Polecamy

wróć
Pasja Państwa Borowskich
2011-10-24 12:07:00

Witamy, Panie Michale!

Mamy 2  domy (ciasne, ale własne), 2 kuchnie a nawet 2 łóżka ;) Od 6 lat jesteśmy małżeństwem z podwójnym dobytkiem – normalnym... i  indiańskim. Indiańskie sprzęty są wykonywane przez nas lub jeśli nie możemy ich zrobić , to kupione od „białych handlarzy” (jak na przykład replika kociołka z 1851r). Nasze mieszkanie zamieniamy kiedy tylko się da, na namiot zwany tipi i zaczynamy nasze indiańskie życie. Kiedy nadchodzi czas letnich obozów gubimy nasze telefony w przepastnych torbach i na 2,3 a czasem na 4 tygodnie zapominamy o świecie innym, niż ten który tak bardzo ukochaliśmy. Nie jest to wakacyjna przygoda – to pasja która pochłonęła wiele lat naszego życia...pasja która ponad 10 lat temu nas  połączyła...
Cały rok upływa nam na przygotowaniach. Nam nigdy się nie nudzi. Wieczorami słuchając muzyki szyjemy sobie ubrania, które potem ozdabiamy koralikami...i nie są to „przebrania” - to repliki strojów Indian Równin z drugiej połowy XIX w. – odświętne lub do noszenia na co dzień. Robimy nie tylko skórzane i materiałowe ubrania, ale i sprzęty „codziennego” użytku – rogowe rzeźbione łyżki, składane indiańskie  fotele (backresty), różnego rodzaju torby... W poszukiwaniu starych sztućców, toreb, puszek, koralików i innych przedmiotów buszujemy po pchlich targach i antykwariatach. Jedwabne wstążki, nieosiągalne w Polsce muszle czy ciekawy materiał musimy sprowadzać nawet z Ameryki. Często wykonanie jakiegoś sprzętu zajmuje nam wiele miesięcy... na przykład kamizelka na zdjęciu powstawała prawie rok, waży kilka kilogramów i jest wyszyta tysiącami maleńkich, szklanych koralików.
Kiedy nadchodzi w końcu „nasz czas” pakujemy olbrzymią górę  naszego dobytku i wyruszamy w wielką podróż nie tylko po Polsce...w tym roku przebyty dystans to 1700km i  cztery indiańskie obozy!
Kiedy docieramy na miejsce obozowiska rozbijamy tipi, szykujemy posłanie, rozkładamy sprzęty, zbieramy drewno na opał, krzesiwem rozpalamy ognisko, przynosimy w kociołku wodę i w końcu możemy ugotować sobie herbaty, upiec kiełbasę na ognisku, a potem wsunąć się pod bizonią skórę i pójść spać - dla jednych horror... a dla nas raj! Oczywiście nie jest tak, że jesteśmy zupełnie sami – mieszkamy w obozach od kilkunastu do kilkuset osób,które zwą samych siebie indianistami (bo Indianami przecież nie jesteśmy). Rozbijamy się nad rzeką lub jeziorem, gdzieś na łące zawsze z dala od siedzib ludzkich (wyobraźcie sobie minę przypadkowego turysty, który natknie się na taką rekonstrukcję indiańskiego obozu ;) ).Po tygodniu zmiana miejsca – najbardziej ekstremalnie jest wtedy, kiedy przez tydzień jemy produkty zbliżone do tych, do jakich mieli dostęp Indianie – mięso, owoce, warzywa (świeże lub suszone), ale zapewniam – da się i nie jest ani nudno, ani głodno ;)
Po powrocie do świata białych ludzi, czeka nas intensywne „odwędzanie”. Nadchodzi jesień pełna napraw sprzętów, zima i wiosna na realizację nowych projektów (nie ważne, że nie ma już miejsca w naszej kawalerce i indiańskie „graty” wysypują się zewsząd) ;P
Kilka razy do roku spotykamy się z innymi pasjonatami indiańskiej kultury na festiwalach tańca zwanych Pow wow, najbliższy jest już w listopadzie... No i wcale nie musimy latać do Ameryki, żeby spotkać się z Indianami – to oni przyjeżdżają do Polski!


Radek i Kamila Borowscy

Poleć znajomemu