Polecamy

wróć
Pasja Pana Cypriana
2011-10-24 09:46:00

 

Będąc niejako uzależnionym od Państwa głosów, które budzą mnie praktycznie każdego ranka ( bądź też południa – to już zależy od różnych zmiennych ), czuję nie tylko przyjemność z wzięcia udziału w tym konkursie, ale także swoiste zobowiązanie – w końcu z radością przyznaję się, że tworzę społeczność słuchaczy RMF Classic. Lecz dość już podlizywaniu, gdyż teraz, wiedziony tym patriotyzmem i lojalnością, choć jednak przede wszystkim przyjemnością, przyznam się do czegoś, o czym do pewnego zakresu wiedzą wszyscy, ale swego rodzaju pasja, która z tego wynika jest znana jedynie nielicznym.

Wszyscy więc, którzy mnie znają i ci, którzy dopiero poznają, niezwykle łatwo dostrzegają, jak bardzo uwielbiam kulturę i język francuski – w całkowicie szaleńczej namiętności, niezdrowym uwielbieniu i chorym oddaniu podziwiam niemalże wszystko, co francuska ziemia spłodziła, a kultura światu wydała. Nie jest to, rzecz jasna, nic odosobnionego, bo te uczucia dzielą ze mną zapewne liczne studentki romanistyki, jak i francuscy kombatanci, a i zapewne tamtejsi nacjonaliści. Chodzi jednak o to, jak to się przejawia i tym – nie bez pewnej dumy – chciałbym się z Państwem podzielić.

W każdej cywilizacji fundamentalnym nośnikiem kultury jest słowo. Na nim opiera się historia, kultura i sztuka, ba – nawet religia ( chrześcijańska ) ; bez niego one wszystkie nie istnieją, co więcej – słowo je tworzy ; Słowo było na początku. Słowo niesie kulturę i naukę poprzez historię, by przerodzić się w wyraz, a ta abstrakcyjna forma zapisu myśli ostatecznie tworzy sentencję, które literacko powiązane składają się na xiążki. Bez nich cała nasza wiedza ginęłaby wraz ze śmiercią pokolenia, czy też wraz z zapomnieniem następnego ; nic co z biegiem lat nie stałoby się zwyczajem albo nie byłoby wyryte na kamieniu, nie przetrwałoby do naszych czasów. Xiążki też giną : płoną niezwykle łatwo na stosach heretyków, giną rozkładając się ze starości pośród wilgoci strychów, czy ponoszą może najokrutniejszą dla nich śmierć – ulegając zapomnieniu. W pierwszym przypadku pozostaje po nich sława i pamięć – choćby w Syllabus Errorum, w drugim – dają nam czas, by je skopiować, lecz w trzecim – trzeba je odszukać, stworzyć na nowo. Ich odszukiwaniem jest właśnie moja pasja.

Wszystko zaczyna się kilka lat wcześniej, gdy staję się zafascynowany pięknem przedmiotu i idei xiążki za sprawą tych, którzy prozę literacką przenieśli na ekran – Jean-Jacques’a Annaud i Romana Polańskiego ; pierwszego ekranizującego Il nome della rosa Umberto Eco, drugiego – El Club Dumas autorstwa Arturo Pérez-Reverte ( pod tytułem The Ninth Gate ). W obu jakże odmiennych fabułach, rolę główną gra jednak ten sam aktor, który urokiem przyćmiewa Johnny’ego Depp’a a nawet Sean’a Connery – xiążka, która kieruje ludzkimi żądzami.

