Szymon Kloska - z wyglądu czasem przypomina Władmira Majakowskiego (tyle że z zębami), a czasem Lwa Tołstoja. Za swego duchowego mistrza uważa Henry’ego Davida Thoraeu (czytaj: chętnie zaszyłby się w lesie), acz w praktyce bywa mu bliżej do Chucka Palahniuka. Czyta poetycko: kilka książek jednocześnie, niekoniecznie strona po stronie po kolei, często w trakcie jedzenia, na trawie, w wannie, bądź w trakcie prowadzenia samochodu; nie używa zakładek, nie robi notatek. Nie uznaje podziałów wewnątrzliterackich: komiks dla nastolatek W.I.T.C.H. może poruszyć go równie głęboko jak najgęstszy wiersz Herberta.
Tomasz Pindel – jego procesy czytelnicze rządzą się regułami, przy których najsurowsza reguła zakonna to fraszka. Zagięte rogi, książki odwrócone grzbietem do góry, notatki na marginesach, kolaże z resztek jedzenia – to wszystko dla niego grzechy śmiertelne. Tyle, jeżeli chodzi o rytuał. A metoda? Ta kojarzy się raczej z siewcą (tym z obrazu Courbeta czy Van Gogha) – rozmach iście królewski, od miedzy do miedzy. I tak w tym samym okresie czyta (i kończy!) on Beniowskiego, zbiór reportaży Hugo-Badera, kolejny komiks z serii Armada i kolejną książkę Bayly’ego. Wszystkie te pozycje są katalogowane w jego na razie objętych klauzulą tajności katalogach, które pod koniec roku poddawane są szczegółowej analizie.
Święta Śmierci módl się za nami
Choć podróż dookoła świata (którą rozpoczęliśmy dwa lata temu od Białorusi i od tego czasu konsekwentnie przemieszczamy się przez glob po pięć książek na kraj) zawiodła nas tym razem do Chile (nad którym to rozwodzimy się wokalnie w audycji z 12 września), to ja wciąż wracam czytelniczo do jednego z naszych wcześniejszych przystanków: Meksyku. Z przyczyn zasadniczo emocjonalnych, ale też praktycznych, bom sobie stamtąd nawiózł spore stosy książek i teraz je stopniowo trzebię czytelniczo.
I ostatnio zabrałem się wreszcie, tak na porządnie, za niewielką książeczkę meksykańskiego dziennikarza Joségo Gila Olmosa zatytułowaną La Santa Muerte. La virgen de los olvidados (Święta Śmierć. Patronka zapomnianych), którą wcześniej wertowałem, podczytywałem, no a teraz przystąpiłem do lektury solidnej i gruntownej.Publikacja ta cieszyła się w swoim kraju znaczną popularnością, bo też w sposób przystępny, ale zarazem szeroki omawia jedno z ważniejszych i ciekawszych zjawisk religijno-kulturowych współczesnego Meksyku: kult kościotrupiej postaci, Świętej Śmierci, która wygląda jak Madonna, tyle że jest szkieletem. U nas tu i ówdzie wspomina się o niej, bo też temat atrakcyjny, a poza tym pasuje nam do stereotypowego wizerunku Meksyku, który wszak czaszkami stoi. Myliłby się jednak ten, kto uznawałby ów fenomen za jakiś tam wykwit cepeliopodobnego folkloru – kult jest jak najbardziej poważny i masowy, i ma swoje głębokie korzenie. A szokujący – no jest, ale jak na to spojrzeć z meksykańskiej perspektywy, to nie aż tak bardzo.
