatycznych jest wyzwaniem poważniejszym. O tym, na prośbę Wojtka Pacuły, napisałem tekst specjalny – mam nadzieję, że okaże się pomocny.
http://highfidelity.pl/@main-3279&lang =
Wojtek Padjas


Tę wakacyjną turę, od połowy lipca po trzecią część sierpnia wypełnią płyty nowe, takie, które przeczą powszechnemu poglądowi, że „nowe winyle są do niczego”.

Te, wybrane przeze mnie mają  jeden wspólny mianownik – idealne na wakacje i..nieoczywiste.
Zaczynamy w sobotę 13 lipca  mocnym akcentem.



Maciej Maleńczuk skończył nagrywać ten materiał na cztery dni przed śmiercią Wojciecha Młynarskiego – to symboliczne, ale prawdziwe, tak, jak cała płyta.
https://www.youtube.com/watch?v=lM5e5QK
Tydzień później – 20 lipca płyta, która jest dla mnie wydarzeniem – doskonale zrealizowana, świetnie wytłoczona a przede wszystkim pełna muzyki.  Jej twórczynią jest młoda, polska kompozytorka i pianistka Hania Rani.



Hanna Raniszewska, bo tak nazywa się Hania Rani jest w grupie muzyków, którymi opiekuje się  brytyjski  muzyk jazzowy Mathew Halsall, który jest także właścicielem wydawnictwa Gondwana Records – które płytę Esja wydało.
Esja, to łańcuch górski w Islandii – jak to trafnie wybrany tytuł mogą Państwo usłyszeć w programie. Bardzo tę płytę Państwu rekomenduje (dostępna na specjalnych, dla Państwa zasadach w gandalf.com.pl) – tutaj fragment:



Przełom lipca (program 27 lipca) i początek sierpnia (sobota – 3 sierpnia) to kolejna, wyjątkowa  prezentacja – trzypłytowy album z gatunku piosenki autorskiej, włoskiego kompozytora i piosenkarza – Paolo Conte.

Tytuł tego świetnego albumu – 50 lat Azzurro powie Państwu wszystko, jeśli tylko zechcecie obejrzeć ten oto filmik:



a  oto płyta zaskakująca – Masecki Młynarski „Noc w wielkim mieście” - piosenki z lat 20 tych w wiernych brzmieniowo klimatach, bo nagrane w manierze Low Fi – czyli z ograniczonym pasmem, przypominającym oryginały.

Kolejna sobota – 17 sierpnia i muzyka filmowa.
Płyta, jak sądzę nie wymaga rekomendacji. Zwracam tylko uwagę na fakt, że obok oczywistych motywów muzycznych, tych, jakie pojawiły się w polskim filmie jest też znakomita a mniej znana kompozycja Wojciecha Kilara do filmu „Dracula” Copolli.
I następna, „filmowa” płyta – 24 sierpnia – powrót do muzyki lat 30-tych i 40-tych i powrót do złotych czasów radia.



Oto przed Państwem Radio Days:


I mili Państwo, to już będzie koniec wakacji – 31 sierpnia  -  za tydzień wrócimy do programów z muzyką klasyczną, zamknijmy więc te wakacje, łagodnym przejściem z muzyki popularnej do klasyki. A to zapewnią Swingle Singers z płytą z 1964 roku:



do usłyszenia 7 września.

Wojtek Padjas


Lampowe wzmacniacze przykryte, by się nie kurzyły, kable porozpinane, przedwzmacniacze w upgrade`owych serwisach. Tak to trochę wygląda u wielu z Państwa, bo lato sprzyja innemu trybowi codzienności. Oczywiście, że lepsze wtedy od gramofonu, pliki w telefonie.
Ja staram się jednak Państwa nie zaniedbywać i co rusz to wpadać do Krakowa, by przygotować dla Was porcję nowych płyt. One różnią się od naszych codziennych spotkań – będę na te letnie soboty wybierał takie płyty, które – mam nadzieję – przyciągną Państwa uwagę i pozwolą wsłuchać się w muzykę.

Zaczniemy fenomenalnym koncertem Elli Fitzgerald w Berlinie, w 1960 roku.Ta, nagrana na żywo płyta wydana została przez Verve, wielokrotnie była wznawiana i nagradzana. Ella otrzymała także jedną z pierwszych Grammy za piosenkę, której zapomniała słów – oto ona z filmowego zapisu:

A oto i cała płyta, której słuchamy 29 czerwca.


Tydzień później, w pierwszą lipcową sobotę, przeniesiemy się w czasie do roku 1982 i w przestrzeni – z Belina do Nowego Jorku. Tam odbył się pamiętny i godny każdej kolekcji płytowej koncert duetu Simon&Garfunkel. Prawda jest taka, że duet nie istniał od wielu lat, rozpadł się tuż po debiutanckiej płycie, ale siła perswazji Gordona Davisa, komisarza Central Parku spowodowała, że ten koncert się odbył. Jego celem było zebranie środków na renowację parku. To się udało, na koncercie (mimo dwudniowego deszczu) pojawiło  się pół miliona widzów.
Dwupłytowy album jest pełnym zapisem tego koncertu – ukazał się zarówno w formie płyty winylowej, potem płyty CD i rejestracji filmowej, jakiej dokonało HBO.



Kolejna sobota zwróci Państwa uwagę na pierwszą z kilku płyt, jakich słuchać będziemy z katalogu
https://www.gandalf.com.pl/
Proszę tam zajrzeć, bo czekają słuchaczy Muzyki spod igły specjalne zniżki!.
Oto 13 lipca  płyta, która wymaga, by jej posłuchać przy wieczornym piwie, wsłuchać się w to, co proponuje Maciej Maleńczuk. Zawsze zdawało mi się, że śpiewać Młynarskiego może tylko Młynarski. Po wysłuchaniu tej płyty, już tak nie sądzę:



Dodam, że płyta w internetowym gandalfie jest dostępna dla Państwa z ową specjalną zniżką.
Kolejna sobota – 20 lipca  – zanurzymy się w świat poetyki Woody Allena. Jego znakomite Radio Days jest nie tylko świetnym filmem – towarzyszy mu muzyka, jaką sam Woody Allen – całkiem zdolny klarnecista – lubi najbardziej. To standardy Tommy Dorsey`a, Artie Shawa, Benny Goodmana i Glenna Millera. To będzie przypomnienie niezwykłych czasów, kiedy radio było najważniejsze, mądre, prawdziwe i piękne – także, jako przedmiot.
Proszę zerknąć na tę facebookową stronkę i zanurzyć się w szalone lata 30-te XX wieku.
https://www.facebook.com/americanoldtimeradio/
A nasza płyta to ta właśnie:


ciąg dalszy nastąpi....
...Wojtek Padjas


W programie kończącym sezon 2018/2019 słuchamy instrumentu, który zadziwia swoją prostotą i jednocześnie maestrią. To wywodząca się z tradycji dionizyjskiej fujarka, czyli flet prosty.
Dwoje artystów kojarzy się natychmiast z tym instrumentem – Holender Frans Bruggen i Dunka Michala Petri. Odnoszę wrażenie, że w swoim czasie Bruggen musiał być bardzo lubiany nie tylko za swoją muzykę, ale i za urodę, skoro w wielu płytach znalazłem takie duże plakaty z jego wizerunkiem (no przecież nie dla urody instrumentu wieszano je na ścianie).
My słuchać będziemy świetnie zrealizowanej i zapowiadającej wakacje płyty holenderskiego Philipsa:


Porywająca muzycznie, doskonale zrealizowana, godna półki każdego melomana.
Ale wybrałem też tę płytę, by namówić Państwa, żeby może na wakacje kupić dzieciom taki flet  prosty. Już w miarę profesjonalny, pozwalający nie tylko na zagranie kotka, co włazi na płot, kosztuje mniej niż 50 zł. To też przesłanie nie tylko na wakacje – dlaczego dzieci tak rzadko mają styczność z muzyką, z jej wykonywaniem, choćby był to flet właśnie – instrument, który bez specjalnych lekcji da się oswoić i już po kilku dniach okaże się, że pozwoli nam wychwycić melodię.
A widok takiego dziecka na tle zachodzącego słońca, gdzieś wśród zbóż i łąk kwieciem malowanych, wzruszy do łez i obrazek to będzie godny, by zamieścić go na facebooku.
Udanych wakacji
Wojtek Padjas


Fritz Reiner – pierwszy z wielkich, węgierskich dyrygentów, którzy zmienili amerykańskie orkiestry i uczynili je wielkimi.
Historia Reinera o tyle ciekawa, że przez pierwsze 20 lat swojej kariery był w zasadzie w ogóle nieznany. Sławę zdobył dopiero, kiedy rozpoczął współpracę z telewizją a było to w połowie lat 40-tych. Film, który teraz Państwu zaprezentuję pochodzi z 1954 roku, ale pokazuje zarówno tamtą telewizję, jak samego Reinera i orkiestrę z Chicago, którą wtedy prowadził:

Wśród tanich płyt znalazłem kiedyś jedną, na której zarejestrowano koncert dyrygowany przez Reinera. Tania, bo należy do  popularnego we wczesnych latach 60-tych, klubu płytowego:


Przyznam, że zaskoczył mnie bardzo wysoki poziom realizacji. Nie mógł się odbyć inaczej, jak z taśmy – matki i został starannie przygotowany do tłoczenia, z uszanowaniem prestiżowego w tamtych czasach  RCA.
Czasem więc zastanawiam się, czy warto gonić po świecie za pierwszymi wydaniami płyt z Reinerem i odpowiadam, może nie warto, ale i tak biegam. Na szczęście to, co zobaczą Państwo poniżej jest całkowicie i bezwzględnie nie do zdobycia, więc nawet nie wyobrażam sobie ewentualnej ceny tego oto nagrania:



Pozostanę przy tym wydaniu ze słoneczkiem (SIC)
By uszanować nieznany mi zamysł wydawcy, by po drugiej stronie zamieścić i owszem – Mozarta, ale jakże w różnej interpretacji, proponuję posłuchać (nie po raz pierwszy w naszym programie) Benny Goodmana. Owszem, ja mam pierwsze, amerykańskie tłoczenie, ale upał pozwala jedynie na przełożenie płyty na drugą stronę, co czynię niespiesznie.
Wojtek Padjas.


Szwajcarska oficyna wydawnicza Novalis, to muzyczna efemeryda, o której nie znalazłem nigdzie dokładnych informacji. Katalogi płytowe pozwalają wyodrębnić około 100 tytułów wydanych między 1986 a 2005 rokiem. Zwróciłem kiedyś uwagę na płyty tego wydawnictwa, głównie z powodu, że wydawali nagrania Camerty Bern oraz doskonałego skrzypka – Dimitra Sitkowieckiego. (Sitkovietsky) ale też zwróciłem uwagę na świetną, szwajcarską chciałoby się powiedzieć, jakość realizacji. Druga połowa lat 80-tych dawała realizatorom nagrań świetne możliwości techniczne a fakt, że w studiach pracowali inżynierowie z wielkim, analogowym doświadczeniem pozwalało tworzyć nagrania na najwyższym poziomie z sensownym i świadomym  wykorzystaniem możliwości urządzeń cyfrowych. Takie też są nagrania z takim znaczkiem:

W 1987 roku Novalis wydał płytę, która budzi moje szczególne zainteresowanie, jak każda z informacją „World Premiere Recording”. Bo to często niezwykle interesujące a kompletnie zapomniane kompozycje. Tym chętnie biorę ją do studia, by o niej opowiedzieć i wspólnie z Państwem posłuchać.

Przy tej okazji dziękuję wszystkim Państwu obecnym w sobotę w południe na Kopcu. Spotkanie z Wami, możliwość rozmowy i opowieści o muzyce i winylowych płytach była moją szczególną przyjemnością.
Nie udałoby się to bez wsparcia ludzi z radia, bez miłych „partnerów technologicznych” (Fezz Audio, Klipsh Ortofon) bez Pawła Bemola Ładniaka, który opwiadał o tłoczeniu płyt, bez Marcina Olesia, z którym słuchaliśmy framgmentów płyty Oleś Trio – Komeda Ahead, bez Wojtka Pacuły, który opowiadał o muzyce granej na urządzeniu o nazwie Moog – a ponieważ na tym – powiedzmy – instrumencie zrealizowano nagrania Bacha, to do tematu na pewno wrócimy.

Zatem nie tylko „do usłyszenia” ale i „do zobaczenia”


Wielokrotnie w programach używałem zwrotu „Szkoda, że Państwo tego nie słyszą”. A to powodu, że fale radiowe (cóż to za archaizm) nie przenoszą całego pasma, jakie jest dostępne na winylowej płycie. Nie ma też tego kawałka magii lekko świecących lamp wzmacniacza, wyjmowania płyty z opakowania, odrobiny prawie zawsze trzeszczącej rozbiegówki.
Tym razem, dla niektórych z Państwa będzie inaczej. Otóż  w sobotę 1 czerwca, w samo południe, w siedzibie RMF Classic na Kopcu Kościuszki spotkam się z tymi z Państwa, którzy zechcą posłuchać płyty wieczoru w naturalnym dla winyli anturażu. W salce konferencyjnej radia zainstalujemy pięknie grający, polski  lampowy wzmacniacz Mira Ceti, amerykańskie kolumny Klipsch, gramofon z idealną do słuchania klasyki, duńską wkładką Ortofon Quintet Bronze.
Gośćmi specjalnymi prezentacji będą – Marcin Oleś, kontrabasista jazzowy, Maciej Lachowski twórca wzmacniaczy Fezz Audio, Wojciech Pacuła – red nacz. High Fidelity. Słuchać będziemy fragmentów następujących płyt:
Popol Vuh – muzyka do filmu „Aguirre Gniew Boży”
Oleś Brothers - „Komeda Ahead”
i wreszcie fragmenty naszej płyty wieczoru, czyli Jan Sebastian Bach w wykonaniu islandzkiego pianisty Vigingura Olafssona.
Program spotkania zapowiada się więc różnorodnie i mam nadzieję, ciekawie. Chętnych proszę o informację potwierdzającą mailem – w.padjas@gmail.com lub messengerem Wojtek Padjas.
A teraz kilka słów o wieczornym spotkaniu. Interpretacja muzyki Bacha w wykonaniu islandzkiego pianisty Vikingura Olafssona była dla mnie dużym przeżyciem. Pierwsze skojarzenie, jakie miałem z tym artystą, to1950 roku Dinu Lipattii, dlatego program zaczniemy od przejmującej interpretacji chorału Bacha w jego wykonaniu.

Czy ta, niezapomniana interpretacja bliska współczesnej – przekonają się Państwo sami. Ty razem czuję tremę przed prezentacją płyty wieczoru, ponieważ będzie to wykonanie solowe – tylko  Jan Sebastian Bach, fortepian i Vikingur Olafsson:

Jestem jednak pewien, że ta interpretacja Bacha urzeknie Państwa, a przy okazji informuję, że ten dwupłytowy, doskonale zrealizowany album, jest wciąż do dostania w wielu stacjonarnych i internetowych sklepach. Polecam gorąco.
Wojtek Padjas


Altówka dość rzadko bywa  tym najważniejszym instrumentem, solistów grających na tym instrumencie niewielu, może dlatego płyty z koncertami granymi na altówce są trudno dostępne a co za tym idzie dość drogie.
Po ten instrument sięgnął izraelski skrzypek Pinchas Zukerman i nagrał taką oto płytę:


Tej słuchamy w programie a jeśli zainteresuje Państwa ten instrument, to zdecydowanie polecam szukanie następujących płyt:


Dodam tylko, że nie będzie to łatwe zadanie, ale przecież w  kolekcjonerskiej pasji najważniejsze są polowania. Udanych łowów.
Wojtek Padjas


Rzadko zdarza się w naszych spotkaniach, by w jednym programie były dwie płyty premierowe a jeszcze nigdy nie prezentowałem – jak czytam w informacjach - „prekursora muzyki krautrockowej.” Psychodeliczny i awangardowy rock w Muzyce spod igły ? A tutaj, Szanowni Państwo Was zaskoczę - niemiecki zespół Popol Vuh, to twórcy muzyki do filmów Wernera Herzoga. A to zupełnie inna sprawa, więc czym prędzej rozpakowałem pięciopłytowy, pięknie wydany box i zacząłem słuchać. Pamiętam doskonale filmy Herzoga; dla pokolenia niegdysiejszej, hippizującej młodzieży, wszak nie pozbawionej intelektualnych ambicji i skłonnych do nocnych dyskusji o sensie życia, Herzog i Kinski, to były nazwiska należące do obowiązkowego dyskusyjnego kanonu. „Aguirre gniew boży” „Fitzcarraldo” czy „Nosferatu” były lekturą obowiązkową, dla której warto było poświęcić pieniądze przeznaczone na stołówkowy obiad.
Teraz po wysłuchaniu płyt z boxu Popol Vuh wiem, że muszę wrócić do filmów Herzoga.  
Nie będę ukrywał,  Popol Vuh nie zapisał się w mojej pamięci, ba w ogóle nie znałem tego zespołu, czego żałuję bardzo, bo muzyczny  klimat – jakże bliski filmom Herzoga -  byłby znakomitym tłem do owych filozoficznych dyskusji. Ale nic za późno – muzyka Popol Vuh brzmi i dzisiaj (po ponad pół wieku)  świetnie, nic nie straciła, ba wyszlachetniała nawet.
Mogą Państwo się o tym przekonać z prezentacji jednej tylko strony soundracka z filmu „Aguirre gniew boży”. Box o wyjątkowej realizacyjnej i poligraficznej urodzie wydało brytyjskie BMG.



Wszakże  pierwsza część naszego spotkania to także muzyka filmowa, ale z jak odległej, filmowej galaktyki, bo z kowbojskich i gangsterskich filmów, dla których tworzył Ennio Morricone. W styczniu ubiegłego roku w Amsterdamie odbył się koncert zatytułowany „Morricone Duel”. Teraz jego fragment znalazł się na winylowej płycie, do której dołączona został płyta DVD z całym koncertem. Fajne to:



Wojtek Padjas


Żyjący barok – tak nazywa się seria 100 płyt, jakie w latach 1971 – 1984 wydał holenderski Philips. Z tego co wiem, nie było to wydawnictwo subskrypcyjne, bo nigdy nie spotkałem się z kompletem tych płyt. To bardzo dobrze nagrane i wydane płyty, które stanowią bardzo reprezentatywny przekrój muzyki i jej wykonań.
My posłuchamy jednej z pierwszych płyt tej serii wyboru, jakiego dokonał Neville Marriner:


Wśród zaprezentowanych utworów jest jedna z moich ulubionych kompozycji „matematycznych” Bacha, proszę zresztą obejrzeć:

Płyta zawiera kilka uroczych miniaturek, które rzadko są nagrywane...a szkoda, ot choćby taka „kura” Jean - Philippe Rameau.
Płyta stanowi zarazem świetny przykład, jak Marriner i jego St Martin in the Fields interpretowali muzykę. Ileż tam subtelności, wykwintnych piano, ciepłych smyczków. Tego nie da się usłyszeć w radiu. Do tego trzeba usiąść w wygodnym fotelu i oddać się muzyce... a jeśli jeszcze w towarzystwie zupełnie nowej gwiazdy, jak czytam z gwiazdozbioru Wieloryba, oznaczonej symbolem 2A3... a jeśli z odrobiną bursztynowego płynu... to do nirwany już tylko mały kroczek.


