W wywiadzie dla podcastu „Still Here Hollywood” Noah Wyle opowiedział o projektach, które przeszły mu koło nosa z powodu kontraktu, z którego – jak sam przyznaje – „nie mógł się wyrwać”. Wskazał dwa głośne tytuły. Wyle mógł wystąpić m.in. w „Szeregowcu Ryanie”. Steven Spielberg zaoferował mu rolę tytułowego szeregowca Jamesa Ryana, którą ostatecznie zagrał Matt Damon. Co ciekawe, proponowano mu w tym filmie również drugą rolę – kaprala Timothy'ego Uphama (w tej roli wystąpił ostatecznie Jeremy Davies). Wyle dwukrotnie musiał odmówić, ponieważ produkcja serialu nie pozwoliła mu na przerwę od „Ostrego dyżuru”.
Aktor wymienił również „Good Night and Good Luck”. Propozycję zagrania w tym filmie złożył mu jego dawny kolega z planu „Ostrego dyżuru”, George Clooney, który reżyserował ten projekt. Ponownie na przeszkodzie stanęły zobowiązania kontraktowe wobec stacji NBC.
Mimo że utrata ról w tak głośnych i nagradzanych produkcjach mogłaby dla wielu być powodem do frustracji, Noah Wyle patrzy na tę sytuację z dystansem i pokorą. Gwiazdor przyznał, że z perspektywy czasu cieszy się, iż sprawy potoczyły się w ten sposób, ponieważ, jego zdaniem, aktorzy, którzy go zastąpili, wykonali genialną pracę.
Po latach Wyle powrócił do gatunku dramatów medycznych – i to w wielkim stylu. Obecnie gra główną rolę w hitowym serialu HBO Max „The Pitt”, wcielając się w postać dr. Michaela „Robby’ego” Robinavitcha. Jego kreację doceniono nagrodą Emmy. Obecnie trwają zdjęcia do trzeciego sezonu. (PAP Life)