Szymon Kloska - z wyglądu czasem przypomina Władmira Majakowskiego (tyle że z zębami), a czasem Lwa Tołstoja. Za swego duchowego mistrza uważa Henry’ego Davida Thoraeu (czytaj: chętnie zaszyłby się w lesie), acz w praktyce bywa mu bliżej do Chucka Palahniuka. Czyta poetycko: kilka książek jednocześnie, niekoniecznie strona po stronie po kolei, często w trakcie jedzenia, na trawie, w wannie, bądź w trakcie prowadzenia samochodu; nie używa zakładek, nie robi notatek. Nie uznaje podziałów wewnątrzliterackich: komiks dla nastolatek W.I.T.C.H. może poruszyć go równie głęboko jak najgęstszy wiersz Herberta.
Tomasz Pindel – jego procesy czytelnicze rządzą się regułami, przy których najsurowsza reguła zakonna to fraszka. Zagięte rogi, książki odwrócone grzbietem do góry, notatki na marginesach, kolaże z resztek jedzenia – to wszystko dla niego grzechy śmiertelne. Tyle, jeżeli chodzi o rytuał. A metoda? Ta kojarzy się raczej z siewcą (tym z obrazu Courbeta czy Van Gogha) – rozmach iście królewski, od miedzy do miedzy. I tak w tym samym okresie czyta (i kończy!) on Beniowskiego, zbiór reportaży Hugo-Badera, kolejny komiks z serii Armada i kolejną książkę Bayly’ego. Wszystkie te pozycje są katalogowane w jego na razie objętych klauzulą tajności katalogach, które pod koniec roku poddawane są szczegółowej analizie.
Skóra tarantuli
We wrześniowej audycji o nowościach Tarantula Thierry’ego Jonqueta nam się nie zmieściła, no bo pięć to pięć, nie sześć, nijak nie da się oszukać; ale też, prawdę mówiąc, nie chciałem się na temat owego dziełka wypowiadać nie znając Skóry, w której żyję, czyli „nowego Almodóvara” opartego na tej właśnie książce. Bo kwestia ekranizacji literatury zawsze wzbudza wiele emocji, no a książeczka (to termin nie despektywny, tylko deskryptywny: Tarantula cechuje się małym formatem i raptem stu czterdziestoma stroniczkami) pojawiła się u nas ewidentnie na fali zainteresowania filmem (patrz: okładka).
Ekranizacje dzielą się zasadniczo na dwie grupy: koszmarne filmy oparte na wspaniałej literaturze (z koronnym na krajowym gruncie przykładem Wiedźmina) i bardzo dobre filmy oparte na słabych książkach (tu akurat przykładu nie przytoczę z pamięci, bo w tym przypadku zwykle się nawet nie pamięta, że to była ekranizacja). Skóra… sytuuje się gdzieś pośrodku: ani film nie wydał mi się specjalnie genialny, ani książka nie jest zła, choć bez wątpienia szala przechyla się na stronę kina. Jonquet to średniej jakości proza rozrywkowa, a Amodóvar to znakomicie zrealizowane kino autorskie, mniejsza o oceny – no ale że to jest na pewnym poziomie, chyba nie ma dyskusji.Kryminalik Jonqueta jest dość błahy, czyta się go sprawnie, napisany jest stylem niezmiernie płaskim, acz ma zręczny pomysł, tyle że niewykorzystany do cna. Raczej opowiadanie by z tego było, bo zasadniczy urok fabuły polega na ostatecznej niespodziance, jaka się na nas czai pod koniec.
Z kolei po recenzjach filmowych spodziewałem się, że don Pedro przerobi ową historyjkę na wielowymiarowe i złożone dzieło – ale tak się w sumie nie stało. Owszem, pociął Almodóvar Tarantulę niczym filmowa Vera swe pstrokate kiecki, poukładał to po swojemu i tak spójna i krótka fabuła Jonqueta rozwarstwiła się i dała pole do popisu większej gamie postaci, a tym samym zwielokrotniła międzyludzkie relacje, więc miał reżyser co kręcić, a aktorzy co grać. Natomiast tych zwiastowanych przez krytyków filmowych głębokich refleksji jakoś za bardzo nie widać. Pewnie, że chirurgia plastyczna znakomicie nadaje się na metaforę naszych czasów, symbol opętańczej gonitwy za pięknem, tudzież punkt wyjścia do frankensztajnowskich zadumań nad granicami nauki i kompleksu Boga – no ale Almodóvar, mam wrażenie, nic tu nie metaforyzuje, tylko opowiada, to jednak jest nade wszystko thriller. Oczywiście subtelniejszy niż literacki pierwowzór, bo o ile w książce motywacje bohaterów są proste i jasne, i generalnie nie mamy problemów z oceną postaci (azali źli to czy dobrzy), to w filmie wszystko się uwieloznacznia, nie do końca wiadomo, co kto myśli i czuje, co nim motywuje i tak dalej – czyli zyskujemy na autentyzmie, a tracimy na klarowności.
No i tak piszę, i myślę, i sam już nie wiem, czy mi się ten film podobał, czy nie podobał, czy książka jest kiepska, czy może w sumie ujdzie, czy Almodóvar sknocił, czy jednak trzyma formę, no nie wiem, holender, sam nie wiem. Jedno mi się natomiast w filmie bardzo podobało: książki. Bo tam wszędzie walają się książki, ich stos stoi w pokoju Very, pełno ich na półkach, widzimy jak bohaterka czyta z uwagą jakąś opasłą książkę z wydawnictwa Seix Barral – ale nie wypatrzyłem jaką (pierwszy raz zatęskniłem w kinie za pilotem z funkcją „pauza”), a na początku dostaje tom Alice Munro (ach, jakże to szlachetna kryptoreklama!).
Więc jeśli to jest jakaś aluzja, jakiś trop i podpowiedź na przyszłość, to ja się bardzo cieszę: opowiadanie Munro zekranizowane przez Almodóvara? Baaardzo proszę!
TP
Redakcja RMF Classic nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmfclassic.pl.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Zobacz także inne wpisy:
- 7 lis 2011• Twarz i serce – czyli powraca Javier Marías
- 14 paź 2011• Jutro w Polsce
- 12 wrz 2011• Święta Śmierci módl się za nami
There's a trerific amount of knowledge in this article!
iu5Hwl pxrapdlbocgb
rTDwbk ytdzgrolihgs


Komentarze do wpisu "Skóra tarantuli" (3):