To jest absolutnie wyjątkowe, pierwsze stereofoniczne nagranie pełnego utworu muzycznego. Niemcy mieli najlepiej rozwiniętą technikę stereo a pierwsze studio gotowe do rejestracji całej orkiestry znajdowało się w Berlinie, siedzibie tamtejszego radia.  Jesienią 1944 roku tam właśnie pojawił się Walter Giseking, by pod dyrekcją Artura Rothera nagrać 5 koncert Beethovena.

Znane są wcześniejsze, brytyjskie i amerykańskie prezentacje  stereo  z lat 30-tych, ale to były jeszcze eksperymentalne próby. Dźwięk stereo najpierw wykorzystano w kinie  a pierwszy komercyjny film ze stereofoniczną ścieżką dźwiękową, to „Fantazja” Walta Disneya z 1940 roku.

Berlin, jesień 1944 roku, berlińskie radio jest główną propagandową tubą Hitlera, trwają już amerykańskie naloty na Berlin, w tle  nagrania koncertu Beethovena, w kilku momentach  słychać huk armat przeciwlotniczych.  Doskonałego przygotowania kruchej, papierowej taśmy magnetofonowej wedle techniki dostępnej w latach 70-tych, podjął się Andrew Rose – wybitny inżynier dźwięku efekty jego pracy na tej, wyjątkowej płycie wydanej w 1978 roku.


Wielka Sobota stanowi jeden z tych dni, kiedy warto popatrzeć na świat z głębszą, niż codzienna, refleksją. Współczesny świat niechętny rozmowom i myślom poważniejszym, niż te codzienne. Współczesny świat nie lubi cierpienia, chyba, że pojawia się na żółtym pasku telewizji informacyjnej.  A przecież cierpienie jest nieodłączną  częścią naszego życia.  W literaturze, legendzie i przekazach od Średniowiecza począwszy  funkcjonuje hymn zatytułowany Stabat Mater, poświęcony Marii, matce Jezusa, która pod Krzyżem opłakuje śmierć Syna.
W tradycji chrześcijańskiej to pieśń, którą możemy usłyszeć ledwie raz w roku – gdzieś między północą śmierci i południem, kiedy Jezus został zdjęty z krzyża. To oczywiste, że ten hymn pojawia się w twórczości wielu kompozytorów – Pergolesi, Haydn, Schubert, Verdi, Penderecki i wielu innych, bo cierpienie było i jest ważnym motywem twórczości, nie tylko przecież muzycznej.
Pośród tak wielu świetnych kompozycji i wielu znakomitych interpretacji sięgam po niepozornie wyglądającą płytę – Stabat Mater Rossiniego,  wydaną w połowie lat 70-tych przez radziecką Melodię i Enerdowską Eternę.


Armeński chór i orkiestra wykonują ten hymn blisko tradycji cerkiewnych śpiewów i  wybrałem to wykonanie, mimo  słyszanych tu i ówdzie niedoskonałości, ponieważ  jest ono dowodem, że przekracza  prosto pojęte katolickie nabożeństwo.  Jest przykładem spojrzenia na cierpienie Matki, które przekracza granice państw, ustrojów, religii, jest zatem przekazem uniwersalnym.
Refleksji ponad codziennej życzę.


Lekka, wiosenna, dworska muzyka francuska, to repertuar naszego kolejnego spotkania. Tym razem nie o muzyce, ale o samej płycie. Kolekcjonerskim smaczkiem jest tutaj biały, przededycyjny label, który pochodzi z japońskiej tłoczni.  Już kiedyś opowiadałem o tym, co to takiego, ale ponieważ coraz więcej kolekcjonerów płyt, więc kilka słów o tym specyficznym wydawnictwie. W procesie wydawania płyty winylowej są  krytyczne  punkty, które są decydujące dla ostatecznego brzmienia płyty. Pierwszy, to niewątpliwie samo nagranie i jego mastering, czyli przygotowanie tzw „taśmy – matki” Dzisiaj odbywa się to w formie pliku cyfrowego. Wieczny spór, czy płyta winylowa nagrana cyfrowo to nadal „analog” należy do sporów fundamentalnych i niemożliwych do rozstrzygnięcia. Dlatego też znów powstają studia, które używają do nagrań magnetofonów taśmowych. Są i takie, które idą jeszcze dalej, bowiem nagrywają wyłącznie na urządzeniach lampowych. Tak, czy inaczej istnieje konieczność weryfikacji i akceptacji tego procesu produkcyjnego. To dość łatwe, bo albo zaprasza się do studia wydawców, albo – co dzisiaj częstsze – wysyła im się pliki do akceptacji. Drugim, równie ważnym momentem, w którym może zdarzyć się coś, czego wydawcy  nie zaakceptują jest proces produkcji matrycy, z której tłoczy się płyty. I tutaj pojawia się ów biały label, albo – tego określenia używa się częściej – Test Press, czyli próbne tłoczenie kilku – kilkunastu egzemplarzy płyty. I to są właśnie owe białe labele, czyli wydrukowane a czasem tylko opatrzone numerkiem pierwsze egzemplarze płyty. Często słyszę pytanie, czy białe labele grają lepiej od płyt z regularnego tłoczenia i odpowiadam – ależ oczywiście, czego Państwo mogą doświadczyć w naszym kolejnym spotkaniu.


Leopold Mozart, którego wpływ na twórczość syna Wolfganga Amadeusza jest przedmiotem wielu badań muzykologicznych, a powinien być też socjologicznych, w jednym z listów do syna pisał, że komponowanie muzyki lekkiej nie uwłacza godności kompozytora, bo ważne, żeby była ona po prostu dobra. Pamiętają Państwo tę scenę z filmu „Amadeusz”?
https://www.youtube.com/watch?v=-ciFTP_KRy4&t=52s
Myślę, że ona znakomicie pokazuje różnicę między rzemiosłem a sztuką. Tym razem sięgniemy po dwa młodzieńcze utwory Mozarta – Divertimento, napisane przez szesnastolatka i Symfonię 33, którą skomponował młodzieniec jeszcze, bo 22-letni Wolfgang Amadeusz. W młodzieńczej, prostej i melodyjnej twórczości Mozarta tkwi pewne wykonawcze niebezpieczeństwo, zdawać by się mogło, że skoro to łatwe i proste, to można to grać „z marszu”, ale to nie w przypadku Georga Szella, który prowadził orkiestrę z Cleveland w mistrzowski sposób.


Płyta nagrana w 1963 r w pełni zasługuje na cały program i Państwa kolekcjonerską uwagę.


W winylowych czasach tylko jeden raz udało się nagrać komplet symfonii Haydna. Zbiór zawierający 104 utwory, to mniej więcej 50 godzin słuchania bez przerwy. Nic też dziwnego, że to niemałe przedsięwzięcie logistyczne. Nagrał je Antal Dorati z Philharmonia Hungarica a wydała Decca po raz pierwszy w 1971 roku i po raz drugi w 1974. Ale były to czasy wielkich wydawnictw przekrojowych – Haydn Edition, Bach Edition Beethoven Edition, Mozart Edition potrafią zapełnić całkiem dużą bibliotekę.
Z ciekawością więc przyglądam się prywatnej inicjatywie, finansowanej z funduszy składkowych, która zamierzyła sfinansować to przedsięwzięcie.
https://www.patreon.com/join/haydn2032?

Od samego początku a więc od 2014 roku prowadzenie projektu o nazwie Haydn 2032 powierzono bardzo pracowitemu, zdolnemu i przedsiębiorczemu dyrygentowi – Giovanniemu Antonini, znanemu także w Polsce z prowadzenia Wratislavia Cantans. Plan koncertowy, nagraniowy i wydawniczy zaplanowano aż do roku 2032 – czyli całość ma powstać na 300 lecie urodzin kompozytora. Pytanie, które sobie zadaję brzmi, czy ktokolwiek jest w stanie dzisiaj planować takie wydawnictwo z perspektywą następnych 14 lat, skoro już dzisiaj projekt nieco się sypie. Wedle planu wydawniczego powinniśmy mieć już 9 tom a tymczasem mamy dopiero ich 6. Co więcej – wyszły płyty winylowe z numerem 4,5,6 – a ostatnio wrócono do nr 3, ale czy i kiedy będą dwa pierwsze? Czy w ogóle uda się zagrać cały komplet ? Niby to nie przeszkadza w odbiorze muzyki, zwłaszcza, że wydawnictwo nie publikuje kolejnych symfonii, licząc od pierwszej, tylko Antonini układa je w ciekawe bloki nastrojów, łącząc zresztą  Haydna z utworami  innych kompozytorów. Ale (zawsze jest jakieś ale) niestety te tomiki są numerowane, więc rodzi się naturalna pokusa, by mieć wszystkie. Nie ukrywam, że mam z tym problem, bo w mojej bibliotece stoi piękny herbarz, który skończył się na literce H. Trochę mało prawda?  A nikt nigdy nie pokusił się o jego kontynuację, może dlatego, że arystokracji jakby ubywa. No, dość narzekania – niech gra muzyka:


Przyznam, że to wyjątkowo piękne wydawnictwo, w rozsądnej cenie (podwójny album za nieco powyżej 30 Euro) ale radzę kupować w wielkim, amerykańskim sklepie internetowym – taniej niż u nas i płyty docierają na trzeci dzień za mniej niż 5 Euro.
Oczywiście, że będę kupował wszystkie, jakie wyjdą a może nawet doczekam w jakim – takim zdrowiu i zasobności  - do roku 2032, czego i Państwu życzę.
Wojtek Padjas
PS – Capella Cracoviensis planuje podobne przedsięwzięcie (104 symfonie Hadyna na rok 2032) 


Na internetowej stronie http://www.loussier.com/,  w części pod nazwą koncerty, czytamy taką informację:
„Po 50 latach nieprzerwanej działalności Jacques Loussier ma w 2012 roku zasłużoną przerwę  Będziemy na bieżąco informować o  przyszłych wydarzeniach – ale już ich nie było.”
Jego biografia kończy się na tej oficjalnej stronie artysty w 2009 roku następującą informacją:
„W  2009 roku Telarc International - oddział Concord Music Group - świętuje 50 rocznicę aktywności artystycznej  wydaniem „Jacques Loussier Plays Bach: The 50th Anniversary Recording”
I tyle
Informacja o jego śmierci – kilka dni temu, 5 marca  - nie znalazła się na czołówkach gazet ani na tej oficjalnej stronie  – Jacques Loussier przeżył 85 lat.

Jego twórczość obejmowała co prawda okres prawie 60 lat, ale wydaje mi się, że do historii przejdzie 5 albumów wydanych w ciągu ledwie  trzech  lat, między 1959 a 1962 rokiem. To Decca i  płyty zatytułowane „Jacques Loussier play Bach” - z dodanymi numerkami – 1,2,3,4,5. O popularności tego artysty i muzyki jego tria, niech świadczy fakt, że ta pierwsza płyta – wydana w 1959 roku doczekała się co najmniej 70-ciu wydań – ostatnie, to płyta CD z kompletem tych pięciu płyt.


Okładka nawiązuje do pierwszych wydań tych albumów. Zastanawiałem się, który z nich powinien znaleźć się w programie smutno  okazjonalnym i w efekcie wybrałem zdecydowanie mniej znany – taki, w który trio Jacquesa Losier nie jest na pierwszym planie ale współgra z całą orkiestrą. Zapytają Państwo – dlaczego ten właśnie, skoro twierdzę, że mniej w nim tego słynnego tria. Moim zdaniem to płyta najbardziej bliska Bachowi,  w dodatku Loussier  jest tutaj także dyrygentem Royal Philharmonic Orchestra.


Jest też na tej płycie słynna aria na strunie G – smutna, nostalgiczna już wtedy w 1969 roku, kiedy została nagrana – dzisiaj brzmi szczególnie. Tutaj wykonanie znacznie późniejsze -

Wojtek Padjas


Z przyjemnością prezentuję Państwu mało znaną w Europie amerykańską klawesynistkę Sylvię Marlowe oraz wydaną 51 lat temu płytę:


Nie jest to artystka znana w Europie – a szkoda, bo grała świetnie, była uczennicą Wandy Landowskiej i podobnie, jak jej nauczycielka potrafiła  wydobyć z klawesynu dużo niuansów i uczucia.
Z kolei w  „Rekomendacjach”, w których  na koniec programu proponuję  współcześnie wydawane płyty tym razem sięgniemy do czasów zamierzchłych. To nagrania  dla większości z nas zupełnie niedostępne, jak wydawało mi się głównie z powodu braku odpowiedniego sprzętu do odtwarzania. Dlatego z ciekawością wysłuchałem historycznych nagrań wydawnictwa Deutsche Grammophon z lat 1912 – 1936. I cóż się okazuje – nagrania sprzed przeszło 100 lat potrafią prawdziwie czarować.


Kiedy o tej płycie opowiadałem winylowym, facebook`owym kolegom, natychmiast przekierowali do specjalnej, szelakowej grupy, gdzie dowiedziałem się, że znów produkuje się gramofony obracające się z prędkością 78 obrotów na minutę, że znów produkuje się specjalne wkładki do takich płyty a że one piękne – niech zaświadczą te oto fotografie


Wiem, że współcześnie wydana płyta z tamtych  czasów jest ledwie i namiastką tego dawnego świata, ale może stanie się pierwszym krokiem do tego, by go lepiej poznać ?

Wojtek Padjas


Od lat 20-tych aż po koniec XX wieku niezwykle popularne były orkiestry rozrywkowe. To głównie domena muzyki amerykańskiej, choć najbardziej rozpoznawalna jest z pewnością orkiestra Mantovaniego – włoskiego skrzypka, który  zaczynał swoją karierę w Anglii – były to lata 50-te. W tym samym czasie rozwijała się kariera amerykańskiego dyrygenta Frederica Fennella, który w 1952 roku założył swój pierwszy zespół symfoniczny, ale grający muzykę rozrywkową. W 1958 roku Estman-Rochester POPS Orchestra – drugi w kolejności zespół Fennella -  nagrał dwie płyty z repertuarem amerykańskiego kompozytora Leroya Andersona. Oto bohaterka naszego spotkania:


Moja ciekawość tej płyty (niestety nie mam jej drugiej części) wzięła się z faktu, że wydawcą było jedno z dwóch najlepszych amerykańskich wydawnictw płytowych – chicagowska Mercury Records, słynąca ze swojej serii Living Presence. Jakość tych nagrań – przecież sprzed 60 lat – zadziwia do dzisiaj. Państwo słuchają monofonicznego wydania, co kompletnie nie przeszkadza w odbiorze muzyki, ciekawej zresztą, bo Leroy Anderson był kompozytorem współpracującym z wielkimi orkiestrami symfonicznymi, choć zdecydowanie muzyką bawił się, czego dowód na poniższym filmie:



Kiedy bliżej przyjrzałem się labelowi płyty, której słuchamy, zaintrygował mnie napis „Margin Control” Określenie, z którym wcześniej się nie spotkałem. Internetowa kwerenda zawiodła mnie na bardzo wąsko-specjalistyczną dyskusję, z której zrozumiałem tylko tyle, że to ciekawe podejście do doskonalenia dźwięku na winylowej płycie.


Zresztą na okładce płyty jest dość szczegółowy opis owego Margin Control:


Skoro mamy okazję posłuchać audiofilskiego nagrania sprzed 60 lat – posłuchamy też nagrania wybitnie audiofilskiej, współczesnej wytwórni – to w kąciku "Rekomendacje”

Płyty tego wydawnictwa – a jest ich kilkadziesiąt – budzą w kręgach audiofili dość sprzeczne opinie – z całą pewnością Stockfish ma swój własny, niepowtarzalny dźwięk, zwolennicy tego  „obiektywnego” - krytykują te nagrania. Dla mnie są ciekawe, ciepłe, relaksujące. Liczne uwagi do repertuaru kwituję prostym stwierdzeniem – ja lubię sobie wieczorkiem posłuchać balladowego plumkania – a Państwo?

Wojtek Padjas


Najczęściej jest tak, że płyty, które prezentuję w naszych programach są trudne a czasem wręcz niemożliwe do zdobycia. Ma to także swoje zalety, ponieważ pozwala na „gonienie króliczka” nie raz po całym świecie a ten świat jest coraz bardziej dla nas otwarty. W ciągu dwóch dni dociera pod drzwi naszego domu płyta kupiona w Danii, na tę z Japonii trzeba poczekać ze dwa tygodnie, podobnie zresztą na płyty amerykańskie. W dwóch ostatnich przypadkach jesteśmy poddani celnemu niepokojowi – będzie cło i vat, czy nie będzie. Ale na rynku pojawia się każdego dnia mnóstwo nowych nagrań a i baza wydanych nieco  wcześniej, ale nowych, jest imponująca. Amazon ma około 300 tys tytułów płyt winylowych. Nowe winyle dotarły nawet do sklepów z bielizną i świeżym pieczywem. Z drugiej jednak strony wciąż psioczymy na jakość tych nowo – wydawanych płyt. Musimy mieć świadomość, że to nic nowego. Przez całą II połowę XX wieku, kiedy płyty winylowe były podstawowym nośnikiem muzyki, były wydawnictwa prestiżowe i budżetowe i podobnie jak dzisiaj te dobre płyty były znacznie droższe.
Płyty  Deutsche Grammophon – jak na swoją jakość nie są drogie. Dzisiejszą (to dwupłytowy album)  znalazłem za mniej niż 90 zł.  Sięgnąłem po nią  śmiało z przekonaniem, że nie zawiodę się ani pod względem wykonawczym ani technicznym...i się nie zawiodłem:

Wybitna interpretacja Mozarta – Seong – Jin Cho  i techniczna maestria - Reiner Maillard, o którym mogę Państwo więcej przeczytać tutaj:
http://www.emil-berliner-studios.com/en/gesichter.html
Na płycie zatytułowanej  Mozart brakuje  charakterystycznego znaczka studia Emila Berlinera, bowiem Seong-Jin Cho  nagrywał Mozarta w naturalnych wnętrzach,  co moim zdaniem  nastrojowi dodało takiego specyficznego, szlachetnego brzmienia.
Tę płytę postawiłem tuż obok innej wydawnictwa Deutsche Grammophon – nagrania wcześniejszego o ponad 40 lat, ale uczyniłem to nie przypadkowo – w obu jest radość grania Mozarta. Ten sam koncert –  20-ty - warto kiedyś posłuchać jednego i drugiego wykonania – przekonają się Państwo, że ich miejsce jest obok siebie.


