Wuefistka

29 września 2011 (14:15) | Komentarzy: 9

Dzisiaj w galerii handlowej Manhattan spotkałem przypadkiem kobietę, która, jak mi się przez chwilę wydawało, dawno temu była nauczycielką wuefu w mojej szkole. Czy to była rzeczywiście ona, raczej wątpię, ale nawet gdyby to była ona we własnej osobie, na rozmowę i tak miałbym ochotę raczej niewielką.

Bo do razu stanęły mi przed oczyma lekcje wuefu, które prowadziła. Zawsze w granatowym dresie, zawsze z gwizdkiem na szyi. W trampkach. Chuda, żylasta, z ciemną grzywką ciachniętą nożyczkami nad czołem, z bruzdami wokół ust, z chudym nosem, ze szpiczastym podbródkiem. Dolna warga lekko wysunięta. Kąciki ust w dół. Lubiła dyrygować, ustawiać, wybijać rytm klaskaniem, przytupywać piętą, machać ręką, ale robiła to mściwie, bez żadnej przyjemności.

Popychała nas, a nawet szarpała, krzycząc z błyskiem w oku: „Do szeregu! Do szeregu!” Pogardzała dziećmi wrażliwymi. Lubiła patrzeć na dzieci, które ze sobą walczyły. „Coś ty taka lelija!” – doskakiwała do delikatnej dziewczynki, która z trudem robiła przewroty. „No – wołała – Jeszcze raz! Przewrót do tyłu!” i siłą zmuszała dziecko do właściwych skłonów, przyciskając głowę do podłogi. Lubiła chłopców brutalnych, którzy rozpychali się łokciami. „No, uważaj!” – pokrzykiwała z pozorną naganą w głosie, patrząc z uznaniem na chłopca, który – jak mówiła – dawał sobie radę, bijąc innych. Kiedy pobity skarżył się, odwracała głowę z niesmakiem.

Do dziś pamiętam jej krzyk: „Do szeregu! Do szeregu!” Albo wrzask: „W dwuszeregu zbiórka! Kolejno odlicz!”

Te same wrzaski słyszałem potem, kiedy znalazłem się w koszarach. W myślach nazywałem ją „esesmanką”. Lubiła dzieci ustawiać w szeregach, lubiła, jak maszerowały na komendę, mocno waląc piętami w parkiet. „Raz i dwa! Raz i dwa, i cztery!” – kręciła na palcu taśmą z gwizdkiem, który wirując w powietrzu, metalicznie poświstywał. Dostać takim gwizdkiem w szyję to nie była specjalna radość.

Obrzydziła mi gimnastykę na całe życie. Nie cierpiałem brutalności, a ona zmuszała mnie, żebym był brutalny. Nagradzała nas krzykiem, kiedy zręcznie zrobiliśmy krzywdę innemu, pozorując, że bawimy się w sport.

Dziś podejrzewam, że miała problemy w życiu seksualnym. Zwykle tacy jak ona zmuszają innych do brutalności, żeby zemścić się za to, że sami nie cierpią własnego ciała. Ona sama swojego ciała nie lubiła. To było widać.

Wyglądała tak, jakby bała się czułości, bo zdolny do czułości jest tylko ten, kto potrafi być czuły dla siebie. Czułość to było niebezpieczeństwo. Alarm. Upadek. Śmierć. „Coś ty taka mimoza?” – pamiętam jej krzyk, którym uderzała w każdego, kto nie był dość brutalny. Chciała nam wybić z głowy, że ludzkie ciało tak naprawdę jest stworzone do miłości. O, nie! - przekonywała siebie - ciało jest stworzone do uderzania, popychania, szarpania, bo „trzeba sobie umieć radzić w życiu”, inaczej się nie da. Dlatego uczyła nas, jak nienawidzić własne ciało.

Tak, lekcje wuefu to były prawdziwe lekcje nienawiści do własnego ciała. Ciało należało tresować, poganiać, szarpać, wlec, przeciągać, przewracać, popychać jak worek kartofli, jak nieposłuszne zwierzę na smyczy. Zmuszać je do absurdalnych podrygów, przewrotów, podskoków, biegów, padania na ziemię, przetaczania się, czołgania się, wieszania na drabinkach, skręcania, zginania, pełzania z twarzą przy ziemi. A wszystko w rytm gwizdka. Raz! Dwa! Ciało ma być spocone, zmęczone, brudne, agresywne, a przy tym podrygujące do taktu. Żadnych tam czułości. Podobała jej się pięść, chociaż krzyczała, że przy pomocy musztry nauczy nas, jak być grzecznym. Grzeczne dziecko, to takie dziecko, które równo maszeruje i dobrze wykonuje rozkazy, a także potrafi w odpowiedniej chwili odepchnąć inne dziecko.

