Sergiusz Pinkwart - Zakopiańczyk urodzony na warszawskim Powiślu. Z uwagi na miejsce pracy (dział zagraniczny miesięcznika PANI), zdecydowanie powinien być kobietą, albo przynajmniej obcokrajowcem. Ale nie jest. Wypadałoby więc, żeby chociaż legitymował się dyplomem dziennikarza. Nic z tego - został magistrem sztuki w Akademii Muzycznej. Aby napisać książkę o Warszawie wyjechał do Afryki. Sto pięćdziesiąt wieczorów w ciągu roku spędza w teatrze i jest jedyną znaną sobie osobą, która zapytana o ulubiony przebój, wymienia bez zastanowienia siedem oper Wagnera i cztery poematy symfoniczne Ryszarda Straussa.

Muzyka dla bogaczy

25 stycznia 2012 (12:20) | Komentarzy: 3

Sandora Fehera nawet maksymalnie zaniżając kryteria nie można byłoby nazwać "przystojnym". Jajogłowy 38-latek z rzucającą się w oczy nadwagą, nie miałby szans na rolę w hollywoodzkim thrillerze, który z pewnością powstanie na kanwie jego życia.

Korpulentnego węgierskiego skrzypka - mojego rówieśnika - miałbym okazję poznać, gdybym należał do grona najlepiej sytuowanych obywateli świata. Tego ułamka procenta populacji, który zimą zamiast taplać się w warszawskim, czy berlińskim błocie, wygrzewa się w śródziemnomorskim, ewentualnie karaibskim słońcu na górnym pokładzie luksusowego cruisera. Ale ponieważ jestem zwykłym śmiertelnikiem, więc przeczytałem o nim dopiero w notce prasowej, po jego bohaterskiej śmierci. Sandor pracował na włoskim wycieczkowcu Costa Concordia. Znudzonym pasażerom wygrywał w czasie posiłków ogniste czardasze, które doskonale pasują do homara i wina za sto pięćdziesiąt euro za butelkę. Prawdopodobnie w czasie gdy niefrasobliwy kapitan wprowadził statek na podwodne skały, skrzypek krążył między stolikami (trwała kolacja) i popisywał się swoim kunsztem. Taka praca...
Gdy zgasło światło, a syreny alarmowe zaczęły wyć, siejąc panikę i definitywnie przerywając elicie finansowej świata przyjemność obcowania z wirtuozowskimi parafrazami bałkańskich i panońskich melodii ludowych, Sandor odłożył skrzypce i według relacji świadków pomógł dwójce dzieci wydostać się na pokład. Założył dzieciakom kapoki i wsadził je do łodzi ratunkowej. Potem wrócił po swój ukochany instrument.
Był pierwszą zidentyfikowaną ofiarą katastrofy.
Gdy o tym przeczytałem, pomyślałem o Marysi. Znaliśmy się, raczej z widzenia. Graliśmy razem w jednej orkiestrze ponad piętnaście lat temu. Potem straciliśmy ze sobą kontakt. Zadzwoniła do mnie parę lat temu, na wiosnę. Chciała mi przedstawić ciekawą ofertę pracy. Kompletowała kwartet smyczkowy na najsłynniejszy ówczesny transatlantyk Queen Mary 2. Spotkałem się z nią raczej z ciekawości, niż licząc na intratny kontrakt. Chciałem się czegoś dowiedzieć o życiu muzyków na współczesnych "Titanikach". Marysia przepracowała na liniowcach sześć lat i wiedziała o tym zawodzie wszystko. Rozwiała moje nadzieje, na krociowe zyski. Nawet na najelegantszym liniowcu świata, muzyk jest jedynie członkiem załogi. Nie ma co liczyć na zarobek wyższy niż 1500-1800 dolarów miesięcznie (część z tego zgarnie jeszcze agencja, przez którą trzeba pracę załatwić). Pozwolenia, wizy, książeczka morska, badania lekarskie itd. to także na wstępie całkiem spory koszt. Pierwszy, dziewięciomiesięczny kontrakt, dobrze jak wyjdzie na "zero". Zwłaszcza, że trzeba się nauczyć oszczędnego i rozsądnego życia na statku. Mieszka się w kilkuosobowych, miniaturowych kabinach głęboko pod pokładem. Za towarzystwo mając jedynie filipińskich stewardów. Łatwy dostęp do fantastycznego jedzenia, obliczonego na podniebienia milionerów, powoduje, że po pierwszym rejsie nie ma siły, by nie przytyć dziesięć kilo. Tani alkohol w sklepach wolnocłowych skłania do leczenia samotności rumem. Pracy nie jest dużo, ale bywa monotonna. Dwa-trzy razy w ciągu dnia trzeba grać do posiłków, lub do tańca. Należy się liczyć zawsze z tym, że goście zażądają czegoś spoza stałego repertuaru. Nie można stracić czujności i kontaktu z aktualnymi przebojami muzyki rozrywkowej. Klient, nasz pan...
Reszta załogi patrzy na muzyków z zazdrością. Bo nie muszą pracować po dwanaście godzin na dobę. A jeszcze bywa, że tak jak Marysia - zrobią licencję pilota turystycznego, i wraz z grupami wczasowiczów będą zwiedzać najpiękniejsze rejony świata, koralowe wyspy, tajemnicze jaskinie, szczyty wulkanów (tych położonych najbliżej wybrzeża, z łatwym dostępem). Wtedy łatwiej jest przetrwać dziewięć miesięcy z dala od domu. Ale - tu Marysia była jednoznaczna - nie ma co liczyć na to, że uda się pracować na statku, i jednocześnie prowadzić w kraju zwyczajne życie rodzinne. Nikomu się to raczej nie udaje. Albo - albo.
Pożegnaliśmy się serdecznie. A rok później Marysia wrzuciła na portal społecznościowy swoje ślubne zdjęcia. Męża poznała na statku, być może nawet na kontrakcie, na który mogłem z nią pojechać. Wysłałem jej gratulacje i zapytałem, czy zamierza dalej pływać. Odpisała, że razem z mężem - kanadyjskim kucharzem - postanowili osiąść na stałym lądzie. Etap "morski" dla nich się skończył.
A ja trochę żałuję, że nie spróbowałem. Ale nie można przecież w życiu mieć wszystkiego...

Redakcja RMF Classic nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmfclassic.pl.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.

Zobacz także inne wpisy:

Komentarze do wpisu "Muzyka dla bogaczy" (3):

Aleksandra Drozd
26 stycznia 2012 (08:20)

to jest jak drzazga. boli

LaMaga
29 stycznia 2012 (12:44)

Piękna historia pani Marysi :) Przez ten tekst nabrałam ochoty na wycieczkę liniowcem w jakieś ciepłe miejsce. Ale może najpierw obejrzę Titanica :)

Singielka w Łodzi
26 marca 2012 (17:55)

Też czytałam historię tego skrzypka, ale nie historia Marysi bardzo piękna!

Dodaj nowy komentarz do wpisu:

»