Wojtek Padjas


Niesłusznie muzyka taneczna Beethovena spychana jest na bardzo daleki plan jego twórczości. Faktem jest, że Ludwik nie był człowiekiem krotochwilnym i mało kojarzy się np. z kontredansem. Na większości portretów spogląda spod oka niezbyt przyjaźnie. Znane mi dotychczas płyty z tym repertuarem ani piękne nie były ani wykonawczo nie porywają:


Kiedy jednak natknąłem się na wykonanie Neville'a Marrinera, pewien byłem, że to będzie smakowite. Takie się też okazało i Państwu z przyjemnością gram:


Marriner lubił różne zabawy z tytułami płyt, że wspomnę prezentowany kiedyś album wydany na 12 i 1/2 lecie  pierwszego nagrania zespołu St Martin in the Fields, czy nagranie wszystkich „nazwanych” symfonii Haydna.
A skoro przy płytach jesteśmy, to dwa słowa o gramofonie. Z ciekawością obserwuję, jak zarezerwowane dotychczas dla mężczyzn hobby śmiało wkracza w świat kobiet a nawet dostosowuje się do minimalistycznych trendów w projektowaniu mieszkań. Audio – w pewnej jego części zawsze starało się nadążać za mieszkaniową modą, dlaczego dzisiaj miałoby być inaczej. Niestety  dla wielu pasjonatów audio takie pasujące do wnętrz systemy są nie do przyjęcia, ba  utarczki z najlepszą z żon są stałym, nieodłącznym i potrzebnym elementem życia. Tak, to zbiera kurz, nie wolno tego dotykać, każda płyta o  cudownym zapachu piwnicy taka ma być. Tak, to prawda – najczęstszy widok, jakie mają nasze żony, to wystająca zza stojaka na sprzęt ta część ciała, z której spodnie się zsuwają.
Oto typowy pokój audiofila:



albo tak:



Tymczasem okazuje się, sprzęt audio może wyglądać tak:



albo nawet tak:



Myślę, że określenie, że gramofon trafił pod strzechy jest w tym przypadku w pełni uprawniony. Kolor, to kolejny element dostosowywania sprzętu audio do współczesnych wymagań i może dlatego coraz częściej zdarza się, że o wyborze sprzętu do domu decydują obydwoje – ona i on i czynią to w wytwornych wnętrzach współczesnych galerii handlowych. Niech i tak będzie, choć mam nadzieję, że szaleńcy, posiadacze dwunastu wzmacniaczy i 10 tys płyt porozkładanych  w sobie tylko właściwy sposób w  pokoju o powierzchni 10 m2, nie zostaną całkowicie pożarci przez świat czysty i uporządkowany.
Swojego pokoju nie pokazuję, JA uważam, że jest w nim porządek, co najwyżej spieram się o definicję, ale okazuje się, że kryteria określenia „porządek” bywają bardzo różne.


Koncerty organowe Jerzego Fryderyka Handla, czy jak ktoś woli Haendla, są dla wielu zaczynających przygodę z klasyką dużym zaskoczeniem, bowiem naturalne jest skojarzenie, że muzyka organowa jest poważna i nadaje się bardziej do kościoła niż na wieczorne, sobotnie spotkanie. Tymczasem koncerty organowe Handla, to przykład muzyki w pełni rozrywkowej i komercyjnej w dodatku, bowiem Jerzy Fryderyk – świetny zresztą organista -  grał te koncerty w przerwach swoich oratoriów, żeby widzowie odetchnęli – a przy okazji kupili nuty.
Niewątpliwie najbardziej znane wykonanie tych koncertów to Karl Richter, który nagrał je dla DECCA w 1959 roku. Tym razem jednak sięgniemy po inne, świetne wykonanie – Schola Cantorum Basiliensis i moje ulubione wydawnictwo Archiv:


Proszę zwrócić także uwagę na naklejkę Grand Prix du Disque – to znak najwyższej jakości i staranności nagrania. Płyty z tym znaczkiem pozwalają zaspokoić najbardziej wyszukane oczekiwania audiofili, podobnie zresztą, jak płyta, której fragment w nowym cyklu Muzyki spod igły -  Rekomendacje.  Jest ta płyta przykładem  staranności wydawniczej Adama Czerwińskiego i jego obsesyjnej dbałości o dźwięk – stąd mastering w Abbey Road. To chyba pierwszy przykład polskiego, małego, autorskiego wydawnictwa, które  współpracuje z tym studiem. Do tego świetny jazz – reszta tutaj: https://acrecords.pl/

Przy tej okazji pozwalam sobie Krakowian zaprosić na spotkanie z Adamem Czerwińskim –  w Krakowie, sobota 23 lutego. Szczegóły opowiem bliżej tej daty.


Niejednokrotnie odżegnywałem się od płyt, które noszą naklejkę „audiophile”. Nadal podchodzę do tego typu płyt ostrożnie, ponieważ dość często ich twórcy skupiają się przede wszystkim na aspektach technicznych, repertuar i artyści pozostają nieco w cieniu. Nie jest to nic specjalnie dziwnego. Takie płyty często pozostają domeną niewielkich, czasem wręcz hobbystycznych studiów nagraniowych, których nie stać na wybitnych artystów. Są to z reguły nagrania niewielkich zespołów – chętnie jazzowych, których jest wiele a ich  zdolności improwizacyjne w naturalny sposób predestynują do brzmieniowych eksperymentów. Tego typu nagrania wymagają wielogodzinnych prób z ustawianiem i doborem mikrofonów, przysłon dźwiękowych, korekcjami stołu mikserskiego. Więcej w takim nagraniu prób, niż samego grania. Są oczywiście wyjątki np. Studio Emila Berlinera. Proszę o nim poczytać :
http://www.emil-berliner-studios.com/de/index.html
Przyznają Państwo, że to imponujące przedsięwzięcie. Wrócę jednak do owych „hobbystycznych”. Jednym z najciekawszych jest bez wątpienia włoskie „fone”, którego właścicielem i reżyserem jest Giulio Cesare Ricci. Studio powstało 35 lat temu w czasach analogowych, przeszło obronną ręką przez czasy cyfrowe, pozostając niewielką, analogową oficyną. Analog znów wrócił do łask, więc na pewno zwolenników takiego sposobu nagrywania nie zabraknie. Giulio Cesare Ricci często nagrywa z przyjaciółmi. Szczęśliwie dla nas – kolekcjonerów – do tego grona zalicza się wielki skrzypek, Salvatore Accardo. Nagrał dla „fone” kilka świetnych płyt. Jedną z nich, dzięki uprzejmości krakowskiego Nautilusa, który jest polskim dystrybutorem „fone” mam przyjemność zaprezentować:

To wszechstronne, muzyczne przeżycie – kompozytor – wykonawca – zespół – nagranie. 


Z przyjemnością zapowiadam od dawna oczekiwany przez Państwa fragmencik programu, w którym prezentować będę nowo wydane płyty, które warte są Państwa uwagi. Zaznaczę , że będą to raczej nagrania realizowane współcześnie a nie reedycje, bowiem zawsze oryginał lepszy od kopii. Postaram się, żeby był to dla Państwa rodzaj przewodnika. Spotykam się z opiniami, że współcześnie tłoczone płyty, to „nie to, co kiedyś”, że teraz to jakieś nieudolne realizacje z plików MP3 przeniesione na płytę winylową, bo taka jest moda. Owszem, zdarzają się takie przypadki, podobnie, jak wydawanie nadmiernej ilości kopii z jednej matrycy, co powoduje znaczną degradację dźwięku.

 Z drugiej strony są bardzo drogie płyty, nagrane specjalnie dla audiofili – po te sięgać będę rzadziej -  bo zbyt często na tych audiofilskich chodzi o brzmienie a nie muzykę, a my przecież zajmujemy się muzyką.
Dzisiaj  świetnie nagrana i wybitna płyta – debiut młodego, polskiego kontratenora – Jakuba Józefa Orlińskiego. To od razu debiut światowy, sygnowany zacną oficyną , która należy do Warnera, ale ma swój własny repertuar i własne, bardzo wysokie standardy wydawnicze.
Dodam, że płyta wciąż dostępna a głos Orlińskiego absolutnie urzekający. Moim zdaniem daleko ciekawszy niż sławnego Philippe Jaorussky`ego.  Orliński był  nominowany w tym roku do Paszportów Polityki i jest artystą uznanym już na świecie. Z przyjemnością polecam Państwu tę płytę.

Pełna informacja tutaj:http://www.warnerclassics.com/release/4952236,0190295633707/vinyl-anima-sacra

Płytą wieczoru jest:

Tłoczenie amerykańskie z wczesnego okresu stereo – referencyjne brzmienie i świetne wykonanie.

Wojtek Padjas


Ten winylowy rok kończymy tanecznie i w dodatku w rytmie, jaki jest naturalny dla człowieka, z tańcem, którego nie trzeba się uczyć, takim, jaki nas niesie – jeśli nie do pląsania, to przynajmniej do tupania nogą. SWING – muzyka taneczna niebywale popularna od lat 30-tych ubiegłego wieku.
Sądząc po licznych wznowieniach płyt Glenna Millera, Benny Goodmana, Counta Basiego, Duke Ellingtona ma się świetnie, po prawie 80-ciu latach od powstania. Zakazana we wszystkich totalitaryzmach, jako muzyczny wyraz zgniłej Ameryki, zakazana była w hitlerowskich Niemczech,
Związku Radzieckim i po 1945 wszystkich krajach tzw bloku socjalistycznego. W Polsce lat 50-tych kojarzyła się z kulturą bikiniarzy, tak świetnie opowiedzianą przez Tyrmanda. Z przyjemnością kupiłem płytę współczesnego, amerykańskiego bandu, który udanie kultywuję ten nurt muzyczny.
Oto przed Państwem „Ostre Sardynki”

Państwo chcą obejrzeć i posłuchać ? - proszę bardzo

 Czyż nie idealne na ostatnią sobotę roku? Interpretacjami tej piosenki, która powstała na początku lat 30-tych moglibyśmy zapełnić całe spotkanie. My słuchamy trzech interpretacji – w tym tej najpopularniejszej i pierwszej zarazem – Andrew Sisters, rok 1937.

 A skoro od swingu zaczynamy – przy nim pozostajemy przez całe spotkanie. W muzycznym pojedynku spotykają się trzy siostry Andrews i Elizabeth Bugerol.
Wasz przytupujący
Wojtek Padjas


Absolutnym ewenementem muzycznym jest stosunkowo prosta, sonata powstała w XV wieku, w Hiszpanii. Poznałem ją w zupełnie niezwykłej interpretacji hiszpańskiego mnicha Gregorio Paniagua. Płyta została wydana dwukrotnie, pierwszy raz w 1982 roku. Była w zbiorze u szwajcarskiego kolekcjonera i stamtąd trafiła do mnie. Niestety gdzieś mi się zapodziała, raz już ją odnalazłem – i znów się schowała. Zostaje więc tylko wysłuchać jest w wersji internetowej – oto ona:

Ponieważ jednak popularność La Folii przekracza granice czasu, jej aranżacji jest ogromna ilość, ba w Holandii powstała internetowa strona w całości poświęcona tej właśnie sonacie.
http://www.folias.nl/html1.html

Jak więc, słusznie Państwo podejrzewają, nie miałem kłopotu, by znaleźć inne wykonanie sonaty La Folia. Najłatwiej szukać jej w kompozycjach epoki baroku. Do programu wybrałem jedną z najpopularniejszych, skomponowana przez Corellego, znalazła się na płycie EMI z 1978 roku.
Wraz z nią zespół z Tuluzy nagrał kilka innych, odpowiadających klimatem, kompozycji tego popularnego kompozytora włoskiego baroku, zatem ta właśnie płyta jest bohaterką pierwszego w 2019 roku spotkania z winylami.
Dlaczego tę płytę wybrałem na początek roku ? Może dlatego, że bogatszy o wiedzę z zamieszczonej wyżej strony, planuję uczynić rok 2019 tym, w którym będę szukał ciekawych wykonań La Folii.
Wojtek Padjas


Świąteczne płyty, to te, których z całą pewnością nie słuchamy częściej, niż raz w roku. W czasach słusznie minionych, posiadanie nagrań Mazowsza, Ireny Santor, bądź chóru Stuligrosza było wręcz koniecznością, ponieważ Polskie Radio niechętnie prezentowało muzykę kojarzącą się z Kościołem. Gdzieś w połowie lat 70-tych Czerwone Gitary nagrały piosenkę „Jest taki dzień” i jej popularność spowodowała, że urodziła się u nas „nowa,świecka tradycja” czyli tzw christmasy, zatem utwory, które swoim nastrojem przywołują święta a nie są czystą egzemplifikacją Bożego Narodzenia. Pod koniec XX wieku (o, jak to brzmi, tak, jakby to było ze sto lat temu) wraz z wejściem do Polski świątyń handlu, już od początków listopada zaczynały się świąteczne oferty zgrabnie okraszone Presleyem, Bingiem Crosby i zespołem Wham. Do tej tradycji dołączyła także nasza stacja, tyle, że zachowując właściwe proporcje, bo my zaczynamy dopiero w pierwszych dniach grudnia. I tak „Igle” przypadło szukać właściwej muzycznej oprawy. Nie jest to łatwe, by nie popaść w oczywistości, ale i tym razem się udało.
Słuchać będziemy takich oto płyt:


i w następnym tygodniu


Są te płyty dowodem, że świat jest prawdziwy tylko w jego wielokulturowym wymiarze, bo śpiewająca country Emillou Harris wydana była dla Japończyków a zestaw włoskich kolęd to płyta amerykańska.
Wojtek Padjas


Jednym z ciekawszych a ciut mniej znanych cykli płyt z muzyką Jana Sebastiana Bacha jest ten wydany z okazji 300. rocznicy urodzin kompozytora. Zważywszy na ogrom dorobku Bacha i wydawany w latach 70-tych monumentalny „The Neune Bach Edition” wydawnictwa Archiv nie dziwne, że ów z 1985 roku, niewielki przecież, może być pomijany. Powinien być znany miłośnikom interpretacji wykonywanej na instrumentach z epoki, ponieważ większość z 14 albumów to Concentus Musicus Wien po dyrekcją Nicolausa Harnoncourta. Prezentowany w programie nosi numer 10.


Jest to, jak większość cyklu, wydanie dwupłytowe. W podobnej szacie graficznej Teldec, w tym samym 1985 roku, wydał serię wiązaną z 300 leciem urodzin Handla (czy jak kto woli Haendla).
Ale powodem wydania tych dwóch cykli nie były tylko okrągłe rocznice, bodaj, czy nie istotniejsza była promocja nowego w latach 80-tych sposobu produkcji matryc. To znany wielu kolekcjonerom znaczek.

A na czym ten proces polega – dzisiaj praktycznie jedyny, który służy produkcji matryc - mogą
Państwo przekonać się oglądając ten krótki filmik.

Wojtek Padjas


Tym razem przegląd płyt, które zauważyłem w czasie warszawskiego AudioVideoShow. Nie pretenduje ten wybór do żadnego rankingu, jest wyborem osobistym i wynikającym z moich upodobań. Wybiegłem tym razem poza klasykę – zahaczyłem o jazz i balladę. Oto właśnie ballada:


Przyznam, że nie nazwisko wokalisty i kompozytora mnie zaciekawiło a adres wydawcy – mała wioska w lubelskim o nazwie Rogalów. A - to wreszcie będę mógł posłuchać realizacji tajemniczego i niezwykłego studia nagraniowego - Rogalów analogowy. Proszę zresztą samemu obejrzeć to studio i jego twórcę

Kolejna płyta – znów (póki nie poznałem jej aranżera i wydawcy) zwróciła moją uwagę informacją, że została zrealizowana w Abbey Road Studio, co – przyznają Państwo - nie jest normą, nie tylko w Polsce. To studio, do którego, żeby się dostać trzeba mieć dorobek i rekomendacje. Obu Adamowi Czerwińskiemu nie zabrakło:


Kolejny rodzynek, to płyta, która należy do dość elitarnego klubu aaa. Nie ma to związku z anonimowymi alkoholikami, ale klubowicze też są uzależnieni – Ci od doskonałego, analogowego dźwięku:


Dużym przeżyciem było dla mnie poznanie włoskiej oficyny „fone” dostępnej w Polsce, razem z kilkoma innymi ciekawymi wydawcami – i to wszystko w Krakowie. Proszę zerknąć na opowieść o twórcy tej niezwykłej oficyny https://foneshop.it/en/


Na koniec wyprawa na Stadion Narodowy, gdzie swoje płyty prezentował Mietek Stoch. Tutaj czekał na mnie rarytas – płyta dostępna wyłącznie „spod lady”


A o niezwykłym twórcy AudioLab Record przeczytają państwo tutaj:
http://highfidelity.pl/@main-3282&lang=
Liczę, że do przyszłego tygodnia otrząsnę się z nowości i wrócę na znane Państwu ścieżki Muzyki spod igły.
Wojtek Padjas


Zakończone dopiero co warszawskie targi AudioVideoShow, to druga pod względem wielkości impreza w Europie. Co to oznacza w praktyce wie każdy, kto próbował w ciągu trzech dni przejść przez wszystkie stoiska a było ich w tym roku blisko 200. Wyobraźmy sobie, że chcemy zobaczyć wszystko. Zaczęliśmy w piątek w południe, skończyliśmy w niedzielę wczesnym popołudniem. Na przejazdy pomiędzy trzema lokalizacjami trzeba w sumie dwóch godzin. Trzeba coś zjeść – to też dwie godziny. Zostało nam 24 godziny - oznacza to, że na jedno stoisko możemy poświęcić 7 minut. Miłe zatem, że w prezentacjach, jakie odbywały się pod egidą naszej stacji uczestniczyło prawie 200 osób. W sumie te prezentacje (jeśli ktoś chciał być na wszystkich a byli tacy) zabrały ponad 3 godziny ze zwiedzania stoisk – co przyznają Państwo było dużą konkurencją.
Osobiście musiałem dokonywać dość drastycznego wyboru co zobaczyć a co opuścić więc w wolnych chwilach wędrowałem sobie z miejsca do miejsca – tu i owdzie „rzuciłem uchem” i były takie miejsca z pięknym dźwiękiem, gdzie zatrzymywałem się na moment. To jednak, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to...drewno. Piękne w ustrojach akustycznych, które z epoki wytłaczanek po jajkach, które nadawały się jedynie do piwnicznych, czy garażowych salek audiofilów pozwalają wejść ze sprzętem i muzyką do ekskluzywnych salonów. Zobaczcie zresztą Państwo sami:

Drewno – tym razem bambusowe przepięknie zaprezentowało się, jako budulec audio – łącznie z gramofonowym ramieniem:

Na moment wrócę jeszcze do naszej - „Muzyki spod igły” obecności. Miałem przyjemność udowodnić, że płyty monofoniczne stają się przedmiotem pożądania a z drugiej strony zaprezentować płyty, które choć nie miały znaczka „Audiophile pressing” brzmiały urzekająco.


