Być może wraz z nim skończyła się pewna Ameryka… 65 lat temu zmarł Gary Cooper

65 lat temu, 13 maja 1961 r. zmarł Gary Cooper – amerykański aktor, jedna z największych gwiazd złotej ery Hollywood. „Być może wraz z nim skończyła się pewna Ameryka… Ameryka pogranicza i niewinności, która miała lub uważano, że ma, poczucie granicy między dobrem a złem” – pisano w 1961 r. w „Corriere della Sera”.

Być może wraz z nim skończyła się pewna Ameryka… 65 lat temu zmarł Gary Cooper
Gary Cooper /PAP/DPA

W czasie trwającej kilkadziesiąt lat kariery filmowej, zagrał w ponad stu produkcjach. Zaczynając jeszcze w czasach kina niemego, stał się jedną z największych gwiazd złotej ery Hollywood. Swoją sławą przyćmił nawet takie osobistości świata filmu, jak Clark Gable, Humphrey Bogart i John Wayne. Dla wielu widzów stał się czołowym amerykańskim bohaterem i prawdziwą ikoną.

„Cooper wniósł na ekrany osobowość, która była w pełni jego własna. Jego małomówność, nieśmiały uśmiech i niezdarny sposób poruszania się przy wzroście 190 cm stały się typowym przykładem czegoś tak amerykańskiego, jak placki gryczane. Co więcej, był tworem samego Hollywood. Przybył tu niemal bezpośrednio z rancza w pobliżu Heleny w stanie Montana, swojego rodzinnego miasta, a nie za pośrednictwem sceny, radia czy innych środków rozrywki” –  oceniono 14 maja w 1961 r. w „Los Angeles Times”.

Dzień później Bill Weatherby analizował w brytyjskim „The Guardian”, że zmarły aktor „dla zagranicznej publiczności symbolizował wręcz ideał Amerykanina: męskiego, przystojnego człowieka z pogranicza, zdolnego do twardości, ale o nieśmiałym usposobieniu”. „Być może wraz z nim skończyła się pewna Ameryka… Ameryka pogranicza i niewinności, która miała lub uważano, że ma dokładne poczucie granicy między dobrem a złem” – zastanawiano się we włoskim „Corriere della Sera”.

Frank James Cooper, bo tak brzmiały jego prawdziwe imiona, urodził się 7 maja 1901 r. w niewielkim miasteczku Helena w stanie Montana. Był synem angielskich imigrantów. Jego ojciec – Charles Henry Cooper – ranczer i prawnik, z czasem został sędzią najwyższego sądu stanowego.

Po dwóch latach nauki w Helena High School Frank porzucił szkołę i wrócił na rodzinne ranczo. Za namową Idy Davis – swojej nauczycielki angielskiego, wrócił do nauki i zainteresował się sztuką dramatyczną i malarstwem. Rysował karykatury dla dzienników i czasopism, w wakacje dorabiał jako przewodnik po Parku Narodowym Yellowstone.

W 1924 r. rodzina Cooperów przeniosła się do Los Angeles, gdzie Frank trafił na filmowy plan. Początkowo statystował i pełnił rolę kaskadera. Dwa lata później nastąpił przełom – otrzymał rolę w filmie „Rozpędzone żywioły” w reżyserii Henry'ego Kinga. Doszło do tego nieco przypadkiem, Frank zastąpił chorego aktora wybranego do tej roli wcześniej. Produkcja jednak odniosła sukces i dała Cooperowi szansę zaistnieć. Wtedy też Frank poszedł za radą swojej agentki i stał się Garym.

Szybko pojawiły się kolejne propozycje, a w międzyczasie w filmach dokonywała się rewolucja – kres kina niemego. Dla jednych oznaczało to koniec filmowej kariery, przed innymi zaś drzwi do niej dopiero się otwierały. „Nie jestem obojętny na błyskotliwy talent i niezwykłą siłę przyciągania niektórych gwiazd tamtych czasów. Wydaje mi się jednak, że standardy gwałtownie wzrosły od czasu pojawienia się filmów dźwiękowych” – analizował w 1940 r. w felietonie dla „The Hollywood Reporter”.

„Po części jest to zasługą bardziej wymagającej i krytycznej publiczności. Po części jest to wynik zmian w urządzeniach mechanicznych i udoskonalonej techniki stosowanej przez reżyserów i operatorów. Aby dziś dobrze wyglądać, trzeba być dobrym. I to prowadzi mnie do sedna tego artykułu. Skąd mają pochodzić dobrzy aktorzy jutra? Skąd mają zapewnić sobie to niezbędne doświadczenie?” – pytał w swoim felietonie Cooper.