Jako licealista, trafiając w normandzkim Rouen do antykwariatu kupuję Odes et Ballades Victor’a Hugo z 1862 roku dla przyjemności, afektu, który po powrocie wraz z xiążką odkładam na półkę – zresztą nie znam jeszcze wtedy ani trochę francuskiego. Jednak parę lat później, goszcząc przez kilka dni w Paryżu, trafiam do mieszkania francuskiej rodziny, dla której xiążki były nie tylko pasją, ale i zawodem – Madame Jacqueline jest emerytowaną bibliotekarką ; oprawione w skórę starodruki o pożółkłym papierze i charakterystycznym zapachu minionych lat były w każdym pokoju, a najstarszy inkunabuł pochodził z XV wieku – czasu, gdy nazwisko Gutenberga nie zdążyło jeszcze zaschnąć na kartach historii. Znając już wtedy dość dobrze język Molière’a, poszukiwałem XIX wiecznego wydania Les Trois Mousquetaires Dumas’a – historii, na której się wychowałem, a którą pragnąłem poznać dokładnymi słowami twórcy, w oryginale i na papierze z tamtej epoki. Paryż ze swoimi słynnymi bukinistami znad brzegu Sekwany i ciasnymi antykwariatami w ‘pierwszych’ dzielnicach pełen jest starych xiążek, lecz nie są one dostępne dla studenta, który i tak poświęcić chce kilka dobrych butelek wina, by zamiast tego wrócić z ponad stuletnim drukiem, wzbudzając tym zdziwienie ( i oczywisty zawód ) towarzyszy podróży.

Za wskazaniem Mme Jacqueline i Monsieur Mathieu trafiam na południowe obrzeża Paryża do spokojnego parku, gdzie co tydzień swoje stanowiska rozkładają mniej lub bardziej zawodowi antykwariusze – niektórzy mają własne drewniane regały i -setletnie voluminy za 100, 300 i więcej Euro, inni w kopach przemieszanego papieru sprzedają nowe, popularne powieści za kilka Euro – wszyscy sąsiadują ze sobą na jednym wielkim targu, panuje typowy francuski egalitaryzm. Po długich poszukiwaniach na listopadowym powietrzu, odmrażającym wertujące strony palce, za niewielkie pieniądze moją własnością staje się nadgniła, przeżarta przez korniki i rozpadająca się xiążka nieznanego autorstwa o łacińskim tytule : IEROSOLYMAE Afflictae, & Humilitae DEPRECATIO Ad suum PHILIPPVM IV. HISPANARIUM, ET NOVI ORBIS Potentissimum, ac Catholicum Regem, wydanie : 1626 rok. Nie ważne, że nawet ze słownikiem, ledwo potrafię przetłumaczyć tytuł, liczy się dla mnie autentyczność artefaktu tamtych lat – jest to xiążka z okresu muszkieterów, która równie dobrze mogłaby wpaść w ręce Aramisa, przecież tak lubującego się w tematyce religijnej, bądź Richelieu, gdyby ten wyznaczając kierunek europejskiej polityki miał czas na czytanie takich trzeciorzędnych pozycji ! Jednak ta stara xiążka jest częścią minionego okresu, a wraz z dopiskiem poprzedniego, najpewniej pierwszego, właściciela ( dopisku, którego jeszcze nie zdołałem odcyfrować - zdjęcie w załączniku, może Państwo spróbują ? ), nosi znaki tamtych i późniejszych czasów, przywołuje dosłowne myśli, daje najbardziej nieskalany wgląd w ówczesne idee… Jej niska wartość kolekcjonerska czyni ją dla mnie jeszcze bardziej wartościową i autentyczną – nie istnieje ona w Internecie ( sic ! ), nie spotkałem jej w zbiorach bibliotecznych – może więc jest ostatnim egzemplarzem, który przetrwał dla współczesności ?

Podczas każdej wizyty we francuskojęzycznym mieście, staram się odwiedzić stragany i antykwariaty, w którym pytam o XIX wieczne wydanie Trzech muszkieterów i które opuszczam z jakąś zapomnianą XVIII wieczną edycją dzieł Virgiliusza na tanim papierze, XVII wiecznym samouczkiem do języka italskiego, czy ledwie stupięćdziesięcioletnim romansidłem z kolorowymi rycinami dla panienek z dobrych domów, powiększając nimi biblioteczkę starodruków…

A XIX wieczne francuskie wydanie Trzech muszkieterów ciągle nie jest w moim posiadaniu, ale szukam go z pasją…

            Chyba grafomaństwo mnie poniosło, ale mam nadzieję, że wybaczą to Państwo swojemu wiernemu słuchaczowi. ;)

            Z serdecznymi pozdrowieniami,
                                                         cyprian
P.-S.
Mam nadzieję też, że moja ortografia Państwu nie przeszkadza - przepraszam za niestosowanie polskich zasad. W załączniku przesyłam zdjęcia bohaterki historii - żeby nie być gołosłownym. :)

--

Poleć znajomemu