Może czas wreszcie napisać coś o muzyce spod igły ? Proszę bardzo. Tym razem słuchamy połowy z dwupłytowego albumu, jaki odnalazłem w dziwnym miejscu. Oto w Białymstoku jest taki sklep, który sprzedaje wszystko, co w ramach współpracy przesłało partnerskie, niemieckie miasto. Są tam zegary z kukułką, porcelana, jelenie rogi, ubrania jakieś i...spora półka z winylowymi płytami.
Takimi, jak ta:


W stanie idealnym, chyba nie słuchana kosztowała 1 zł. (jeden zł.) za dwie płyty – więc jedna kosztowała 50 gr. a muzyka na niej piękna, o czym Państwo mogą się przekonać słuchając programu. A jeśli powiedzą Państwo, że tym razem nie wykosztowałem się, to obiecuję w kolejnym spotkaniu zaprezentować płytę,która kosztowała 280x więcej.
Wojtek Padjas


Dwa barokowe koncerty, nagrane w Moskwie w 1967 roku dla Melodii. To było narodowe, wydawnictwo płytowe, którego nagrania cieszą się wśród melomanów zasłużoną sławą. Nie piszę tutaj o „zagranicznej” muzyce rozrywkowej, która i owszem, nagrywana była z pominięciem praw autorskich i zachowania jakichkolwiek reżimów technicznych. Tutaj chodzi o klasykę. Ileż wspaniałych, niedostępnych gdzie indziej wielkich nagrań i wspaniałych interpretacji. Przecież nie wszyscy wybitni muzycy uciekli z ZSRR a jeśli nawet uciekli, to wcześniej nagrywali w Kraju Rad.
Oczywiście ich nagrania były raczej niedostępne – walały się gdzieś po magazynach a dzisiaj są na nowo odkrywane. Z podobną sytuacją mamy do czynienia dzisiaj – oto Vivaldi i Corelli w interpretacji Moskiewskiej Orkiestry Kameralnej, pod dyrekcją Rudolfa Barshaia, czy, jak ja wolę Barszaja.


Proszę zwrócić uwagę, że na okładce nie ma żadnego nazwiska solistów, choć oni wybitni, ale „z Zachodu”, więc po co ich specjalnie pokazywać. Nieco inaczej jest na płycie wydanej w Holandii i to przez EMI. Tutaj już widać, że do Moskwy przylecieli na to nagranie świetni, francuscy instrumentaliści – Michel Debost i Amaury Wallez..może zresztą byli oni komunistami ? Warto przecież pamiętać, że wielu Francuzów było w latach 60-tych tą ideologią zauroczonych. No ale wtedy Rosjanie daliby ich nazwiska na czołówce. Ach, któż zrozumie zawiłości polityki.


Tak, to jest to samo nagranie (mam tylko tę wersję EMI) i przyznam, że jest to nagranie świetne.
Warto pamiętać, że radzieckie władze nie skąpiły pieniędzy na muzykę. Studia Melodii wyposażone były doskonale a i umiejętności tamtejszych realizatorów budzą do dzisiaj podziw.
Jeśli więc mają Państwo w swoich zbiorach płyty tej radzieckiej Melodii – nie wyrzucajcie proszę, sam chętnie przygarnę.
Wojtek Padjas

PS Rudolf Barszaj w ZSRR nie wytrzymał, w 1977 roku objął funkcję dyrektora Filharmonii Izraelskiej, co przyjął wraz z obywatelstwem tego kraju.


To wielka przyjemność zamykać dzień w RMF Classic z muzyką Ennio Morricone, ale to także przedsięwzięcie ryzykowne nieco, nie chciałbym, żeby nasze spotkanie było jedynie zbiorem utworów, jakie prezentowane są przez cały dzień.
Ufam, że koledzy nie wpadną na pomysł, by przypomnieć Morricone z takiej oto płyty:


To na tym krążku po raz pierwszy wytropiłem nazwisko Ennio Morricone – rok 1964 i festiwal w San Remo – 3 miliony sprzedanych płyt.
W programie będzie jeszcze kilka winylowych smakowitości, ale płytą wieczoru będzie ten oto soundtrack:


Wydany w 1986 roku i ponownie w 2016.
Taki Morricone jest „oczywistą oczywistością” ale, czy ten też ?


To jazzowo-funkowa, eksperymentalna muzyka grupy młodych, włoskich muzyków i kompozytorów, do których w połowie lat 60-tych należał Ennio Morricone.
A ja w trakcie winylowej misji poszukiwawczej związanej z Ennio Morricone zaszalałem i we Francji znalazłem taką oto płytkę – przyjdzie pewnie na początku grudnia i wyląduje na półeczce z białymi labelami.


Bo jeśli człowiek szuka, to i znaleźć powinien, prawda?
Wojtek Padjas


Z przyjemnością i satysfakcją przedstawiam dzisiaj dwóch winylowych przyjaciół – Mietka i Stacha, uważam nawet, że łączy nas sympatia całkiem osobista a winyle są tej sympatii dobrą przyprawą. Wymieniamy się płytami, szukamy nawzajem takich, o jakich wiemy, że sprawią drugiemu radość. Każdy ma opanowane różne rynki, na których szukamy płyt – Stach Niemcy i Szwajcaria, Mietek, to płyty z Japonii, w której to wiele lat pracował a nawet na tamtejszy rynek wyprodukował kilkanaście płyt z nagraniami historycznymi. Mnie ostatnio udało się dostać do bardzo ciekawego zbioru amerykańskiego – to Pan Krzysztof z Chicago, więc mamy naprawdę się czym dzielić. Cenię, że każdy z nas, choć to troszkę boli, potrafi drugiemu oddać płytę, którą sam chciałby mieć, ale wie, że drugiemu sprawi ona większą radość. Czy to nie piękne ?
I tak oto poprosiłem obu, by wybrali ulubione przez siebie koncerty fortepianowe Mozarta.
I oto te wybory:
15 koncert w wykonaniu Anatolija Wiedernikowa – wybór Mietka

Tutaj fragment jego występu

23 koncert w wykonaniu Murraya Perahii – wybór Stacha


tutaj z koncertem 27

Zatem tylko dwa koncerty, Państwo mogą zgodzić się z tymi wyborami, albo z nimi dyskutować.
Szukać swoich kandydatów i na nich oddać swój głos., po to jest demokracja.
Wojtek Padjas


300B, to dla melomanów i audiofili wyznacznik doskonałości dźwięku – oczywiście, że ich części, bo dzielimy się na tranzystorowych i lampowych, a i w ramach tych podziałów jest kilka grup, które „o swoje” walczą do upadłego udowadniając swoje racje w przelicznych forach dyskusyjnych, odsłuchach, imprezach targowych. Wydaje mi się, że nie ma dziedziny hobbystycznej, która „dostarcza” aż tylu różnych, często zwalczających się klanów. Ja należę do klanu o nazwie 300B, to legendarna lampa mocy, produkowana w niezmiennej technologii od 1938
roku. Tak – od 1938 roku!

To zdjęcie otrzymałem od kolekcjonera ze Stanów, który dumny zakupił tę parę lamp wyprodukowaną w 1952 roku. Zapłacił za nie 9 tys USD i uważa, że była to okazyjna cena (nie pomyliłem się – w przeliczeniu, to prawie 30 tys zł.) Opowiadał mi, że słuchał ich tylko przez kilka
godzin i – cytuję – sięgnął nieba. Pewnie, że chciałbym takich lamp posłuchać, ale nie sądzę, żeby kiedykolwiek mi się to udało,ale – znalazłem się w przedsionku tego nieba słuchając wiernych replik tych lamp.

Jeśli takie dźwięki wydobywają się z przedsionka, to niebieskie chóry muszą być zaiste warte, by gonić za nimi po świecie – i jeśli państwo pozwolą, to zaproszę do tego trochę dziwnego świata recenzentów audio.
https://www.dagogo.com/psvane-we-11-replica-300b-review/

Zadałem sobie wcale niełatwe pytanie – jakiej muzyki posłuchać, by najpełniej usłyszeć to, co dają z siebie repliki najsłynniejszych 300B. Wybrałem płytę wydaną współcześnie, ale bardzo analogowo, starannie i wielkim wyczuciem stylu. Płyta jazzowa, spokojna, nagrana przez
znakomitego, klasycznego bas-barytona Thomasa Quashoffa. Znany operowej publiczności całego świata, kilkakrotnie zanurzał się w jazzowe rytmy i czynił to z wdziękiem, wyczuciem, charakterem. Jego ostania płyta – nagrana przez radio NDR i wydana przez Sony, to wielka,
muzyczna frajda. Zapraszam


Wojtek Padjas


Dwa najbliższe tygodnie spędzimy z Bachem i jego czterema suitami orkiestrowymi, czy jak kto woli Uwerturami orkiestrowymi. Jedni badacze twierdzą, że Bach napisał tylko te cztery, inni że to niemożliwe, skoro był to gatunek w baroku nadzwyczaj popularny. O jego popularności, ale chyba też łatwości komponowania świadczy fakt, że Telemann napisał ich ponad setkę, Fasch też około tej ilości a Jan Sebastian tylko cztery i jeszcze wątpliwą piątą, bo raczej Bachowi przypisywaną (BWV 1070) Do programu nie mogłem wybrać innego wykonania, jak ikonicznej interpretacji Karla Richtera.
Lubię ten box nie tylko za muzykę ale też oprawę – to Archiv z jego wielką starannością w kwestii nagrania i oprawy:


To jedno bodaj z sześciu wydań – to szczęśliwie pierwsze. Lubię też Archiv za te szczególne fiszki, jakie dołączał do swoich płyt.


Zbieram nagrania tej oficyny, bo stanowią nie tylko wzór wykonawczy muzyki baroku, ale też niedościgłą maestrię nagrań i tłoczeń. Szukam teraz pierwszej, nagranej przez Archiv płyty – rok 1947 i Bach, oczywiście z Walchą – to płyta 10 calowa.
Jakby ktoś miał, chętnie przygarnę, a jak nie, gonić będę tego króliczka z przyjemnością:


W szale poszukiwań tej płyty, proszę nie zapomnieć, by przez dwie soboty wysłuchać czterech Suit/Uwertur Jana Sebastiana Bacha.


Decyzja o wyborze najpopularniejszych symfonii Haydna poprzez peregrynację internetowych forów zdała mi się najpierw ryzykowna, jak wyprawa w głąb puszczy, w której jeno komary, krokodyle i ludożercy, ale – co tam – pomyślałem, jak coś, to się do tego nie przyznam. Bo czyż godzi się wybierać symfonie wedle kryterium ich sieciowej popularności ? No – ale jak inaczej – może tak, jak w pewnej internetowej stacji radiowej, w której nakazano jednemu z jej redaktorów wysłuchać i uszeregować wszystkie 104 symfonie Haydna (dwie doby słuchania non – stop.) Uważam, że praca owego dziennikarza, którego poznajemy jedynie po inicjałach, zasługuje na szacunek i prezentację I miejsca na tej specyficznej liście przebojów.
49 – ta „La Pasione”
Box z 12 „nazwanymi” Symfoniami – nie wymaga rekomendacji.


Poszukiwania drugiej z najpopularniejszych symfonii Haydna, oparłem o szersze badania i trwającą nieprzerwanie od 2012 roku dyskusję na ten temat na jednym z portali o znaczącej nazwie – LoveClassic. Tam, pośród wielu faworytów na pierwsze miejsce, co jakiś czas, wychodzi 88-ma. U nas w mniej eksponowanym wykonaniu (Denis Vaugham) za to świetnym nagraniu (RCA Red Seal)


A na koniec, dla czystej radości z muzyki taki oto piękny fragmencik 88-ej.

bo nie sztuka dyrygować...sztuka dyrygować.
Wojtek Padjas


Jedna z ciekawszych płyt jubileuszowych nosi tytuł 12 1/2 – i jest rzeczywiście wydana z okazji dwunastoipółlecia pierwszego nagrania Neville Marrinera dla brytyjskiej DECCA. To dwupłytowy album, wydany jedynie (jeśli się nie mylę) dla holenderskich melomanów. Nie znalazłem bowiem żadnego innego wydania niż to :


Bardzo przepraszam, za nie najlepsze zdjęcie okładki, ale ona cała srebrna i w dodatku lekko przetarta, ale owe 12 1/2 widać wyraźnie.
Odkrycie tej płyty spowodowało u mnie natychmiast chęć pozyskania tego pierwszego nagrania Marrinera – zajrzałem tu i ówdzie i znalazłem:


Proszę nie dziwić się innemu niż DECCA labelowi. To wynika z polityki Brytyjczyków, którzy pozwalali używać znaku DECCA u siebie i w Niemczech, Francuzom pozostawiając L'Oiseau-Lyre Amerykanom i Japończykom zostawiając London.
Na pewno to jubileuszowe wydanie brzmi lepiej, ale to pierwsze – jest pierwsze. Teraz zacznę poszukiwania kolejnych, okazjonalnych płyt Marrinera, może równie interesujące ?
Wojtek Padjas


Po wakacyjnych harcach muzycznych i koncertach, których śmiało można by posłuchać w Muszlach Koncertowych (było kiedyś coś takiego i odbywały się tam bardzo przyzwoite koncerty) czas na początek jesiennego sezonu i muzykę, której pierwotny tytuł spowodował u jej kompozytora wściekłość, która zakończyła się podarciem strony tytułowej. Drąc i zamazując tytuł krzyczał „Czyż i on zatem nie jest niczym więcej niż zwykłym człowiekiem? Teraz i on pogwałci prawa ludzi, by
zaspokoić swoją ambicję, wyniesie się ponad wszystkich, stanie się tyranem!" … O kim mowa? Nie, mylą się Państwo, to nikt współczesny, zresztą który z nich zasługuje na symfonię.
To Ludwig van Beethoven tak wykrzykiwał na Bonapartego, który koronował się Cesarzem Francuzów. Napoleon na cesarskim tronie...śmieszny, jak każdy, któremu władza do głowy uderza.
https://www.napoleon.org/en/history-of-the-two-empires/paintings/napoleon-i-on-his-imperialthrone/
Przejdźmy zatem do muzyki. Historia, o której opowiadam dotyczy III Symfonii Beethovena, której historyczne tło wobec wielkości muzyki jest tylko niewiele znaczącą anegdotką.
A jakie wykonie ? Wobec przyjacielskiego dyktatu pewnego Staszka może być tylko jedno wykonanie:

A że ten egzemplarz ma dodatkowe smaczki

to już inna historia...


Jeszcze lato...a już wrzesień, więc ta muzyka jest mostem, który łączy wakacje z powrotem do życia powakacyjnego. Jest lekka, ale nostalgiczna. Zagrana wyjątkowo pięknie i...dawno, dawno temu, bo to płyta sprzed 60-ciu lat. Tu i ówdzie stuka leciutko, ma bowiem jedną małą ryskę, ale nie trzeszczy, jak to zdarza się płytom z tamtej epoki.


Tak – przy okazji - warto wyjaśnić, dlaczego te dawne płyty trzeszczą. W większości przypadków są po prostu brudne, zakurzone i z tym można sobie świetnie poradzić przez ich mycie. Gorzej, kiedy były odtwarzane na dawnych gramofonach z ciężkimi i źle ustawionymi wkładkami – straty są bezpowrotne. Nie bez powodu tamte wkładki nazywamy heblarkami. Na szczęście nie dotyczy to naszej bohaterki:


Przyznają Państwo, że label też ma piękny.
Wojtek Padjas


Sierpień, drugi wakacyjny miesiąc nie przynosi zmiany repertuaru. Dalej słuchamy muzyki malowanej delikatnymi pastelami, takiej, która powinna przynieść ukojenie, tak ważne wśród niespokojnego świata. Ale żeby dobrze malować – potrzebny jest dobry pędzel. Wedle mojej wiedzy dla prawdziwych artystów, narzędzie pracy ma znaczenie kolosalne, więc używają np. pędzli z wiewiórczej sierści. One oddają wiernie każdy zamysł artysty. Podobnie – by znów przejść na poziom metafory z odtwarzaniem muzyki – narządzie musi być najlepszej jakości. Rzecz w tym, że jednych stać na owe narzędzia za 200 tys zł, innych za 200 zł. Starałem się zawsze zachować umiar (konieczny z powodów budżetowych) i z muzyki wydobyć to, co najlepsze drogą żmudnych poszukiwań. Uważni słuchacze wiedzą, że od pewnego czasu w moim systemie zagościła legendarna wkładka gramofonowa – Decca – London. Wyprodukowana prawie 40 lat temu, wciąż w znakomitej formie. Cenię ją za wyjątkową barwę dźwięku i fakt, że przetrwała w doskonałym stanie te ponad 40 lat. Nawet oryginalne pudełeczko, jak nowe.

Zauważyłem ponadto, że ona najpiękniej odtwarza muzykę zapisaną te 40 lat temu. Audiofile powiedzieliby tutaj o koherentnym systemie. Nie sądziłem, że dam się namówić na jakąkolwiek zmianę, ale wybitny, krakowski recenzent Wojtek Pacuła wspomniał kiedyś o fenomenie wkładki Denon DL-103R. To ona jeszcze produkowana, zapytałem świadom swoich braków w wiedzy o świecie audio. A jakże, odpowiedział Wojtek i dodał, że produkowany jest w niezmienionej formie od 1962 roku. To zaciekawiło mnie bardzo, bo pamiętam, że ta wkładka była najczęściej stosowana w profesjonalnych, radiowych gramofonach a kto, jak kto, ale kiedysiejsze radia dbały bardzo, by dostarczać muzykę o nieskazitelnej jakości.

Dlaczego mierzę się z legendami? Przecież w dziedzinie konstrukcji wkładek gramofonowych, podobnie jak z całym światem, postęp technologiczny jest niewyobrażalny. Czyżby??? To dlaczego płyty wytłoczone 50 lat temu są o wiele wartościowsze od większości tych wyprodukowanych w ostatnich latach – odpowiedź jest stosunkowo prosta – muzyka nagrana na winylowych płytach w latach 60-tych i 70-tych była często produktem skończonym, najdoskonalszym z możliwych a
zapisana na niej muzyka jest świadectwem kunsztu wykonawczego i realizacyjnego, tak trudnego do osiągnięcia dzisiaj, kiedy wrażliwość i ucho zastępuje wykres komputera.

Postanowiłem więc założyć tę wkładkę – a efekty tego mogą Państwo usłyszeć w sierpniowych programach.
Co do profesjonalnej oceny wkładek Denona – tę zostawię Wojtkowi Pacule:
http://www.highfidelity.pl/artykuly/0902/denon.html
sobie zostawiając muzyczne poszukiwania a one ułożyły się tak oto:

Zaczniemy do letniego koncertu zespołu St Martin in the Fields z niezapomnianym Neville Marrinerem.

W kolejnym tygodniu znów składanka i znów legendarnej grupy – I Solisti Veneti z Claudio Scimone. Płyta o tyle ciekawa, że sfinansował ją – w 1985 roku - jeden z największych wówczas producentów komputerów, który przyczynił się zacnie przecież do popularyzacji komputera, jako sprzętu domowego.

W trzecim tygodniu sierpnia słuchać będziemy płyty wydanej w 1984 roku przez NRDowską Eternę. I to wcale nie z czarnym, bardziej cenionym przez kolekcjonerów labelem a tym niebieskim, powiedziałbym powszednim. Różnica między nimi jest taka, że ów czarny label był eksportowy, a ten niebieski przeznaczony dla demoludów. (młodszym wyjaśniam – kraje demokracji ludowej, zatem te, które oddzielone były od świata murem berlińskim i zasiekami.)
Przyznam jednak, że ta płyta nagrana jest więcej niż dobrze, także dlatego, że miejscem nagrania było znakomite, naturalne studio dźwiękowe w niefunkcjonującym, jako świątynia kościele chrystusowym w Berlinie.

