Sergiusz Pinkwart - Zakopiańczyk urodzony na warszawskim Powiślu. Z uwagi na miejsce pracy (dział zagraniczny miesięcznika PANI), zdecydowanie powinien być kobietą, albo przynajmniej obcokrajowcem. Ale nie jest. Wypadałoby więc, żeby chociaż legitymował się dyplomem dziennikarza. Nic z tego - został magistrem sztuki w Akademii Muzycznej. Aby napisać książkę o Warszawie wyjechał do Afryki. Sto pięćdziesiąt wieczorów w ciągu roku spędza w teatrze i jest jedyną znaną sobie osobą, która zapytana o ulubiony przebój, wymienia bez zastanowienia siedem oper Wagnera i cztery poematy symfoniczne Ryszarda Straussa.
W obronie „Last Christmas”
Gdyby George Michael nagrał tylko jedną piosenkę i byłaby nią „świecka” kolęda „Last Christmas”, to już wystarczyłoby to, by trafił do panteonu sław obok Johna Lennona, Micka Jaggera, czy Freddiego Mercury. Tak właśnie uważam.
Pojawia się pod koniec listopada, właściwie tuż zaraz po amerykańskim Święcie Dziękczynienia. I aż do Sylwestra niepodzielnie króluje nie tylko w radio, czy telewizji, ale i w wielkich supermarketach, małych butikach, na ulicy i w prywatnych mieszkaniach. Przebój duetu Wham! z 1984 roku, skomponowany przez George’a Michaela w ramach akcji Life Aid (dochód ze sprzedaży singla wsparł walkę z katastrofalną suszą i głodem w Etiopii) nie zdobył wówczas szczytów list przebojów, wyprzedził go przebój „The Power of Love” zespołu Frankie Goes to Hollywood. Ale ponadczasowa wartość przesłania „Last Christmas” dała o sobie znać w kolejnych latach, gdy przebój George’a zaczął regularnie pojawiać się w świątecznym okresie, w setkach, a potem tysiącach opracowań, coverów i artystycznych parafraz. Nakręcony w szwajcarskim kurorcie Saas-Fee teledysk, to chyba wzorcowy przykład dobrej wytanianki. Grupa przyjaciół (w nagraniu wzięli udział naprawdę przyjaciele George’a) spotyka się na święta w zasypanym śniegiem alpejskim domku. Dobrze się bawią, trochę przytulają. Jest radośnie, odrobinę sentymentalnie, młodzieżowo. Takie zwykłe wspomnienia z udanej imprezy z czasów gdy wszyscy byliśmy piękni i młodzi. Bez żadnych kosztownych efektów specjalnych, setek statystów, tancerzy, układów choreograficznych. Wydawałoby się, że niczego prostszego nie da się wymyślić, a jednak oglądając ten wideoklip po ćwierć wieku, nie mogę się nie uśmiechnąć. Jego siła polega na tym, że każdy może się utożsamić z tą wesołą, zakochaną bandą. I każdy ma w pamięci jakieś święta, które nigdy się nie powtórzą...Jedyne, co może doprowadzić do furii, to natłok pirackich aranżacji tej świątecznej piosenki. Rozumiem, że każdy może do woli nucić sobie melodię, a nawet podgrywać na gitarze, czy na keybordzie oparty na czterech prostych akordach - akompaniament. Ale, żeby to od razu nagrywać? Żeby w wersji kadłubkowej, z wokalistą, który ma skalę głosu nie przekraczającą tercji i panem Ziutkiem na klawiszach, puszczać to w centrum handlowym?
Bo oryginalna wersja mnie kompletnie nie irytuje. I czekam na sezon „Last Christmas” tak samo niecierpliwie, jak moje dzieci na Świętego Mikołaja, albo na film „Kevin sam w domu” w telewizji. Bez George’a po prostu nie ma świąt.
Redakcja RMF Classic nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmfclassic.pl.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Zobacz także inne wpisy:
- 12 kwi 2012• Requiem dla ofiar katastrofy
- 27 mar 2012• Wolę wojnę, ale...
- 14 lut 2012• Chopin na bankiecie
Absolutnie się zgadzam :) Sezon "wałkowania last christmas" jest sezonem radosnym, świątecznym, nawet nieco refleksyjnym! Bez tego nie ma świąt.
:) ale fajnie jest się zgadzać. Z przedmówcami się zgadzam :D


Komentarze do wpisu "W obronie „Last Christmas”" (2):