Status gwiazdy zyskał po filmie Victora Fleminga „Wirgińczyk” (1929). Był to jeden z pierwszych filmów dźwiękowych, a krytycy zachwalali głos Coopera, jako „głęboki i wyrazisty” oraz „przyjemnie rozwlekły”. Kolejną ważną produkcją był melodramat „Maroko” w reżyserii Josefa von Sternberga, z mało znaną jeszcze w USA Marleną Dietrich w obsadzie.

„Naturalność jest trudna do opisania, ale sądzę, że sprowadza się do tego: dowiadujesz się czego od twojego typu bohatera oczekują ludzie i dajesz im to, czego chcą. Tym sposobem aktor nigdy nie wydaje się nienaturalny albo sztuczny, niezależnie od roli jaką gra” – zaznaczył Cooper.

W 1932 r. zagrał w adaptacji prozy swojego późniejszego, wieloletniego przyjaciela Ernesta Hemingwaya. Mowa o filmie „Pożegnanie z bronią” wyreżyserowanym przez Franka Borzage. Cztery lata później u tego samego reżysera wystąpił w komedii romantycznej „Pokusa”. Krótko później pojawił się w „Panu z milionami” Franka Capry, gdzie wcielił się w postać Longfellowa Deedsa – łagodnego i prostodusznego pisarza kartek z życzeniami, który dziedziczy fortunę po zmarłym wujku i przeprowadza się do Nowego Jorku, gdzie musi zmierzyć się z zepsuciem i fałszem.

Frank Nugent z „New York Timesa” ocenił rolę Coopera, jako „znakomitą” dodając, iż aktor „udowodnił, że jest jednym z najlepszych aktorów komediowych w Hollywood”. „Gdy tylko pomyślałem o Cooperze, nie mogłem wyobrazić sobie w tej roli nikogo innego. Nie mógł być bliższym mojemu wyobrażeniu o Longfellowie Deedsie” – wspominał Frank Capra. „To po prostu musiał być Cooper. Każda zmarszczka na jego twarzy biła szczerością. Nasz Pan Deeds musiał symbolizować nieprzekupność i w moim wyobrażeniu Gary Cooper był takim symbolem” – podsumował reżyser.

Rola w filmie wojennym „Sierżant York” (1941) w reżyserii Howarda Hawksa, przyniosła mu pierwszego Oscara. Film jest biograficzną opowieścią o losach Alvina Yorka – amerykańskiego bohatera czasów pierwszej wojny światowej. „Rola Gary'ego Coopera jest skrojona na miarę. Przekonująco sportretował młodego, niesfornego mieszkańca lasu, który z czasem opanowuje swoją dzikość” – oceniono w „Variety”.

Jeszcze tego samego roku zagrał główną rolę w filmie Franka Capry „Obywatel John Doe”. „Gary Cooper jest Johnem Doe w całej okazałości – nieśmiały, zdezorientowany, nieagresywny, ale też staje się istnym tygrysem, gdy zostaje rozbudzony” – recenzowano w dzienniku „The New York Times”. „(…) absolutnie realistyczne aktorstwo, które realizuje z ogromną powagą” – wtórowano na łamach „New York Herald Tribune”.

Nominacje do Oscarów przyniosły mu kreacje w filmach Sama Wooda – „Dumie Jankesów” (1942) i ekranizacji powieści Ernesta Hemingwaya „Komu bije dzwon” (1943) z Ingrid Bergman w obsadzie. Z amerykańskim noblistą łączyła go wieloletnia przyjaźń. Pisarz tworząc postać Roberta Jordana z „Komu bije dzwon” miał inspirować się wizerunkiem Coopera.

„Wysoki, przystojny, małomówny, z nieśmiałym uśmiechem, pozornie niezdecydowany, przepełniony szlachetnością i prawością. Bardzo szybko zdobył zaufanie i ogromne powodzenie u milionów widzów na całym świecie” – wspominał w swoim „Odeonie. Felietonach filmowych” Stanisław Janicki. „Był nie tylko bardzo lubianym i cenionym, ale i bardzo kasowym aktorem” – dodał filmoznawca.

W 1952 r. na ekrany wszedł film „W samo południe”. „Cooper niezwykle umiejętnie wciela się w postać szeryfa, gotowego do przejścia na emeryturę wraz z żoną, a następnie, dla własnej godności, wezwanego do wykonania ostatniego zadania stróża prawa, mimo że jest to obowiązek mieszkańców miasteczka” – recenzował na łamach „Variety” William Brogdon. „Pan Cooper jest u szczytu formy” – wtórował Bosley Crowther z „The New York Times”.