Czwartą, ostatnią sierpniową sobotę wypełni muzyka gitarowa. Tym razem legendarny duet Ida Presti i Aleksander Lagyola. Duet wykonawczy i życiowy.

Wojtek Padjas


Lipcowe soboty – bez względu nawet na pogodę – sprzyjają muzyce nieskomplikowanej, miłej i lekkiej a takiej w klasyce dostatek. Nawet myślałem sobie, czy nie poszukać takiej muzyki, którą chciałoby się wziąć na bezludną wyspę. Oczywiste było dla mnie, że na każdej bezludnej wyspie na pewno jest przyzwoity gramofon z przyległościami. Nawet zacząłem gromadzić te płyty, bez których trudno byłoby mi spędzać czas na owej bezludnej wyspie. Okazało się jednak, że ten podstawowy zbiór waży kilkadziesiąt kilogramów, więc zrezygnowałem z tej, jakże kuszącej perspektywy i postanowiłem ułożyć te lipcowe spotkania, jako prezentację muzyki, która sprawi Państwu przyjemność. I oto takie płyty wybrałem na te lipcowe spotkania:


Przyznają Państwo, że młoda (w latach 70-tych) dziewczyna z gitarą absolutnie nadaje się na takie spotkanie.
Do kolejnego wybrałem wydaną dwa lata temu przez Warner Classic zgrabną i świetnie zrealizowaną składankę. Inspirująca okłada ten wybór potwierdziła.

Mozart był kolejnym z oczywistych wyborów. Tym razem płyta zatytułowana Harmonie Musiken, zagrana z ogromnym wdziękiem przez Collegium Aureum, które muzyczny humor odnalazło w aranżacji Oper Mozarta.


Te lipcowe spotkania zakończymy jeszcze jedną miłą składanką. Jest moją ulubioną z powodu jednej kompozycji pod tytułem „La Folia”. To niewielki utwór, który inspirował kompozytorów od wczesnego baroku pod wiek XX. Tym razem skomponowany (a może raczej zaaranżowany) przez Marina Maraisa.


A co w sierpniu ? Wybierzemy, posłuchamy, zaprezentujemy.
Wojtek Padjas


LATO
Płyty, które chciałbym zaproponować tym, którzy w czasie letnich peregrynacji znaleźliby się na bezludnej wyspie i jakaś tęskność za winylem by ich wzięła. Oczywiście, przyjmujemy założenie, że pobyt na wyspie nie dłuższy niż kilka miesięcy a w domku skleconym z liści bananowca jest przyzwoity gramofon z dodatkami.
Zaczynamy od Rossiniego i arii o plotce – jakże aktualnego przeżycia wakacyjnego – ach te ploteczki...dokąd życzliwe są fajne…. a potem ? Proszę posłuchać i przeczytać.

Płyta, którą wybrałem wdzięczna, idealna na początek lata – świetnie wydana, pięknie i radośnie zagrana:


Miłego słuchania
Wojtek Padjas


Offenbach

A więc
Jedwabne haleczki, szeleczki, bluzeczki
Śliczniutkie, malutkie, zgrabniutkie, milutkie
Koszuli wycięte, gorsetem przycięte
Koronki, batysty, dekolcik przejrzysty
Ażury, wstążeczki, tasiemki, wstaweczki
Szpileczki i główki, hafciki, sznurówki
Zatrzaski, haczyki, kokardki, zawiązki
Agrafki, podwiązki
Malutkie węzełki
Większe supełki
Jednym słowem śliczna
Sieć geograficzna
szyk upięta
gorsetem ściśnięte
rok 1918, tekst Tadeusz Żeromski , słowa Wacław Gajdzieński, śpiewał Tadeusz Sempoliński.

Jeśli mają Państwo ochotę pooglądać – proszę bardzo:


Takiej muzyki i takiej płyty będziemy słuchać, choć nie cała ona frywolna. Peter Meyers – producent płyty CBS obok XX- wiecznej aranżacji muzyki Ofenbacha zaproponował „Taniec szkieletów” Saint Saensa i „Ucznia Czarnoksieżnika” Ducasa. Jest to więc płyta, która przypomina Fin de siecle i jednocześnie go demonizuje. Ale – pora roku temu sprzyja pozostańmy w nastroju Paryża końca XIX wieku i tamtejszej podkasanej muzy. „Paryska wesołość” według motywów muzycznych Ofenbacha została wielokrotnie nagrywana. Wybrałem trzy okładki – najbardziej charakteryzujące epokę.


Zdawałoby się, że epoka Ofenbacha i w ogóle operetki jest już przeszłością, do której nikt już nie wraca. Mam nadzieję, że to spotkanie zmieni nieco Państwa nastawienie do „lekkiej muzy” a że operetka nie całkiem odeszła do lamusa udowadnia płyta, której
okładkę widzimy powyżej. To audioflskie wznowienie płyty z 1958, lub 1959 roku – znów dostępne za...170 zł.
Wojtek Padjas


Ottorino Respighi – powrót do renesansu
Ten włoski kompozytor początku XX wieku pozostał w naszej pamięci, jako twórca trzyczęściowego poematu symfonicznego „Trylogia Rzymska”, może jeszcze baletu opartego na tematach Rossiniego „La Boutique fantasque”.
A przecież był twórcą kilkunastu oper, baletów, poematów symfonicznych, koncertów. Ale tak już jest, że kompozytorzy często do historii przechodzą tylko kilkoma utworami. Z całą pewnością Respighi nie kojarzy się z utworami epoki renesansu, tymczasem sięgał po nie trzykrotnie – w latach 1916,1923 i 1931. Według mnie stanowią one miłą, wiosenną całość – aż szkoda, że rzadko wydawaną. My słuchamy nagrania z 1958 roku.

Płyta świetnego, chicagowskiego wydawnictwa Merkury, wydana została w kilka miesięcy po premierze stereofonicznej nacinarki do matryc płyt winylowych i dowodzi, że te wczesne nagrania mogą stanowić dzisiaj, czyli 60 lat później , wciąż wzór dla współczesnych studiów wyposażonych w dziesiątki mikrofonów, wielkie stoły mikserskie, nieskazitelnie nagrywające komputery.
Tymczasem Mercury za pomocą jednego mikrofonu potrafiło nagrać całą orkiestrę.


Płyta, mimo swoich 60-ciu lat zachowała się w idealnym stanie a Antal Dorati i Philharmonia Hungarica świetnie zagrali.
Wojtek Padjas


Polonica
W przypadku winylowych płyt pod tym określeniem rozumiem takie, które wydane były na Zachodzie a dotyczyły artystów, którzy tworzyli i mieszkali w Polsce. To pojęcie dzisiaj się zaciera, bo przecież żyjemy w świecie wielokulturowym a artyści mieszkają to tu, to tam i swobodnie koncertują i nagrywają płyty na całym świecie.
Inaczej było w czasach „żelaznej kurtyny” . Emigracja Adama Harasiewicza, tuż po jego wygranej w Konkursie Chopinowskim spowodowała, że został wymazany i zapomniany. Nie wolno było o nim pisać, nie wolno było prezentować jego wykonań. Pytanie zatem, czy jego box z kompletem Chopina wydany przez Philipsa zaliczyć do kategorii Polonica?


Tak przy okazji – odnoszę wrażenie, że tego, pierwszego wydania kompletu chopinowskiego zostało na świecie niewiele egzemplarzy, różni się od drugiego wydania tym, że w pierwszym portret Chopina to płaskorzeźba a w drugim fotografia.
Tak, czy inaczej – dyskusje o polonicach toczą się wśród melomanów i kolekcjonerów, więc ja tym razem nie wdając się w spory, co do granicy, kiedy nagranie zaliczyć do kategorii Polonica a kiedy nie – prezentuję płytę oczywistą.
Młoda, polska orkiestra kameralna z młodym dyrygentem zaproszona jest do Niemiec, by tam nagrać płytę. Jest rok 1984, środek stanu wojennego:


Nie było przypadkiem, że Wojciech Rajski ze swoją orkiestrą zostali zaproszeni do nagrania tej płyty. Dyrygent znany był już na Zachodzie, bo przez dwa lata pracował w Bonn.
Była to pierwsza, ale nie ostatnia nagrana na Zachodzie płyta Polskiej Orkiestry Kameralnej.
Aż do 1989 roku takie zaproszenia dla polskich zespołów i artystów miało nie tylko muzyczne wartości. Przecież płacono w dewizach a przelicznik dolarów na złotówki był wówczas oszałamiająco korzystny dla tych zza żelaznej kurtyny, więc nawet, jeśli zaproszenie dotyczyło niszowego wydawnictwa i niszowego repertuaru, nikt nie zastanawiał się, czy je przyjąć. Swoją drogą dodam, że ta płyta jest świetnie wykonana i nagrana, co mają Państwo okazję usłyszeć w programie.
Nie mogę się jednak oprzeć wspomnieniom i przytoczę znaną anegdotkę z tamtych czasów:
„- co to jest kwartet?
- To moskiewska Filharmonia po powrocie z tournée na Zachodzie”
Jeśli ktoś z państwa tej anegdotki nie rozumie, to dobrze, bo dotyczy świata, który – mam nadzieję – odszedł już bezpowrotnie.
Wojtek Padjas


Sonata księżycowa w różnych odmianach
Inspiracją do wsłuchania się – któryż to już raz – w (obok „Dla Elizy”) najpopularniejszy utwór Beethovena stała się interpretacja Murraya Perahii. Płyta wydana kilka miesięcy temu i wciąż dostępna. Przyznam, że dawno nie słyszałem tak pięknej interpretacji „Księżycowej” i tak doskonałego wykonania „Hammerklavier”.


W słuchaniu muzyki nigdy nie jesteśmy – na szczęście - obiektywni i dla mnie każda płyta, jaką nagrał Perahia jest świętem. Długo poszukiwany komplet koncertów Mozarta w jego wykonaniu dostarczył mi wielu wspaniałych przeżyć. Jak było tym razem? Równie świetnie, co sami Państwo mogą usłyszeć w programie. Dodam do znakomitej interpretacji muzycznej, równie wartościową warstwę realizacyjną. Ta płyta powinna stać się obowiązkowa w każdej winylowej kolekcji.
Skoro księżycowa – postanowiłem pójść jej tropem i przypomnieć kilka innych jej aranżacji – ot choćby jazzową wersję:

Ta płyta ukazała się w trzech formatach. W 1981 roku nagrana bezpośrednio na matrycę, czyli direct to disc, dwa lata późnej na CD i w 2003, jako wydanie audiofilskie. Widać z tego, że w pierwotnej realizacji, obok zapisu direct-to-disc musial być podpięty magnetofon, no bo skąd Jeton wziąłby materiał na dwa kolejne wydawnictwa.
Cofniemy się także do późnych lat 40-tych, by posłuchać dancingowej wersji:

jeszcze jazzowo ? Proszę bardzo


Na zakończenie spotkania wrócimy do ikonicznej wersji Sonaty Księżycowej – z tego kompletu Sonat. 11 płyt, to wiele wieczorów z Beethovenem i Guldą.

To muzyka, przy której możemy lewitować...od teraz w dosłownym tego znaczeniu, bo wymyślono lewitujący talerz gramofonu.

No cóż…..
Wojtek Padjas


Marimba
W Ameryce Północnej to niezwykle popularny instrument. Pan Krzysztof Wawer, od którego mam płytę z klasyką zagraną na tym instrumencie twierdzi, że za wycięcie puszczy amazońskiej w dużym stopniu odpowiedzialne są fabryki produkujące marimby. Od jej najprostszej wersji dzieci w przedszkolach uczą się grać pierwsze melodyjki, by potem kontynuować naukę w jednej z dziesiątków szkół muzycznych. Amerykanie do umuzykalnienia wciąż podchodzą z należną muzyce pasją a marimba jest tej pasji ważnym wyznacznikiem. Nieznana u nas prawie w ogóle, tak oto wygląda i brzmi.

Płyta, która wciąż znajduje się w pierwszej setce listy Billboard także u nas kompletnie nieznana:


I jeszcze jedno odkrycie - Brian Slawson - nominowany do nagrody Grammy jako odkrycie w kategorii „muzyka klasyczna”. „Bach On Wood” to jego płytowy debiut. Perkusiści, a takie studia w Julliard School kończył Slawson, nie należą do tych wymienianych członków klasycznych orkiestr. Zdaje się nam czasem, że ledwie parę razy walną w bęben, co nie jest oczywiście prawdą, stąd w biografii Slawsona pojawiają się nazwiska Leonarda Bernsteina i Aarona Coplanda. Nie odnalazłem informacji, jak była rola Slawsona w nagraniach reklam takich marek, jak American Express, Budweiser, Coca-Cola, McDonald's, Chevrolet i IBM. Za to łatwo odnaleźć którąś z kreskówek Warnera i wsłuchać się w głos buldoga – to także nasz bohater – marymbista Briana Slawson.

Miłego oglądania i słuchania
Wojtek Padjas


Woodrow Charles „Woody” Hermann
Klarnet, saksofon altowy i śpiew. Uważam, że słuchanie takich artystów, jak Woody Herman inaczej niż z czarnej płyty, odbiera tej muzyce całą jej magię i czar. Ja nawet lubię, kiedy płyty z tą muzyką czasem trzeszczą. Przepisane na cyfrowe wartości przypominają mi kobietę, której fotografia przeszła przez Photo Shop.

Czy wyobrażają sobie Państwo ten filmik w wersji pokolorowanej?. Choć przecież Woody Herman zmarł dopiero w 1987 roku i dożył zapisu cyfrowego, to jego muzyka ma swoje korzenie w amerykańskich orkiestrach tanecznych 30 lat XX wieku.
Choć tym razem posłużyłem się w programie pewnego rodzaju protezą, bo to podwójny album, wydany w latach 70-tych, stanowiący składankę nagrań orkiestry Woody Hermana z całego okresu jego kariery.

I mimo że to kolorowe zdjęcia a niektóre nagrania współczesne, wciąż uważam, że tylko z winyla.
Niestety przez ten album przeszło jakieś tornado i bezpowrotnie zniszczyło jedną z dwóch płyt albumu. Ale ja mam taką specjalną półeczkę z płytami, których żal wyrzucić a są kalekie. Uważam, że żyjemy w cywilizacji, w której chorych nie zrzuca się ze skały, co równie może dotyczyć płyt.


Więc zgrabnie położymy igłę poza tym uszczerbionym fragmentem i też będzie pięknie.
Wojtek Padjas


35 mm
Każdy z nas zna 35 mm taśmę filmową, no może prawie każdy, kto pamięta aparat fotograficzny sprzed epoki cyfrowej. Na wszelki wypadek przypominam:Używana była przez ponad 100 lat w kinematografii. Wyparł ją cyfrowy zapis. I nic dziwnego, skoro dla utrwalenia dwugodzinnego filmu trzeba było prawie 3 km taśmy. Nie liczę ile jej zużywano w czasie nakręcania filmu. Swoją drogą określenie „nakręcić film” dalej funkcjonuje a przecież dzisiaj w kamerze nic się nie kręci. 35 mm taśma powszechna była także w fotografii amatorskiej. W 1969 roku Enoch Light – kompozytor, dyrygent oraz inżynier dźwięku - postanowił użyć jej do zapisu dźwięku. Zastąpił powszechnie stosowaną taśmę ½ calową. Idea słuszna, ponieważ – najprościej rzecz ujmując – na szerszej taśmie można było zapisać więcej informacji, więc dźwięk był znacznie doskonalszy. W ten sposób jego własne wydawnictwo Command wyprodukowało kilkanaście tytułów, pakując jednocześnie płyty w podwójne okładki. Płyty zapisane na 35 mm taśmie są dość rzadkie, z tym większą przyjemnością prezentuję je Państwu:

O ile studyjny zapis na 35mm taśmie nie przyjął się, to podwójna okładka, jak najbardziej.
Wszakże nie upowszechniły ją płyty wydawnictwa Command, które do końca swojego dość krótkiego życia pozostało niszowe. Gatefold, czyli właśnie podwójne okładki stały się modne odkąd zespół The Beatles użył ich w swojej pierwszej, stereofonicznej płycie.:


Enoch Light, który jest bohaterem naszego spotkania był oczarowany techniką stereofoniczną i chętnie bawił się nią. Jego zabawy z dźwiękiem określono mianem ping-pong. Rzecz polegała na tym, że dźwięk raz słyszymy w lewym głośniku a raz w prawym...znowu w lewym i znów prawym.
Dzisiaj, kiedy stereo jest powszechne nikt już tak się nie bawi, tym chętniej prezentuję Państwu nagranie ping pong:


Wojtek Padjas


Bohaterem kolejnego spotkania z barokiem jest francuski trębacz Maurice Andre. Był niestrudzonym propagatorem muzyki baroku i bez żadnej wątpliwości bardzo przyczynił się do tego, że barok od polowy XX wieku stał się modny.
Wydał kilkaset płyt, nagrał na nie ponad 1700 utworów i co ciekawe jakość jego 50-letniej pracy nigdy – z powodu tej ilości - nie ucierpiała.
Jego pierwsze nagranie - to czasy płyt monofonicznych (rok 1950) a ostatnie, to technologia SACD (rok 2010). Dla naszego spotkania wybrałem płytę ze środkowego okresu twórczości Maurice Andre:

Udowadnia ta płyta, że dla Maurice Andre nie było przeszkód twórczych, stąd aranżował na trąbkę utwory skrzypcowe, wiolonczelowe, obojowe a także arie operowe.

Polecam nagrania tego artysty – radość z muzyki i radość grania – to także radość słuchania
Wojtek Padjas


Higiena osobista winylowych płyt
Nikomu z nas nie przyjdzie do głowy, by używać szarego mydła a włosy myć tym samym specyfikiem, co nogi. Środki do prania różnią się od siebie diametralnie – jedne do białego a drugie do wełny. Mamy osobny płyn do płytek w łazience i zupełnie inny do paneli… a płyty zdarzają się wciąż brudne i zaniedbane. Żyję w głębokim przekonaniu, że higiena gramofonu i płyt jest bezwzględną koniecznością. Kilka razy prosili mnie Państwo, bym napisał taki krotki przewodnik higieny płyt i gramofonu. Proszę bardzo -

Zacznijmy od samego gramofonu
Wyładowani elektrostatyczne. To te suche, nieregularne trzaski, to to niemiłe przyklejanie się maty do płyty i owo przyciąganie przez płytę włosków na ramieniu.
Tutaj kompleksowe działanie polega na następujących elementach:
1. Mycie płyty – wszelkie ładunki „utopią się” - nie trzeba nawet specjalnych środków antystatycznych, choć one pomocne. To mycie nie tylko pozbawia płyty ładunków, ale i dokładnie
czyści rowki.