Dlatego nie lubiłem lekcji wuefu, chociaż lubiłem biegać, pływać, wspinać się na drzewa i szybko jeździć na rowerze.

Powie ktoś: „No, to miał pan pecha, że trafił pan na taką. Ja tam miałem dobrą wuefistkę i lubiłem wuef”.

Niestety, wcale tak gładko to nie wygląda, prawdziwku. Czy dobra, czy zła wuefistka, tam, gdzie lekcje wuefu oparte są na sportach zespołowych, były i będą lekcją brutalności. Pamiętam wycie klasy, kiedy uczono nas, jak mamy dopingować „naszą” drużynę. To był prawdziwy trening agresji. Wycie. Tupanie. Wymachiwanie zaciśniętymi pięściami. Uczyliśmy się wrogości wobec „przeciwników” i tego, jak najmocniej tę wrogość okazać. I dostawaliśmy pochwałę, kiedy z naszych gardeł wydobywał się ryk wrogości. Niektórzy dorzucali przekleństwa, obelgi i wulgarne wrzaski. Twarze robiły się czerwone. Oczy się zwężały. Należało poniżyć „tamtych”. Pokazać, że są niczym. Że są śmieciem. „Daliście dobry doping” – nagradzała nas wuefistka, kiedy od naszych krzyków drżały szyby w oknach.

Pewnie dlatego, pomyślałem sobie kiedyś, że może lepsze byłyby od tego wszystkiego lekcje tańca w szkołach, chociaż dobrze wiem, że ci, którzy lubią się szarpać z innymi i być szarpani przez innych, tańca raczej nie lubią. I na dodatek jest ich prawdopodobnie większość.

A kiedy w telewizji leci jakiś mecz piłkarski, to od razu zmieniam kanał.

I nie obchodzi mnie nic a nic EURO 2012. Lubię sobie w telewizji popatrzeć na mecze tenisa. Na czerwonym korcie zręczni ludzie pięknie ze sobą rywalizują bez konieczności brutalnego kontaktu. Rzadko też są posiniaczeni, brudni, opuchnięci i pokopani. Na trybunach nikt nie ryczy, nie warczy, nie przeklina. Poza tym lubię też wiosłować na jeziorach, kiedy jest wrzesień, słońce nie martwi się nadmiarem chmur, a woda pusta i gładka rozciąga się aż po leśny horyzont za Wigrami.

Redakcja RMF Classic nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmfclassic.pl.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.

Zobacz także inne wpisy:

Komentarze do wpisu "Wuefistka" (9):

Sergiusz
29 września 2011 (14:39)

Szkolny WF, to doskonały przykład tego, jak rozmija się teoria z praktyką. Ministerstwo Edukacji nie tak dawno odtrąbiło sukces, zwiększając liczbę godzin WF do czterech w tygodniu. W ramach walki o zdrowie i tężyznę fizyczną młodzieży. Jakby od tego miały zniknąć wszystkie nastoletnie skoliozy i garby od godzin spędzonych nad komputerem. To teoria. Bo praktyka wciąż niewiele się zmieniła od lat osiemdziesiątych. WF na amerykańskich filmach, to boiskowe pojedynki i szlachetna (raz bardziej, a raz mniej) rywalizacja. W polskiej szkole wciąż dominuje korytarzowa gimnastyka. Nudne, uciążliwe skłony, przysiady i bezsensowne machanie rękami. Szorowanie twarzą po śmierdzących potem i pastą parkietach. I niesmaczne żarty w szatni. To, jeśli WF-istka jest ambitna. A jeśli nie jest ambitna i ma gdzieś swoje nauczycielskie powołanie, to na odwal się sprawdza listę obecności i daje chłopakom pograć w gałę, a dziewczynom pozwala na pozorowanie spacerów. I wtedy WF rzeczywiście jest ulubioną lekcją licealistów... :-)