Akcja filmu rozgrywa się w czasie rzeczywistym, podczas gorącego niedzielnego poranka w miasteczku Hadleyville w Nowym Meksyku. „Pozornie opowieść jest zgodna z prawidłami gatunku: niezłomny szeryf samotnie pokonuje zło. Ale pionierska wspólnota budująca nową cywilizację na zdobytych ziemiach jest tchórzliwa, pełna hipokryzji, kieruje się chęcią zysku. Złoczyńcy chodzą wolno, wypuszczeni przez skorumpowanych sędziów. Zdrada, jakiej miasto dopuszcza się wobec człowieka, który uratował je od przemocy, dokonuje się w kościele” – czytamy w książce Macieja Jarkowca „Na bulwarach czyhają potwory. Filmowa historia Ameryki”.

Rola szeryfa Willa Kane’a przyniosła Cooperowi Oscara. Co ciekawe, początkowo w postać tę wcielić się miał John Wayne, ale odmówił, uznając film za sprzeczny ze swoimi przekonaniami. Kiedy jednak laureat nie mógł pojawić się na oscarowej gali i to Wayne’a poprosił o odbiór nagrody, ten nie odmówił przyjacielowi. „Coop i ja byliśmy przyjaciółmi, polującymi i wędkującymi, dłużej niż jestem w stanie sobie przypomnieć. Jest jednym z najsympatyczniejszych gości jakich znam. Nie znam nikogo milszego” – powiedział wówczas Wayne.

W latach 50. Cooper przeszedł nawrócenie na katolicyzm (wcześniej był protestantem). Od tej pory wiara stała się istotnym elementem jego życia. „Każdą godzinę mego życia, rok po roku, poświęcałem na realizowanie tego, co przychodziło mi do głowy; a to, co miałem ochotę robić, nie zawsze było poprawne. Ubiegłej zimy zacząłem się zastanawiać nad tym, o czym myślałem już od jakiegoś czasu: »Stary Coopie, winien jesteś wdzięczność Komuś za to, czego się dorobiłeś!« Nigdy nie będę nawet podobny do świętego…, mogę tylko powiedzieć, że staram się być nieco lepszy. Może mi się uda” – powiedział w wywiadzie przywoływanym w książce Barry Normana „The Hollywood Greats”.

Artysta starał się być także dobrym ojcem. „Powiedział mi: »Nie daj się zastraszyć żadnemu mężczyźnie. Będziesz piękną kobietą. Walcz o siebie«. To wystarczyło, by dać mi poczucie pewności siebie” — wspominała po latach Maria Cooper, córka aktora.

W 1961 r. Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej „za liczne, niezapomniane występy na ekranie i międzynarodowe uznanie dla przemysłu filmowego, które zbudował”, przyznała Cooperowi honorowego Oscara. Trzeciego w karierze. Statuetkę za ciężko chorego aktora odebrał podczas gali 17 kwietnia James Stewart. „Coop, chcę, żebyś wiedział, że razem z tym idzie cała przyjaźń i przywiązanie i podziw i głęboki szacunek od nas wszystkich. Jesteśmy bardzo, bardzo dumni z ciebie Coop, wszyscy jesteśmy ogromnie dumni” – powiedział wówczas Stewart. Gary Cooper zmarł niespełna miesiąc później, 13 maja 1961 r.

„Gary Cooper, rodzimy bohater Hollywood, był kolejnym wytworem epoki wielkich gwiazd — tej ery, w której nazwiska takie jak Clark Gable, John Wayne, Errol Flynn i Tyrone Power stały się powszechnie znane milionom ludzi. To była epoka, którą samo Hollywood uważa za bezpowrotnie minioną” – napisano dzień po śmierci aktora w „Los Angeles Times”.

W Polsce Gary Cooper kojarzy się także, jako jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli wyborów z 4 czerwca 1989 r. Jego wizerunek z filmu „W samo południe” został wykorzystany na plakacie autorstwa Tomasza Sarneckiego. „To musiał być ktoś, kto udźwignie ciężar sytuacji i będzie łatwo rozpoznawalny. To musiał być symbol czegoś czarno-białego, sytuacji absolutnie jednoznacznej” – tłumaczył artysta w rozmowie z PAP w 2009 r. 

Mateusz Wyderka

PAP