2. Używanie maty elektostatycznej. Dotychczas był to produkt praktycznie niedostępny, ale rozwój specjalnej dziedziny nauki i przemysłu z symbolem ESD pozwolił na stworzenie antystatycznych mat, które odbierają lub rozpraszają ładunki.
Ramię i wkładka – tutaj także potrzebna codzienna higiena, do której należeć powinno:
1. okresowa kontrola nacisku za pomocą precyzyjnej wagi.
2. okresowa kontrola antyskatingu – gładka płyta
3. Czyszczenie igły – to zależne od tego, jak zakurzone mamy płyty i jak często ich słuchamy, ale pogorszenie własności sonicznych brudnej wkładki usłyszy każdy. Tutaj należy unikać mocnego alkoholu, ponieważ ten potrafi rozpuścić żel, na którym przyklejona jest igła. Dlatego powinniśmy stosować miksturę, która zawiera tyle alkoholu, by swobodnie wyparował oraz dobrze dobrany detergent, żeby pozbyć się tłustego nalotu. To proces, który powinniśmy przeprowadzać pod lupą.
6. Czyszczenie igły żelem – to świetny sposób na codzienną higienę igły. To o tyle dobry środek, że nie powoduje niebezpieczeństwa zniekształcenia igły.


Higiena płyt – wspomniałem o tym przy okazji wyładowań elektrostatycznych, ale dodam kilka istotnych elementów.
1. Okładki – czasem brudne, zaniedbane, z zapachem pleśni Trzeba je choć przemyć (spryskać) wodą z odrobiną detergentu tak, by nie zniszczyć druku. Lepiej przeprowadzić próbę na kawałku okładki,choć, jeśli płyta pokryta folią, lub lakierowana – woda z detergentem nie zaszkodzi.
2. Likwidacja starych naklejek – warto kupić taką suszarkę do ściągania starego lakieru (są w marketach budowlanych) , podgrzać niższą temperaturą miejsce z naklejką (oczywiście wcześniej wyjmując płytę) i za mniej więcej 20 sekund delikatnie zdjąć naklejkę z klejem. Absolutnie nie polecam żadnych środków w płynie ułatwiających zdejmowanie naklejek.
3. Mycie płyt – to bezwzględnie obowiązkowy zabieg a za absolutnie najskuteczniejsze uważam myjki ultradźwiękowe a odkąd pojawiły się rzemieślnicze myki, budowane na bazie gotowych wanien stosowanych w medycynie – ich cena stała się dostępna dla niemal każdego fana winyli.
Jeśli zastosujemy rozpuszczalny w wodzie specjalny koncentrat, to efekt przejdzie nasze oczekiwania .
4. Nowe wewnętrzne okładki – jeśli zastępują stare, zużyte, lub papierowe, to ich rodzaj nie ma kluczowego znaczenia. Natomiast, jeśli zależy nam na utrzymaniu płyt, które nie będą kumulować ładunków elektrostatycznych, to lepiej stosować te z certyfikatem ESD.


Tylko tyle i aż tyle, żeby cieszyć się muzyką bez trzasków.
Wojtek Padjas


7 kwietnia
Barok z nartami
Muzyka baroku, która jest niewyczerpanym i nieustającym motywem naszych spotkań jest zarazem bardzo wymagająca od sprzętu, na którym tej muzyki słuchamy. Wielokrotnie zarzekałem się, że nie jestem audiofilem, tylko melomanem, zauważam jednak pewną zmianę. Ona tak kroczek, po kroczku sączy się i to, na czym słucham muzyki stopniowo się zmienia. Zwracam uwagę na określenie stopniowo, bo to jest raczej etap strojenia całego systemu audio do tego, jakiej muzyki słucham przede wszystkim. Muzyka baroku, której, wraz z Państwem, słucham z przyjemnością to sporo bardzo szybkich dźwięków – szesnastki, to standard. Proszę zobaczyć płytę winylową w powieszeniu mikroskopu elektronowego:
https://thevinylfactory.com/news/incredible-photos-of-record-grooves-under-an-electronmicroscope/
Czy określenie tego, co dzieje się pomiędzy nagranym rowkiem płyty a igłą gramofonu można nazwać slalomem gigantem ? Oczywiście - w prawdziwym slalomie o ostatecznym wyniku decydować będzie jakość nart i właściwe ich nasmarowanie oraz jakość stoku a przypadku płyty winylowej o jakości odtwarzania muzyki decyduje idealna czystość rowka płyty oraz właściwości igły gramofonowej oraz jej szlif. Czym precyzyjniej pędzi przez ten slalom, czym szybciej i pewniej pokonuje zakręty, tym wierniej słychać muzykę. Doświadczyłem tego niedawno pozyskawszy od przemiłego Słowaka Ondreja niezwykłą, gramofonową wkładkę – oto ona –
ukazana „brzuchem do góry”


Bardzo precyzyjna igła, przytrzymywana cieniutką niteczką jest bezpośrednio połączona z cewką, co powoduje, że dźwięk jest znacznie bardziej precyzyjny, niż we wkładce robionej współcześnie.
Ta moja pochodzi z maleńkiej, brytyjskiej manufaktury, gdzie nadal ceni się precyzję ludzkich rąk i pasję do tworzenia czegoś, co ma swoją historię i tradycję – niemal, jak monarchia.
Ciekawostką jest, że jeśliby ta wkładka była już zużyta, to można ją wysłać pod ten sam adres w Londynie, gdzie została wyprodukowana wiele lat temu i tam, w dużej części ci sami ludzie, przywrócą jej blask, naprawią, co trzeba i znów zagra pełnią swoich umiejętności.
Z tego wszystkiego zupełnie zapomniałem o muzyce – a to przecież wszystko dla niej – więc proszę bardzo – oto „slalomowy stok” produkcji japońskiej z kultowego w Warszawie miejsca o nazwie Art Reco:


A dzisiejsze skojarzenia z nartami nie przypadkowe, bo nie tylko Kamil, ale i cała rodzina Stochów z Zębu narty wielbi – w tym także Mieczysław (Art Reco) , który pasję narciarską łączy z tą do winylowych płyt - szukając tych, które najpiękniej brzmią i prezentują najlepszą muzykę. Na razie doszedł do zbioru liczącego sporo ponad 30 tys i wciąż mu wielu nagrań brakuje – u Stochów oni wszyscy coś kolekcjonują a to płyty a to medale.
Wojtek Padjas


NIEDZIELA (wyjątkowo) 

1 kwietnia
Messa di Gloria – Msza radości. Wielkanocna niedziela jest dniem idealnym dla takiego muzyczno-duchowego przeżycia.
Mszy radosnych nie jest zbyt wiele – z tym określeniem znam tylko dwie – Pucciniego i Rossiniego. Dla mnie zupełnie niezwykła jest ta Rossiniego. Po raz pierwszy zarejestrowana na winylowej płycie w 1973 roku. Wydana raz jeden – i tej właśnie będziemy słuchać w nietypowym dla naszego programu dniu – to znaczy w w Wielkanocną niedzielę o 21.00

Kiedy wysłuchają Państwo tego nagrania – przekraczającego o kilkanaście minut ramy naszego, godzinnego spotkania, przyznają mi Państwo rację – to zupełnie wyjątkowa muzyka.
Po owym 1973 roku ta Msza wydana została jeszcze dwa razy.


Rok 1992 i


rok 2006
Obie wersje cyfrowe, więc (mimo wszystko) trochę poza moimi zainteresowaniami. Ale w poszukiwaniu informacji o nagraniu z 1973 roku natrafiłem na drugą mszę skomponowaną przez Rossiniego – kilkunastoletniego, początkującego kompozytora ; Messa di Ravenna. Nagrana raz jeden, przez polski Veriton. I proszę sobie wyobrazić, że znalazłem ją na jednym z portali aukcyjnych ledwie za 10 zł. Wysłuchałem z przyjemnością – i świadomością kolekcjonerskiej także wartości tego nagrania.


Wojtek Padjas


24 marca

Jazz jest naturalnie bliski zarówno muzyce filmowej, jak i klasycznej. Jakiś czas temu na jednym z internetowych forów odbyła się bardzo ciekawa i wielowątkowa dyskusja na temat klasyki granej jazzowo. W tych rozważaniach przewijały się głównie płyty Swingle Singers i Novi Singers a z kompozytorów przede wszystkim Bach. Zaiste, Bach to najbardziej jazzowy kompozytor wszech czasów. Szukałem więc innych, „jazzujących” kompozytorów i postanowiłem odnaleźć jazzującego Chopina. Moje pierwsze skojarzenie było oczywiste – świetna płyta „Chopin project” - Olafur Arnalds i Alicia Sara Ott. Prezentowałem ten album w naszym programie, ale znów go z wielką satysfakcją polecam.

Kompletnie inaczej Chopina potraktował holenderski kompozytor i pianista jazzowy Jan Huydts. Dla jego tria Chopin był inspiracją dla zagrania płyty lekkiej, rozrywkowej. Żadnych koturnów, żadnych wierzb płaczących, nawet marsz żałobny przypomina piosenkę Młynarskiego o „chłodzie rodzinnej kryptki”. Zatem namawiam na spotkanie przełamujące narodowe odczytanie Chopina.

Płytę wydało niszowa Omega International w 1974 roku.
A skoro poruszamy jazzowe klimaty, tak, by mieściły się w konwencji naszych programów i naszej stacji, to sięgnąłem po dopiero co wydaną płytę duetu braci Olesiów. Zauroczyło mnie ich odczytanie orientu, bo choć tytuł płyty Nadir – określa przeciwieństwo zenitu, to ja odczytuję tę płytę, właśnie jako poszukiwania muzyczne bliskie Indiom.


Czy klimatyczna okładka i czerwony winyl zgrywają się z muzyką na nim zaprezentowaną, to ocenią państwo sami w drugiej części programu i tutaj też:

Kontrabas i perkusja, taki duet stworzył pełen, nastrojowy i intrygujący świat. A że bracia bliźniacy – Marcin i Bartłomiej Oleś - przymierzają się do nagrania płyty odczytującej na nowo kompozycje Henryka Mikołaja Góreckiego, pewien jestem, że usłyszymy jeszcze ich muzykę w naszym programie a tytuł albumu „Górecki Ahed” jest nawiązaniem do wcześniejszego projektu braci – „Komeda Ahed.” więc i do Komedy sięgniemy na pewno.
Wojtek Padjas


17 marca 2018

Direct to disc, trudna i budząca wiele kontrowersji technika nagraniowa, która bardzo wymagająca od artystów, ma przynosić niedościgłe dla żadnej innej technologii, doznania.
I właśnie takiego nagrania, wydanego w kilkuset egzemplarzach słuchamy tym razem:

Z punktu widzenia melomanów, nie jest to jakieś wybitne nagranie, dla audiofili niesamowity kąsek.
Do nagraniowego studia wchodzi zespół i na znany wszystkim znak dyrygenta zespół zaczyna grać, ale w tym przypadku to nie wszystko, bo w tym samym momencie, technik kładzie igłę specjalnego gramofonu bezpośrednio na płytę z acetatu – czyli master. Przez całą jedną stronę płyty zespół nie może się pomylić „grając” nawet przerwy między utworami, bo pomiędzy mikrofonem nagrywającym a igłą nacinającą płytę nie ma żadnego pośrednika. Nie ma reżyserki, nie ma taśmy.
stąd i nazwa - „bezpośrednio na płytę” - direct-to-disc.
Płyta, której okładka powyżej trwa ledwie trzydzieści kilka minut, więc oczywiste, że szukałem kolejnej – i znalazłem:

Jeśli Państwo dobrze wsłuchacie się w te nagrania, dosłyszycie kilka kiksów solisty i potknięć orkiestry. Tak, jak w nagraniu na żywo – bo to zaiste, nagranie na żywo:


Trudne dla artystów, bo o ile drobne potknięcia na koncercie, który oglądamy, giną w powodzi świateł i szumu sali koncertowej to, kiedy słuchamy takiego nagrania z płyty, wszelkie niedoskonałości są bardzo słyszalne. Dlatego też artyści niechętnie godzą się na nagrywanie płyt koncertowych i może dlatego, że one tak rzadkie i prawdziwe, budzą pożądanie melomanów a w przypadku direct-to-disc także audiofili.
Wojtek Padjas


10.03.2018

Jane Glover, jedna z nielicznych kobiet dyrygentów, pewnie feministki kazałyby mi napisać dyrygentek, ale – mimo wszystko – forma żeńska zawodów zdecydowanie męskich jakoś mi nie odpowiada. Przyjęły się himalaistki, traktorzystki, dyrektorki (ale to raczej jako zarządzające przedszkolami, bo w korporacjach to już Pani Dyrektor), ale wciąż nie ma piekarek, nie przyjęła się ministra ani inżynierka. O tych zawodach piszę z okazji minionego właśnie Dnia Kobiet.
By godnie wszystkie Panie uczcić, postanowiłem zaprezentować jedną wciąż z nielicznych dyrygentek. Jane Glover, Brytyjka, która nie dość, że dyrygowała, to jeszcze stworzyła i prowadziła własny zespół – London Mozart Players. Jej dorobek płytowy nie jest imponujący – ledwie kilkanaście płyt, ale swoje zawodowe życie podzieliła między muzykę i zarządzanie, była bowiem przez 10 lat jednym z dyrektorów w BBC.


Płyty, jakie nagrała, ograniczają się do repertuaru klasycystycznego (Mozart i Haydn) z lekką domieszką romantyzmu (Brahms) i baroku (Handel i Cavalli). 1/3 jej dorobku płytowego to symfonie Haydna. Jedna z nich, nagrana w 1989 roku, zawiera trzy symfonie tego kompozytora.
Wydawcą większości płyt, których dyrygentem była Jane Glover, była niezależna, niewielka wytwórnia płytowa ASV, która działa samodzielnie ledwie 20 lat i nie oparła się globalizacji.
Najpierw kupiona przez Sanctuary, który sam nie obronił się przed wykupieniem go przez Universal. Niewątpliwą ciekawostką jest fakt, że płyta z symfoniami Haydna została wydana równolegle na trzech nośnikach (winyl, kaseta, CD). Ciekawe byłoby posiadanie wszystkich trzech i ich analityczny odsłuch...który nic by nie dał, bo i tak zwolennicy poszczególnych formatów uznaliby ten „swój” za najlepszy.


Ja wybrałbym wersję winylową, nawet bez słuchania pozostałych.


3.03.2018

Tym razem koncerty na trzy fortepiany w interpretacji rodziny Casadeus – Robert i Gaby oraz ich syn Jean. Do tego filadelfijska orkiestra pod dyr. Eugene Ormandy`ego dostarczą wspaniałych wrażeń:


Ale, żeby te muzyczne wrażenia były rzeczywiście niezapomniane, to pamiętać musimy, że gramofon jest wrażliwym i niełatwym do prowadzenia urządzeniem, zwłaszcza dla tych wszystkich, którzy przyzwyczaili się do urządzeń zawsze gotowych do użytku.
Zacznijmy od igły – zawsze powinna być czysta. To, okazuje się, dość często zaniedbywana czynność a absolutnie konieczna. Zapytają państwo, dlaczego kiedyś to nie było tak ważne ? Bo nacisk igły na płytę był większy (6 gramów) niż dzisiaj (1,7 grama), więc owa igła przebijała się przez nagromadzony na niej brud. A że płyty podlegają prawom elektrostatyki, to wszystko, co pokazują w TV w kwestii zanieczyszczenia powietrza, wcześniej, czy później ląduje na płycie, którą też czyścić trzeba. Taki oto pędzelek będzie idealny:


Drugim ważnym przyrządem, jaki powinniśmy mieć do prawidłowego ustawienia gramofonu, to mała, precyzyjna waga. Taka choćby, jak ta:

trzecie, równie ważne urządzenie, to taki przymiar, pozwalający ustawić prawidłowo gramofonową wkładkę. Taki choćby, jak ten

i wreszcie specjalna, gładka płyta do ustawiania antyskatingu:


Wszystkie produkty są dość łatwodostępne, ich sumaryczny koszt nie powinien przekroczyć 100 zł
a dobrze ustawiony gramofon odwdzięczy się pięknie brzmiącą muzyką.
Wojtek Padjas


24.02.2018

Zacznę tym razem nie od winylowej płyty a od taśmy magnetofonowej. Dla wielu melomanów i kolekcjonerów wielką wartością są nagrania z lat 50-tych. W zdecydowanej większości były to nagrania monofoniczne, bowiem urządzenie do nacinania płyt stereo trafiło do tłoczni od połowy 1958. Wielu wydawców, którzy później sięgali po historyczne nagrania mono starało się je dostosować do współczesnych oczekiwań melomanów i czynili różne zabiegi, żeby takie nagranie miało walory stereofoniczne. Stosowano zatem różne sztuczne zabiegi ustereofoniczniające te nagrania i dodam od razu, że nie były to próby udane. Tak uczyniono kiedyś z nagraniami Beatelsów, u nas Niemena, w muzyce klasycznej takim zabiegom poddano wiele nagrań i one ukazały się ze znaczkiem „synchro stereo”.
Ale studia nagraniowe wcześniej, niż w 1958 roku gotowe były do realizacji nagrań stereo.
Dokonywano ich przede wszystkim eksperymentalnie oraz dla bardzo wąskiego grona odbiorców taśm magnetofonowych. Tak też stało się w przypadku tego oto nagrania:

Columbia (już pod skrzydłami EMI) wróciła do tego nagrania w połowie lat 70-tych i wydała je na płycie stereo:A skoro wspomniałem o taśmach magnetofonowych, to wydarzyła się ciekawa rzecz, otóż od mniej więcej dwóch lat branża audio przeżywa powrót mody na słuchanie muzyki z taśm magnetofonowych. Zwolennicy tej techniki uważają, że nic tak doskonale nie reprodukuje muzyki, jak właśnie taśma magnetofonowa. Kilka firm szykuje się do tego, by znów produkować magnetofony, bowiem współcześnie nagrane taśmy już znalazły się w obiegu. Na razie są bardzo drogie – ich ceny sięgają tysiąca zł, ale magnetofony, choćby i z jedną taśmą stanowią coraz częściej wyposażenie audiofilskich pokoi.


17.02.2018

Nagrania Eugene Ormandy`ego cieszą się zasłużoną sławą nie tylko wśród melomanów, ale także wśród kolekcjonerów i audiofilów, bowiem brzmienie płyt, jakie nagrywał jest rzeczywiście świetne. Należał do tego grona artystów, którzy zwracali wielką uwagę na to, jak będzie brzmiała muzyka na płycie. Od początku swojej kariery wierny był jednej wytwórni – Columbii.
Miał nieograniczone możliwości eksperymentowania z dźwiękiem, także poprzez inny, niż tradycyjny, układ orkiestry do nagrań. Zostało to nawet opisane na jednej z jego płyt.


Kiedy przyjrzymy się układowi orkiestry w tym nagraniu to widać, że zmiany są zaiste rewolucyjne. Efekt na pewno wart poznania. Ormandy ulubił orkiestrowe aranżacje utworów Bacha, więc i my podążymy tym śladem.


Płyta wydana w 1960 roku, przez Columbię, oczywiście. Policzyłem, że Ormandy nagrał orkiestrowo Bacha aż sześć razy – pierwszy w 1949 roku.