Olmos swoje rozważania zaczyna od szkicu historycznego: bo choć kult w aktualnej formie sięga raczej połowy XX wieku, to istnieją liczne i dawne świadectwa oddawania czci wyobrażeniom Kostuchy na terenie kraju. Dla nas to szokujące, ale zapominamy, że śmierć i czaszki stanowiły częsty motyw w religijnej sztuce od średniowiecza po barok, a w Meksyku jeszcze się to połączyło z tubylczym podejściem do śmierci: dla Indian zejście z tego świata nie stanowiło bowiem drastycznej cezury – jak dla Europejczyków – tylko płynne przejście w inną formę istnienia. Poza tym w ludowej kulturze Meksyku pełno jest śmierci – wystarczy wspomnieć grafiki Posady czy cukrowe czaszki oraz trupiokształtne zabawki na Święto Zmarłych – więc tambylcy mieli okazję, by się z tym wizerunkiem oswoić. Dla nas czacha oznacza horror i makabrę, dla Meksykanów ma dużo więcej kontekstów.
Opisując aktualny stan rzeczy Olmos wskazuje na istotne przyczyny popularności kultu: jest on z gruntu ludowy i demokratyczny, nie ma bowiem żadnego kościoła czy hierarchów, rzecz kluczowa w świetle kryzysu tradycyjnych instytucji religijnych. Kostuchę prosi się o rzeczy codzienne, praktyczne, jest uczestnikiem normalnego życia, tu i teraz, a nie jakichś tam zaświatowych spraw. Zauważa też autor, że kult nabrał wiatru w żagle od roku 1995 czyli od początku wielkiego kryzysu, który zmiótł z powierzchni ziemi klasę średnią i masy ludzi wepchnął w ubóstwo, a do tego kwitnie nadal w czasach niekończącej się i koszmarnej narkotykowej wojny pochłaniającej rokrocznie tysiące ofiar, i to wcale nie tylko narcos. Słowem: kult czasu kryzysu i upadku, pociecha naprawdę strapionych.
A propos narcos: Olmos z zapałem polemizuje z promowanym przez media skojarzeniem Świętej Śmierci ze światem handlarzy narkotykami i satanizmem. Owszem, wśród wyznawców kościotrupiej Panny są narcotraficantes, ale także gospodynie domowe, studenci, nauczyciele, robotnicy, sportowcy, politycy i pewna słynna śpiewaczka.
Im głębiej w książkę, tym silniejsze mam też poczucie, że Olmos nie zachowuje bezstronności i nawet jeśli wyznawcą nie jest, to wyraźnie sprzyja adoratorom Śmierci (widać to szczególnie kiedy z dużym zaangażowaniem piętnuje praktyki samozwańczego arcybiskupa i szarlatana, który przypisywał sobie prawo do reprezentowania wiernych – dziennikarz cytuje in extenso anonimowy donos przeciwko hochsztaplerowi, obfitujący w biograficzne szczegóły). Ale to też ma swoje plusy, bo widać dzięki temu, że temat jest naprawdę żywy i że kult Świętej Śmierci, choć wciąż nieuznawany przez państwo i zwalczany za domniemane powiązania z narco-światem, to ważna część życia dzisiejszego Meksyku. A nam, z tej strony oceanu, dobrze zrobi przyjrzenie się takim z pozoru szokującym zjawiskom, bo dzięki temu łatwiej będzie pozbyć się tych nieznośnych okularów europocentryzmu.
TP
Redakcja RMF Classic nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmfclassic.pl.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Zobacz także inne wpisy:
- 7 lis 2011• Twarz i serce – czyli powraca Javier Marías
- 14 paź 2011• Jutro w Polsce
- 27 wrz 2011• Skóra tarantuli
Polecam Museo de la Catrina w Saltillo: http://descubresaltillo.blogspot.com/2009/11/museo-de-la-catrina.html
kiedy trwoga - a "słaby, bezradny jest Duch Boży" - człowiek zaczyna szukać; wsród kości, drzew, kamieni. I wsród innych ludzi - wspólwyznawców. A tego Olmosa poszukam w bibliotece, do tej pory znałam innego - Edwarda Jamesa - niezrównanego "łapsa" z Blade Runnera, który znalazł w sobie resztki wiary w jednorożca..nawet jeśli tylko na chwilę, to dobrze.
Hot damn, looking pertty useful buddy.
p1QAGh shtydqhskwvk
qfcAM1 hcdwgnamefbf


Komentarze do wpisu "Święta Śmierci módl się za nami" (5):