„Digger” od początku wzbudzał zainteresowanie - przede wszystkim ze względu na imponującą metamorfozę Toma Cruise’a. 64-letni aktor, kojarzony z wysportowaną sylwetką, młodzieńczym wyglądem i karkołomnymi popisami kaskaderskimi w serii „Mission: Impossible”, w nowym dziele Alejandro Gonzáleza Inárritu niemal znika pod charakteryzacją. Jako ekscentryczny miliarder Digger Rockwell na ekranie pojawia się z przerzedzonymi siwymi włosami, wydatnym brzuchem i zmienionymi rysami twarzy, posługując się przy tym mocnym południowym akcentem. Do jego przemiany wykorzystano protezy i specjalnie zaprojektowany kostium.
To właśnie fizyczna transformacja Cruise’a stała się jednym z najczęściej komentowanych elementów produkcji jeszcze przed jego premierą. Sam aktor podkreślał, że rola ta była dla niego nie lada sprawdzianem. „Nigdy wcześniej nie miałem czegoś, co mogłoby rzucić mi takie wyzwanie. Alejandro również nigdy wcześniej nie miał takiego doświadczenia” – mówił Cruise podczas promującego obraz spotkania w Kalifornii. Dodał, że „Digger” jest „całkowicie oryginalny”, inny niż wszystkie filmy, w których na przestrzeni lat brał udział.
W obrazie wyreżyserowanym przez czterokrotnego zdobywcę Oscara Cruise wciela się w potężnego magnata naftowego, którego działania prowadzą do katastrofy ekologicznej. Inárritu wykorzystuje tę historię jako punkt wyjścia do satyry na władzę, pogoń za pieniędzmi, społeczne lęki i sposób, w jaki tworzymy narracje usprawiedliwiające własne interesy. Produkcja, w której u boku Cruise’a wystąpili m.in. John Goodman, Riz Ahmed, Sandra Hüller i Jesse Plemons, okazała się jednak wyjątkowo polaryzująca – zarówno dla widzów, jak i recenzentów.
W opiniotwórczym serwisie „Rotten Tomatoes” produkcja uzyskała jedynie 52 proc. pozytywnych ocen krytyków. Ci nie są wszelako jednomyślni – choć nie brakuje zachwytów nad ambicją, skalą przedsięwzięcia i aktorskim kunsztem Cruise’a, pojawiają się również zarzuty dotyczące przerostu formy nad treścią i nie zawsze trafionej parodii. Rozczarowaniem okazały się bez wątpienia wyniki finansowe. „Digger” rozpoczął amerykańską dystrybucję od skromnych 7,5 mln dolarów, co w przypadku produkcji, której budżet sięgał aż 180 mln, można uznać za klęskę.
Stanąć w obronie nowego dzieła meksykańskiego reżysera postanowili jego równie cenieni w branży rodacy. Guillermo del Toro, wieloletni przyjaciel Inárritu, w stanowczy sposób zareagował na krytyczną recenzję filmu, w której zasugerowano, że widzowie spokojnie mogą poczekać na jego premierę w streamingu. "Można ten obraz kochać albo nie. Ja zdecydowanie go pokochałem. »Digger« ma rozmach, ambicję i wizję, godne wielkiego ekranu. Zdecydowanie warto pójść do kina" - napisał w serwisie X.
Głos w tej sprawie zabrał też Alfonso Cuarón. Twórca „Grawitacji” i oscarowej „Romy” nie wystawił „Diggerowi” bezpośredniej laurki. Zamiast tego opublikował serię zestawień pokazujących, jak surowo krytykowano w chwili premiery filmy, które dziś uchodzą za kultowe. Wśród nich znalazły się m.in. „Blade Runner”, „2001: Odyseja kosmiczna”, „Metropolis” i „Reguły gry”. Choć reżyser nie wymienił tytułu nowej produkcji Inárritu, kontekst jego publikacji jest nad wyraz czytelny: negatywne recenzje tuż po debiucie na dużym ekranie nie zawsze przesądzają o miejscu tytułu w historii kina.
(PAP Life)