I ostatni w 1977 roku


Ormandy był wierny nie tylko jednej wytwórni, także jednej orkiestrze, którą prowadził nieprzerwanie przez 44 lata. W dzisiejszych czasach taka lojalność pewnie ani nie byłaby możliwa a i za śmieszność zostałaby uznana.
A szkoda.


10.02.2018

Kolejne koncerty Wyntona Marsalisa w Polsce nakłaniają do prezentacji jego muzyki. Tym razem jest to płyta, która zgrabnie łączy wszystkie gatunki muzyczne. Jest i klasyka i folk i amerykańska muzyka popularna i jazz. To wszystko, co grają prawdziwie amerykańskie orkiestry dęte. A z najlepszą zagrał właśnie Wynton Marsalis

Płytę wydał amerykański CBS w 1987 roku.
Na filmie troszkę inny zespół, troszkę młodszy Marsalis, ale to właśnie ten utwór otwiera płytę

Zainteresowanym prezentuję cały program płyty

Variations Sur "Le Carnaval De Venise" Jean Arban
The Debutante (Caprice Brillant) Herbert Clarke
Believe Me, If All Those Endearing Young Charms Trad
Grand Russian Fantasia Jules levy
Moto Perpetuo, Op. 11 Paganini
'Tis The Last Rose Of Summer Trad
"The Flight Of The Bumblebee" (From Tsar Saltan) Rimsky-Korsakow
Napoli - Variations On A Neapolitan Song Frank Simon
Fantaisie Brillante Jean Arban
Sometimes I Feel Like A Motherless Child Trad
Valse Brillante ("Sounds From The Hudson") Herbert Clarke
Variations Sur "Le Carnaval De Venise" Jean Arban
The Debutante (Caprice Brillant) Herbert Clarke
Believe Me, If All Those Endearing Young Charms Trad
Grand Russian Fantasia Jules levy
Moto Perpetuo, Op. 11 Paganini
'Tis The Last Rose Of Summer Trad
"The Flight Of The Bumblebee" (From Tsar Saltan) Rimsky-Korsakow
Napoli - Variations On A Neapolitan Song Frank Simon
Fantaisie Brillante Jean Arban
Sometimes I Feel Like A Motherless Child Trad
Valse Brillante ("Sounds From The Hudson") Herbert Clarke


27.01.2018

Rocznica urodzin Mozarta, choć nie jest okrągła, bo 261 – sza, skłoniła naszą stację do świętowania. „Muzyka spod igły” nie mogła pozostać na tę okazję obojętna i postanowiła sięgnąć do półeczki z literą M. Ona (ta półeczka) należy do najobszerniejszych i walczy o swoja dominację z Bachem i Beethovenem. Nie zawsze ilość jest godna jakości, ale nie dotyczy to ani Mozarta ani Bacha ani Beethovena.
Wybór płyty z Mozartem wcale nie jest prosty. Czasem warto zdać się na los szczęścia, czyli wedle dzisiejszych reguł wyboru „na los szczęścia”. Tym razem trafiło świetnie

Państwo widzą lekkie przetarcie okładki, ono niestety jest immanentnie związane z amerykańskimi płytami. Te, nie dość, że mają tendencję do przecierania, to jeszcze lubią się rozdzierać (nie muzycznie) na górnej i dolnej krawędzi. Jest to spowodowane faktem, że były drukowane na bardzo grubej tekturze i ta właśnie, po latach, lubi się podrzeć (nie muzycznie). Ale czy to w czymś przeszkadza, skoro można to skleić a dźwiękowo – nie ukrywam – lubię amerykańskie tłoczenia.
To ma jeszcze jeden walor – brzmieniowo opracowany w systemie 360` Stereo, co gwarantuję świetne doznania dźwiękowe, czego zawsze Państwu życzę…
Wojtek Padjas


20.01.2018

„Muzyka na wodzie” Jerzego Fryderyka Handla należy bez żadnej wątpliwości do pierwszej dziesiątki przebojów muzyki klasycznej, choć nie ukrywajmy, tylko niektóre suity z tej kompozycji znajdują się na tej liście.

Ta szczególnie:

Ale tak już bywa z przebojami, że zostają nimi ledwie niektóre utwory z jakiejś płyty. W przypadku „Muzyki na wodzie” mamy jeszcze jedną zawiłość. Otóż bardzo rzadko prezentowana jest cała kompozycja, trwająca ponad 50 minut, najczęściej okrojona jest do jednej strony płyty, czyli 25 minut, a to dlatego, by na drugiej stronie pomieścić podobną w charakterze „Muzykę ogni sztucznych”. W przypadku naszego spotkania zaprezentujemy całą, składającą się z 25-ciu suit kompozycję:

Prezentuję to wykonanie z kilku powodów, z których jednym jest rzadko nagrywający a świetny dyrygent Jean Claude Malgoire. Drugim powodem jest fakt, że to cała kompozycja, trzecim, świetna jakość nagrania (choć purystów może rozczarować, że cyfrowe).

Przy okazji pragnę wyjaśnić pisownię nazwiska Jerzego Fryderyka – ja piszę Handel, oryginalnie powinno się je pisać z A umlaut (z przegłosem) . Spotykam się także z literacją Haendel. Wybrałem tę formę Handel, bo statystycznie z nią się spotykam najczęściej…
...zresztą nie jest to kwestia, o którą warto kruszyć kopie, prawda?
Miłego słuchania
Wojtek Padjas


13.01.2018

Ubiegły rok przyniósł sporo interesujących płyt z muzyką klasyczną. Wiele z nich to reedycje nagrań już historycznych. Nie ukrywam sceptycyzmu wobec wielu z nich a to z powodu ich współczesnego przygotowania z cyfrowych plików, które nie zawsze tworzone są z myślą o winylowym nośniku. Zresztą zawsze wolę oryginał od świetnej nawet kopii. Inaczej z płytami zawierającymi nagrania współcześnie realizowane. Te coraz częściej przygotowane są z wielką starannością. Dotyczy to częściej małych audiofilskich wytwórni, ale i wśród nagrań Wielkiej Trójki, czyli Universalu, Sony`ego i Warnera coraz częściej pojawiają się winylowe nagrania wybitnej jakości.
Jedno z prezentowanych w tym spotkaniu jest więcej niż wybitne:


Anna Sophie Mutter bardzo dba o to, żeby jej nagrania były na najwyższym poziomie, stąd wydawca skorzystał przy realizacji z wyjątkowego, na skalę światową, studia nagraniowego.
Zainteresowanych odsyłam do tego miejsca:
https://www.emil-berliner-studios.com/en/vinyl.html
Z tego, godnego polecenia dwupłytowego albumu, prezentuję tytułowy kwintet „Pstrąg”.
Drugi, także dwupłytowy album, którego słucham z przyjemnością, został także wydany przez Deutsche Grammophon i należy do lekkiego repertuaru, co sugeruje nawet jego okładka:


Brunetka po lewej stronie to Cecilia Bartoli mezzosopranistka a blondynka z prawej strony to argentyńska wiolonczelistka Sol Gabetta. Panie postanowiły przybliżyć nam lekkie i miłe w odbiorze arie barokowe w aranżacji - śpiew i wiolonczela. Przyznam, że efekt zaskakujący, zresztą proszę posłuchać:

Do programu wybrałem jednak, trochę przekornie, koncert wiolonczelowy Boccheriniego D-dur, bowiem dolce duello obu Pań wypełnia trzy strony podwójnego albumu, zaś nieco po macoszemu potraktowany (bo nie zapowiedziany na okładce) koncert jest rzadko dość nagrywany i świetnie wykonany przez sygnowany nazwiskiem Gabetta zespół. Kieruje nim brat Sol – Andres.
Oba albumy dostępne w sklepach muzycznych w cenie absolutnie akceptowalnej.
Wojtek Padjas


6 stycznia 2018
Z symfonii Haydna można stworzyć niemal setkę programów a w razie braków programy można uzupełnić o koncerty fortepianowe. Twórcza płodność tego kompozytora, dyrygenta i zarządcy kapeli była zawodowym obowiązkiem, ponieważ inaczej książęta Esterhazy przestaliby wypłacać wynagrodzenie. Haydn należał więc do gatunku kompozytorów zawodowych, którzy tworzyli zgodnie z zapotrzebowaniem rynku. Nie należał zatem do tych, którzy tworzyli w bólu i męce. Po prostu raz na dwa tygodnie urządzał koncert z nowymi kompozycjami. Nie był wszak jedynym zawodowym kompozytorem, wymieńmy tutaj, tylko dla przykładu, całą rodzinę Bachów, Handla czy Verdiego.

Specyfiką symfonii Haydna, których napisał 108 jest to, że da się z przyjemnością słuchać ich wszystkich, choć za najlepsze uchodzą późniejsze – paryskie i londyńskie. Antal Dorati należy do tych nielicznych bardzo dyrygentów, którzy zdecydowali się nagrać cały komplet symfonii Haydna a uczynił to z Filharmonią Węgierską w 1972 roku. Te 12 boxów jest częścią monumentalnego wydania Haydn Edition. Zebranie całości na winylowych płytach wydaje się dzisiaj niemal niemożliwe, za to można kupić komplet 150 płyt CD.


Do pierwszego po Nowym Roku spotkania wybrałem dwie symfonie Haydna dyrygowane przez Doratiego, ale 8 lat wcześniej, w Stanach Zjednoczonych. Cóż to za doskonałe nagranie ! Wydane przez Merkury w prestiżowym cyklu Living Presence. Ta wytwórnia należała do ścisłej czołówki wydawnictw audiofilskich i to jeszcze w czasach monofonicznych. Udało mi się odnaleźć historię tej wytwórni, więc zapraszam do lektury.
http://www.speakerscornerrecords.com/news/details/4/mercury-living-presence-the-history
A płyta, jaką prezentuję zawiera dwie Symfonie

Ta płyta była kiedyś własnością amerykańskiej rozgłośni radiowej i należała do bardzo cenionej przeze mnie kategorii Not For Sale, co nie jest wyrazem snobizmu (no może trochę) ale przekonania, że to egzemplarze z początku tłoczenia, co zawsze pozytywnie wpływa na jakość.


A gdyby ktoś z Państwa wiedział, jaka rozgłośnia była wcześniej właścicielem tej płyty, będę wdzięczny za informację


Wojtek Padjas


Świąteczno-Noworoczne programy, to zawsze duże wyzwanie dla każdego dziennikarza, bo z jednej strony Państwo oczekują oczywistości a z drugiej, bywa, na nią narzekają. Ale, pytam całkiem poważnie, czy wyobrażamy sobie święta, jeśliby w radiu nie było programu o zwyczajach świątecznych różnych narodów, a w telewizji nie byłoby reklam z saniami i szczęśliwą rodziną ?.
Tak samo z muzyką, choć nie ukrywajmy, ona się bardzo zmieniła. Jakoś nam przed Wigilią niezręcznie słuchać prawdziwych kolęd, po polsku śpiewanych, przez Mazowsze, albo Śląsk. Za to przywykliśmy i nie ukrywajmy, polubiliśmy amerykańskie piosenki świąteczne i polskie, które wpisują się w ten klimat. Nasze spotkania od tego nie odbiegają, tym razem – w spotkaniu 16 grudnia - bardzo amerykańska płyta orkiestry Mantovaniego:


Amerykańskie wydanie,w środku już nawet napisany tekst okazjonalny, by nie trzeba było wysilać się z własnymi życzeniami. Tak myślę, że trochę z takimi płytami świątecznymi, jako prezentem pod choinkę kłopot, bo kiedy je dostaniemy są już co najmniej w połowie zdezaktualizowane i musimy czekać z jej słuchaniem do następnego roku. Dlatego też w ramach naszego, radiowego cyklu prezentowego, zaproponowałem płyty, których z przyjemnością posłuchamy już po świętach.
http://www.rmfclassic.pl/radio/strony,poradnikPrezentowy.html

Druga płyta, którą prezentuję w cyklu programów świątecznych, w przeddzień Wigilii, ma zupełnie inny charakter, należy bezwzględnie do wybitnych osiągnięć muzycznych, niczego nie ujmując z klimatu Świąt.


To jedyna płyta świąteczna legendarnego zespołu śpiewającego, czy lepiej powiedzieć nucącego muzykę z pogranicza klasyki i jazzu.

Program 23 grudnia zawiera także na jego końcu, nieco przed 22-gą specjalne życzenia.
Zastanawiałem się, że i w tym miejscu powinna znaleźć się jakaś refleksyjka…. Tej muzyki, której okładkę za chwileczkę Państwo zobaczą nie będę prezentował na antenie. Nie ma wybitnych walorów muzycznych, ani realizacyjny , więc po co ona... Bo dla mnie ma ona wyraz szczególny. Jest tęsknotą za Starym Krajem, w którym ledwie pisać umieliśmy. Teraz już bardzo amerykańscy, nawet płytę ze swoją Christmas Music mamy. Może kiedyś w tej dawnej Ojczyźnie dorobią się gramophon i będą mogli our Society posłuchać.



Wojtek Padjas


Ile trzeba mieć wcześniej płyt, żeby skusić się na 8 symfonii Williama Boyce, mało popularnego angielskiego kompozytora epoki wczesnego klasycyzmu. Dużo, chyba, że zbieramy płyty z St Martin in the Fields, to wówczas może to być jeden z podstawowych zakupów. Ale, nawet, jeśli zbieramy nagrania brytyjskiej orkiestry z Pól św Marcina, to kolekcjonowanie nagrań konkretnego zespołu też też nie będzie naszym pierwszym wyborem. Wcześniej warto poznać, choćby te najważniejsze zespoły.

Sympatyczny, facebookowy znajomy Piotr zadał na swoim, w gruncie rzeczy technicznym fanpage, takie oto pytanie - ile razy możemy słuchać tego samego utworu. Odpowiedzi były różne, ale nie przekraczały kilkunastu, z tym, że to były najczęściej odpowiedzi dotyczące muzyki rockowej i jazzu. W przypadku klasyki jest kompletnie inaczej. Jeśli mam 24 wykonania 27 koncertu Mozarta, oznacza to, by tego utworu wysłuchać jeden raz w każdym wykonaniu, to słucham go 24 razy a niektóre powtarzam regularnie. Ale znów, zbieranie różnych wykonań jednego utworu, to kolejny etap zbieractwa, nie pierwszy. Od czego więc ZACZĄĆ zbieranie klasyki – to pytanie słyszę często i od razu odpowiem, nie ma na to jednoznacznej recepty. Nie uważam, żeby zaczynać od tej właśnie płyty...


...bo chociaż muzyka lekka i przyjemna, to próbujmy jednak od rzeczy bardziej oczywistych.
A ile tych oczywistości ? Najskromniejszy wybór, jakiego udało mi się dokonać liczył 35 pozycji a i tak było to ograniczanie się na każdym kroku. A jaką największą kolekcję miałem przyjemność współtworzyć ? Zaczynała się od kilku wykonań koncertów brandenburskich Bacha, ale szybko z Panem Robertem (pozdrawiam Go) doszliśmy do wniosku, że docelowo to będzie kilkaset płyt.
Uważam, że doszliśmy wspólnie do 2 tysięcy...a potem Pan Robert zaczął kroczyć swoją własną drogą, podsyłając mi, co ciekawsze odnalezione przez niego nagrania. Współtworzenie kolekcji klasyki na winylowych płytach jest jedną z moich przyjemności a potem satysfakcji z zadowolonego melomana, który przy okazji staje się wiernym słuchaczem Muzyki spod igły, więc jeśli wola po Państwa stronie – zapraszam
wojtek@padjas.pl


Nowe płyty winylowe, to temat, który jest przedmiotem nieustających sporów i dyskusji. Toczą się one na wszelakiej maści forach dyskusyjnych i tych, w których gromadzą się audiofile i tych, które jednoczą melomanów. Każdorazowa sprzedaż płyt winylowych w sklepach z ziemniakami i pieczywem tę dyskusję wznawia. Przy okazji tego programu (W nim cudownie grający na wiolonczeli Yo Yo Ma)...


...może warto nieco uporządkować tę dyskusję. Zacznę od tego, że w złotych czasach winyli, czyli w latach 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku wcale winylowe płyty nie były takie same. Podobnie, jak dzisiaj, istniały serie a nawet labele budżetowe, były wytwórnie wydające płyty w nakładach sięgających setek tysięcy egzemplarzy i były też prestiżowe, niskonakładowe, 180 gramowe, kilkukrotnie droższe od tych masowych. I dzisiaj – w przypadku nowych - mamy płyty, które kosztują po kilkaset złotych i tanie, po kilkadziesiąt.

Oto przykład bardzo drogiej:


jej cena nie jest niższa niż 500 zł.

Są płyty bardzo dobrej jakości i w bardzo rozsądnych cenach:

Ta kosztuje 85 zł.

I wreszcie są płyty tanie:

jej cena nieco poniżej 50 zł.

Moim zdaniem, podobnie, jak 40 lat temu cena, z reguły odzwierciedla jakość. Faktem jest, że pojawiły się na rynku winylowe płyty, których materiałem wyjściowym są pliki MP3, więc prawdziwie analogowych przeżyć nie możemy się spodziewać. Czy takie płyty, jak twierdzi część purystów winylowych, są przestępstwem ? A jeśli ktoś ma gramofon za 500 zł, do tego resztę za 1500 zł i chce mieć tę radość ze słuchania muzyki z czarnego krążka, czy ma wydać na jedną płytę 500 zł, czy za tę kwotę kupić aż 10 winyli, skoro jego sprzęt nie jest w stanie odzwierciedlić tego, co zostało nagrane na płycie za 500 zł. Proszę, odpowiedzcie sobie Państwo sami na to pytanie.

A jak się ma do tego wszystkiego nasz bohater, czyli Yo Yo Ma z Music On Vinyl? Czy, jak mówią jedni, to płyta oszust, bo przecież z cyfrowej matrycy, czy to produkt przyzwoity, jak twierdzą drudzy. Mnie się to nagranie podoba, wciąż zresztą uważam, że muzyka jest najważniejsza. A przy okazji zapraszam na wycieczkę, po winylowej fabryce, z której dzisiejsza płyta pochodzi

http://theaudiophileman.com/music-vinyl-prolific-vinyl-reissue-label-world/
Wojtek Padjas


Jak tylko usłyszałem Chan Chan - a było to w okolicach winylowych stoisk na warszawskim audioshow - wiedziałem! To będzie mój album. Okazało się, że sprzedawca miał nawet kilkanaście egzemplarzy, nieco zewnętrznie przygiętych, ale dźwiękowo doskonałych. Cena zachęcała, więc obejrzałem starannie, czy to nie jakiś pirat – i kupiłem.To album legenda. Nagrany został w 1997 roku przez siedem dni w studiu EGREM w Hawanie. Wydawcą była mała, niezależna wytwórnia World Circuit Records. Stał się światowym fenomenem, sprzedając się w ponad ośmiu milionach egzemplarzy i przyczyniając się do wprowadzenia w świat bogatego muzycznego dziedzictwa Kuby i przedrewolucyjnej przeszłości.
Teraz, prawie dwie dekady później, World Circuit Records wznowiło album na winylu jako double-LP. Materiał został przygotowany z oryginalnych analogowych półcalowych taśm i zremasterowany przez Berniego Grundmana - inżyniera oryginalnego wydania . "Od momentu, kiedy po raz pierwszy usłyszałem to nagranie, byłem pod wrażeniem tego, jak to naturalnie brzmi, tak, jakby muzycy siedzieli obok Ciebie w pokoju - opowiadał Bernie Grundman. "W masteringu, aby zachować ten charakterystyczny dźwięk taśmy, starałem się używać bardzo mało przetwarzania i upewniłem się, że ścieżka sygnału zawiera absolutnie minimalną ilość elektroniki. Nagrywanie takiego materiału nie zdarza się zbyt często, a kiedy to się dzieje, praca to prawdziwa przyjemność. "
I z taką samą przyjemnością prezentuję Państwu ten album i proszę zobaczyć oraz posłuchać, tego, co jest w muzyce prawdziwe.