SMOK
30 września 2011 (10:56)

Nigdy niecierpialem wuefu... Jak przeczytalem dzisiejszy wpis, to wszystko mi sie przypomnialo... Ale to wszystko jest chyba "naturalne"... Ludzie dziela sie na dwie grupy. Na silowych i na uczuciowych. Na zwolennikow wolnosci jednostki i pogladu, ze wazniejsza jest grupa. I widac to wszedzie w kolo nas... Na lekcjach wuefu, podczas ogladania TV, przy wyborczych urnach, na stadionach... Dlatego niecierpie pilki noznej. I EURO tez mi lata i powiewa... A smutne jest to, ze tych indywidualistow co przedkladaja kino nad mecz jest znacznie, znacznie mniej...

Piotr
30 września 2011 (11:55)

Lekcje W-Fu zapamiętałem jako te, które zawsze przebiegały tak samo. Nauczyciel dawał uczniom piłkę. Wiosną, latem i jesienią była to piłka nożna, którą kopało się na szkolnym boisku, a zimą, a gdy spadł śnieg - graliśmy w koszykówkę, korzystając z sali gimnastycznej. W-F mniej kojarzy mi się z agresją i brutalnością, bardziej z monotonią i nudą. Żadna ze szkolnych lekcji za każdym razem nie wyglądała tak samo. W-F był jedyny. Jego wyjątkowość była powodem tego, że raz na jakiś czas samowolnie opuszczałem szkołę, spędzając tych kilka chwil w sposób milszy dla siebie. Myślę, że byle jakość lekcji z tego przedmiotu była powodem mojej niechęci do sportu. Dziś, jako człowiek w średnim wieku mogę stwierdzić, że polubiłem go dopiero po rozstaniu ze szkołą. Wtedy nie podejrzewałem, jak dużą przyjemnością może być przepłynięcie czterdziestu długości basenu, czy wypchnięcie pięćdziesięciu kilogramów

Joanna
30 września 2011 (15:38)

Ejże, Smoku miły? Że albom uczuciowa albo siłowa? Znam wielu, co łączą obie wrażliwości...

Oliter
30 września 2011 (18:51)

oooch, zacna Pani Joanno, oddycham :) ..i wśród kibiców walk bokserskich bywają poetki-noblistki. To tyle nt. jednego worka dla tych "kategorii drugiej". A wracając do tematu bloga; sfrustrowany, agresywny albo bezmyślny i leniwy pracownik nie ma racji bytu ani w szkole, ani w służbie zdrowia, ani w policji, w urzędzie, itd...wszędzie powinni pracować tacy co "darzą uśmiechem się wzajem i wszyscy do czysta wymyci, i wszyscy uczciwi od rana, od morza po góry aż hen...dobranoc, już czas na sen" jak to się niegdyś rozmarzał i wracał do rzeczywistości Jeremi Przybora. A ja za nim :)

Janek
3 października 2011 (15:26)

A ja miałem w podstawówce doskonałego nauczyciela wf. W 7 i 8 klasie. Przysiady były. I skłony. I przewroty. Nie do bólu - to było do wyrzygu. Przez cały tydzień człowiek chodził obolały od zakwasów, a jak w poniedziałek było już jako-tako, to znowu wf. I nikt się nie skarżył, bo wszyscy widzieli że Pan Tomek naprawdę się o nas troszczy. TAK, TROSZCZY!!! Nigdy nie podnosił głosu, a zawsze zmuszał do niemożliwego wręcz wysiłku. Nie tolerował chamstwa. Do każdego podchodził indywidualnie: jednego chwalił za to, że udało mu się w końcu zrobić 10 pompek, innego zaś strofował, że nie chce mu się dociągnąć do stu - każdego wedle jego możliwości. Wszyscy lubiliśmy i szanowaliśmy Pana Tomka. Niech to będzie dowód na to, że wszędzie są ludzie i Ludzie.

lEqZdTKIgJQxr
17 października 2011 (11:54)

Gee williekrs, that's such a great post!

jteglLeXzcej
17 października 2011 (15:26)

7PUSpR boqzboeythba

GxmzXQoLP
19 października 2011 (12:14)

ACb5cp ywetirgscwwh

Dodaj nowy komentarz do wpisu:

»