Wojtek Padjas


Dwie niezwykłe postaci wypełniają to spotkanie z winylowymi płytami. Obie postaci genialne i skrajnie różne. Zaczynamy od Arturo Benedetto Michelangeli`ego, wielkiego pianisty pierwszej połowy XX wieku, który jednak pozostawił po sobie mikroskopijną ilość nagrań. Nagrywał i występował niechętnie, stąd zebranie jego dyskografii wydaje się z pozoru łatwe, bo to ledwie kilkanaście pozycji ale trudne zarazem, bo jego nagranie nie pojawiają się zbyt często na giełdach płytowych. Za szczególnie cenną uważam płytę, jaką Polskie Nagrania wydały dopiero w 1981 roku a jest to nagranie „na żywo” recitalu z Warszawy z 1955 roku.

W programie słuchamy dwóch koncertów Haydna:


W drugiej części spotkania przypomnę gwiazdę o 10 lat starszą od Michelangeli`ego - Marię Callas. Muzyczna osobowość, która uwielbiała swoją publiczność a i ona oddawała Divie należną jej cześć.
Faktem jest jednak, że niezbyt chętnie nagrywała w studiu, ale to, co nagrała pozostawia słuchacza w osłupieniu. W przypadku tej płyty także z powodu fenomenalnego remasteringu, dokonanego – podobnie, jak samo nagranie – w Abbey Road Studio.

W programie tylko przedsmak tej, wydanej dopiero co, nakładem Warner Classic, płyty.
Zresztą ten rok łaskawy dla dorobku Marii Callas, bo tenże Warner Classic wydał komplet jej nagrań. Na CD oczywiście, bo to ogromne przedsięwzięcie, ale tak wspaniała artystka brzmi równie wspaniale w technologii 01, jak na prawdziwym analogu. Proszę zresztą zachwycić się tym niezwykłym wydaniem
https://www.maria-callas.com/
A z wydarzeń związanych z analogowym światem Marii Callas zapowiadam i czekam z niecierpliwością na kolejną płytę, zapowiedzianą na luty 2018


Raz jeszcze zapraszam na warszawskie wydarzenie z udziałem Muzyki spod igły i RMF Classic
#muzykajestnajważniejsza
Wojtek Padjas


To nasze spotkanie odbywa się 11 listopada, w Święto, które jest świętem patriotyzmu, tego, który jest przez Polaków szczególnie ulubiony – narodowego, powstańczego, pokazującego, skąd czerwień na naszej fladze.
Muzycznie, to też wieczór oczywisty – Fryderyk Chopin i I Koncert fortepianowy. Od razu rodzi się pytanie, czy mógłby być jakikolwiek inny repertuar?
Tak na chybił – trafił
Ogiński ? Jednym polonezem nie wypełnimy całego programu, by nie wspomnieć, że to Targowiczan i senator rosyjski
Moniuszko ? Straszny Dwór kojarzy się natychmiast z polityką współczesną a tego unikamy, Halka z nieślubnym dzieckiem Panicza nijak się ma do narodowego święta.
Współcześni ? Zbyt blisko nas i zaraz byłoby dlaczego ten a nie ów, czy on popiera(ł) właściwy nurt patriotyczny...
i tak dalej i tak dalej...więc Chopin nam został.
Wybór wykonania – ten, proszę już uznać wyłącznie za artystyczny. Emigrant Artur Rubinstein i emigrant Stanisław Skrowaczewski zagrali ten koncert z orkiestrą symfoniczną z Londynu w studiu Abbey Road. Dlaczego tak ? A czy Chopin emigrantem nie był?


Korzystam z okazji, by zaprosić Państwa – obecnych na warszawskim Audioshow – by zarezerwowali sobie czas po to, by przekonać się, że #muzykajestnajważniejsza.


Wojtek Padjas


Składanka, to taki specyficzny rodzaj płyt, które mają zachęcać do poznania prezentowanej muzyki już w całości. Tak na dobrą sprawę RMF Classic jest taką składanką stacją, bo prezentujemy tylko fragmenty kompozycji. Zarówno twórcy takich płyt, jak i ci, którzy moderują program naszej stacji wierzą, że to świetny wstęp do wejścia głębiej w świat muzyki.
I oto przyszła ta chwila, kiedy i ja postanowiłem zaprezentować składankowa płytę. Sięgam oczywiście do najlepszego repertuaru i doskonałych wykonawców. A i jakość tłoczenia Philipsa
godna.
Takie płyty bowiem, wcale nie muszą być gorsze od pełnych wydań...choć bywają gorsze, anonimowe, słabo nagrane i nie lepiej zagrane.
Ale nie u nas!


Zawsze mnie ciekawi, jakiego klucza użył producent takiej płyty, by zachęcić do jej kupna i potem słuchania. Jak widać (i słychać) kluczem tego wyboru są tańce a to wyjątkowo miły i
niezobowiązujący program.
Ta płyta przez radiowy program wędruje z moich domowych zbiorów do vinylspot.pl. Mam nadzieję, że radiowe spotkanie będzie dla kogoś z Państwa zachętą do wejścia w świat klasyki.
Wojtek Padjas


Salvatore Accardo uznawany jest za najwybitniejszego interpretatora muzyki Paganiniego. Krytycy muzyczni zachwycają się zarówno jego niezwykłą biegłością techniczną, jak wyjątkowym brzmieniem jego skrzypiec. Bo to nie byle jakie instrumenty. Accardo jest posiadaczem aż trzech instrumentów Stradivariusa. Słyszę, co prawda, że dzisiaj studenci 3 roku Wyższej Szkoły Muzycznej potrafią zagrać Paganiniego, wierzę w to, bo rzeczywiście z podziwem patrzę, jak współcześni instrumentaliści potrafią szybko grać, ale szybkość, to przecież nie wszystko.
W 1975 roku Accardo nagrał trzypłytowy album z kompletem koncertów Vivaldiego - „Il Favorito”

Jedna z tych płyt ukazała się osobno, w serii Philipsa Excellence. Wedle współczesnych kryteriów określilibyśmy ją mianem audiofilska.


Tej właśnie płyty słuchamy w programie i o właściwościach małego palca lewej ręki rozmawiamy.
Bo to ten właśnie mały palec Salvatore Accardo sprawia, że jego gra jest tak niezwykła.
Oto dwie płyty z jego interpretacjami Paganiniego.



Na tę powyżej zwracam szczególną uwagę, bo to wybitne dokonanie realizacyjne. Na winylu dostępne także.
Wspomniałem, że Accardo gra na trzech instrumentach Stradivariusa. Nagrał płytę, której celem nie był zachwyt nad muzyką, ale brzmieniem Guarnieriego


Spotykamy się więc i ze świetną muzyką i wspaniałą interpretacją i niezwykłym instrumentem.
Wojtek Padjas


Dążenie do doskonałości dźwięku w przypadku płyt z muzyką klasyczną było i jest tendencją niezmienną od ponad 100 lat.
Świadomie piszę o muzyce klasycznej, bo to melomani koncertów filharmonicznych i spektakli operowych chcieli do domu przenieść wrażenia z występów „na żywo”. W przypadku płyt szelakowych ten postęp był mniej widoczny, ale już od początku lat 50-tych powstawały coraz to nowe formaty zapisu dźwięku, które miały nas przybliżać do tego ideału sali koncertowej.

Decca była jedną z tych wytwórni, która szczególnie dbała o jakość dźwięku. Już w epoce płyt szelakowych a potem powszechnie w epoce monofonicznej stosowała zapis ffrr.


Jak tylko pojawiła się możliwość realizacji nagrań stereofonicznych, DECCA natychmiast zaadaptowała tę technikę i stosowała ją aż do połowy lat 70-tych.


Logo „London” to eksportowy znak DECCA, w tym przypadku mamy do czynienia z tłoczeniem japońskim.
15 lat po tym nagraniu, zatem w 1986 roku japoński King Record stworzył absolutnie wyjątkową serię kilkudziesięciu zaledwie tytułów zrealizowanych w technologii Super Analogue Disc. Bazą dla nich był przede wszystkim katalog DECCA.
Fenomenem tych nagrań było „wypięcie” z systemu wszystkich pośrednich equalizerów i przeniesienie nagrania bezpośrednio z taśmy na nacinarkę. To wyglądało mniej więcej tak, jak na poniższym obrazku.


U dołu mamy tradycyjny sposób realizacji a u góry Super Analogue Disc.
Zdaję sobie sprawę, że fale radiowe nie przeniosą wszystkich niuansów tego nagrania, ale przecież to nie jedyny walor tej, wyjątkowej płyty:


Fantastyczny pianista, świetna orkiestra i dyrygent, doskonałe studio nagraniowe (Sofiensaal w Wiedniu) rewelacyjni realizatorzy Kenneth Wikinson i Gordon Parry.
Takie płyty zdarzają się niezwykle rzadko, więc proszę nie pytać, ile czasu spędziłem w Art Reco w Warszawie u Mieczysława Stocha, by tę płytę przewieźć do Krakowa w specjalnej, ochronnej teczce zamkniętej na szyfrowy zamek.
Zadowolony z faktu, że nie zapomniał szyfru do tego zamka Wojtek Padjas
PS niniejsze dedykuję realizatorom tego oto niezwykłego nagrania:
https://www.analogplanet.com/content/berlin-philharmonics-direct-disc-brahms-symphonic-cycleconducted-sir-simon-rattle


Antonio Vivaldi, Red Priest – co jest zarazem nazwą świetnego zespołu interpretującego muzykę baroku, jak i określa kolor włosów i zawód Antonio V.
Nie traktował tego powołania jakoś szczególnie poważnie, bo oddawał się muzycznym zajęciom dalece więcej niż duchowym i to chyba dla nas dobrze.
Był nauczycielem w Ospiedale della Pieta. To zacny klasztor i sierociniec, ale szczycił się znakomitym dziewczęcym zespołem, za którego muzyczne wykształcenie odpowiedzialny był
Antonio Vivaldi. Powab występów wychowanek tego klasztoru, to nie tylko miła muzyka i dobrze zagrana, ale i fakt, że panny owe występowały w półprzezroczystych tiulach. Tego Państwu zapewnić nie mogę, ale od czegóż wyobraźnia.
Trevor Pinnock i jego świetny The English Concert nagrali cykl króciutkich koncertów z czasów, o których opowiadam i płyta nosi tytuł jednego z nich, pierwszego na płycie, czyli Alla Rustica.

Kiedy widzimy label Archivu, to od razu mamy słuszne przekonanie o doskonałej jakości nagrania.
W ogóle w tej świetnej realizacji nie przeszkadza fakt, że to nagranie cyfrowe z 1985 roku, wydane zresztą w trzech formatach – winyl, CD i kaseta.
Pinnock i English Concert, to jeden z tych zespołów, które ulubiły muzykę na instrumentach z epoki a w tym nagraniu usłyszymy Theorbo
https://www.britannica.com/art/theorbo
i Archlute
https://www.britannica.com/art/archlute
To program wbrew pogodzie, co widać na powyższym, weneckim obrazku.
Wojtek Padjas


Trzej kompozytorzy epoki klasycyzmu wypełniają program z muzyką obojową. Koncertów, w których ten dęty instrument drewniany, którego dźwięk wydobywa się poprzez drgania trzciny, nie jest zbyt dużo, a sporo wśród nich zapomnianych. Po takie też sięgnął niemiecki oboista Burkhard Glaetzner i wraz z orkiestrą kameralną opery berlińskiej zagrał koncerty Ferlendisa i Rosettiego. To, że w zestawie tych koncertów jest Mozart, wydaje się oczywiste, bo przecież na takiej płycie, gdzie są mniej znane utwory musi być taki, który przyciągnie melomanów.


Okładka nieco sfatygowana, bo to wydawnictwo Eterny, ale płyta nagrana bardzo dobrze. Zresztą zła jakość papieru i poligrafii, to słabość wszystkich płyt z krajów demokracji zwanej ludową.
Gdybym miał pokusić się o ranking złych okładek, to na pierwszym miejscu są na pewno Rumuni i Bułgarzy, w przypadku ich wytwórni idzie to w parze z mizerną jakością nagrań, chociaż planuję jedno spotkanie z rumuńskim Electrocordem, bo mam płytę nagraną w rzadkiej technice half speed mastering. Najlepsze z kolei okładki mieli chyba Czesi i Węgrzy, ale i tak wszystkie one nijak się mają do tych z Zachodu.
Wracając na moment do wydań Eterny – są dwa główne labele tej wytwórni.
Ten czarny, bardziej ceniony, bo eksportowy

i ten niebieski, przeznaczony dla melomanów ze wschodniej części Europy.

Osobiście wcale nie uważam, żeby te niebieskie grały gorzej, myślę nawet, że to w nas tkwi przekonanie, że to, co eksportowe, to lepsze. We współczesnym świecie, zdaje się inaczej, bo wybór mamy między chińskim produktem a chińskim produktem. Na szczęście kraj Smoka nie przejął jeszcze produkcji winylowych płyt.
Wojtek Padjas


Koncerty organowe Jerzego Fryderyka Handla należą do nurtu muzyki rozrywkowej, co piszę z pełną odpowiedzialnością za słowo, bo czymże innym może być muzyka grana w przerwach oper, czy oratoriów, gdy zachwycona, lecz leciutko zmęczona publiczność potrzebuje wyjść na filiżankę herbaty, obejrzeć kreacje dam i panien, poplotkować nieco i wypalić cygaro. Tak było w XVIII Londynie, kiedy to Handel wystawiał swoje opery i oratoria i właśnie w czasie ich przerw popisywał się grą na organach. Orkiestra nie miała przerw, więc mu towarzyszyła.

Mam swoją drogą problem z pisownią nazwiska Jerzego Fryderyka. Osobiście uznaję pisownię Handel, jako transkrypcję pisowni niemieckiej z ä jakoś mi ta bliższa od tej angielskiej Haendel. Proszę zresztą zerknąć na pisownię jego nazwiska na poniższych płytach – nawet u Anglików jest Handel.

Wracając wszak do koncertów organowych – słuchamy trzech z kompletnego boxu zawierającego 5 płyt:

Ale wydań tych koncertów, na winylowych płytach sporo, zarówno w postaci jednopłytowych wydań tych najpopularniejszych, jak i wydań kompletnych.
Krótki przegląd zaczynam od wersji monofonicznej – wydanie na płytach 10`


Kolejne, już stereo, ale należące do epoki wczesnej, przyznam nagrane świetnie:

Następne to kategoria, jak to się dzisiaj określa „Must Have” Archiv, więc ta lepsza część Deutsche Grammophon

i wreszcie na koniec coś dla miłośników Neville Marrinera.

Chciałbym, by ten niepełny przecież przegląd koncertów organowych Handla zachęcił Państwa do tworzenia półeczek z różnymi wykonaniami ulubionych utworów muzyki klasycznej, bo przecież o
jej kształcie w równym stopniu decyduje kompozytor, jak solista, dyrygent i orkiestra a o jej brzmieniu – zarówno jakość tłoczenia, jak sztuka inżyniera dźwięku. W przypadku tych koncertów
możliwości interpretacyjne większe jeszcze, bo kompozytor zapisał tylko główne motywy, zostawiając spore pole do wirtuozowskich popisów.

Z właściwą dozą nieśmiałości zapraszam na vinylspot.pl skąd nad wyraz często korzystam z płyt.
Handla też tam można znaleźć, Haendla brak.
Wojtek Padjas


Koniec Zimnej Wojny
Współczesnemu pokoleniu zimna wojna jest już, szczęśliwie, zapomnianą historią, co najwyżej gdzieś kołacze się, kiedy sięgamy po literaturę sensacyjną. Ledwie wojenne pokolenie otrząsnęło się z przeżyć II wojny światowej, by znów bać się o życie. Tym razem naprzeciwko stanęły Związek Radziecki i Stany Zjednoczone. Termin Zimna Wojna obejmuje okres aż do 1991 roku, ale kompletna izolacja ZSRR trwała od 1953 do 1958 roku.
Wydarzenia kulturalne były zawsze najlepszym barometrem nastrojów pomiędzy dwoma mocarstwami. W kwietniu 1958 roku odbył się I Konkurs im. Piotra Czajkowskiego. Wystąpił na nim i został jego laureatem, młody amerykański pianista Harvey, Lavan Van Cliburn. Koncert laureatów tego konkursu nagrała radziecka telewizja a dzisiaj jest on dostępny dla każdego.
Oto to ważne muzycznie i politycznie wydarzenie:

Na efekt nie trzeba było długo czekać, bo już w niecały miesiąc później Kirył Kondraszyn, który dyrygował koncertem laureatów w Moskwie, został przez radzieckie politbiuro wypuszczony na występy do Stanów Zjednoczonych. Wypuszczony, to świadome określenie, bo zaiste był pierwszym w powojennej historii radzieckim artystą, który wystąpił w Stanach.
Płyta z tym koncertem, wydana przez RCA została pierwszą w amerykańskiej historii platynową, a to oznaczało sprzedaż powyżej miliona płyt.



Jak spośród tego miliona a i późniejszych wielu wydań wybrać to najcenniejsze… tego, przepraszam nie zdradzę. Ale na pewno to na zdjęciu powyżej, zatem prezentowane na naszej antenie, do tych najcenniejszych należy.
Moskiewski sukces Van Cliburna zaowocował występami w 1960,1962 i 1972 roku.
Za jedno z cenniejszych nagrań na płytach CD, bo na winylach tego nie ma, uważam wciąż tu i ówdzie dostępny ten oto pięciopłytowy box.


Wydawcą jest radziecka, obecnie rosyjska Melodia.
Ale my słuchamy muzyki z winyla, rzecz jasna - stereofoniczne nagranie z połowy 1958 roku.
Wojtek Padjas

  • Notowanie: 329, Sunday, 27 September 2020
  • 1
    Harry Gregson-Williams /...
    Mulan
    Loyal Brave True
  • 2
    John Powell
    Jak wytresować smoka 2
    Dragon Racing
  • 3
    Alan Silvestri
    Forrest Gump
    Suita
  • Zobacz całe notowanie »
Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Polityka Cookies. Prywatność. Copyright © 2020 RMF Classic