Michał Łanuszka - Wieliczanin. Z wykształcenia aktor, choć w serialach zobaczyć go nie można. Podobno w czasie prześwietlenia promieniami Roentgena okazało się, że zamiast serca ma mikrofon radiowy. Smutki topi w strunach gitary i w wietrze we włosach w czasie jazdy rowerem. Szkoda tylko, że nie można tego połączyć... Chociaż, znając Łanuszkę, kto wie?
Roman Wilhelmi
Jest taki dobry obyczaj, by po śmierci mówić o zmarłym dobrze, albo wcale. W przypadku śmierci Romana Wilhelmiego, większość jego teatralno-filmowych koleżanek i kolegów wybrała tę drugą opcję. W porządku – takie było ich święte prawo, ale żeby po 20 latach od śmierci Wilhelmiego w dalszym ciągu tylko nieliczni chcieli o nim rozmawiać? Tego, doprawdy, nie rozumiem!
Przecież 20 lat to kawał czasu! Zacierają się złe wspomnienia, a podświadomie w pamięci pielęgnujemy te miłe i dobre. Myślę, że to nie lada rzadkość, by komuś za życia udało się być takim draniem, że po 20 latach od śmierci mało kto ma ochotę na wspomnienia. Więc dlaczego o Wilhelmim dziś chcą rozmawiać tylko nieliczni?!- „Proszę Pana, proszę mi tym tematem głowy nie zawracać, żegnam!”
- „Wolałabym to tego już nie wracać, to było tyle lat temu. Nie są to łatwe dla mnie wspomnienia, przepraszam”
- „To był kawał drania! Proszę wybaczyć, ale szkoda mi czasu, żeby o nim rozmawiać!”
Miło, prawda? To tylko fragmenty moich rozmów telefonicznych z osobami, których ścieżki zawodowe wielokrotnie przecinały się ze ścieżką Romana Wilhelmiego. Nazwiska z pierwszych stron gazet! Nazwiska, wybaczcie, pominę, ale zdziwilibyście się tak, jak ja się zdziwiłem, słysząc w słuchawce serię inwektyw zakończoną rozłączeniem rozmowy. Takie sytuacje zdarzyły mi się po raz pierwszy w czasie mojej pracy w radiu.
Nie chcę tego oceniać, chcę to wszystko pozostawić Waszej ocenie. Nie chcę też bałwochwalczo oznajmiać, że oto wiem, że znalazłem prawdę o Romanie Wilhelmim! Nie.
Na scenie był wielki, zawsze genialny – miał tego świadomość – bo niby dlaczego nie? Dlaczego miał się w takim razie poza sceną tej swojej genialności wstydzić? Czy bycie pokornym, skromnym, uczynnym i koleżeńskim na co dzień w życiu to jest obowiązek? NIE!? Może po prostu, jako świadomy swojej wielkości Artysta, tej artystycznej genialności się po prostu nie wstydził? Bo niby dlaczego? Miał do tego święte prawo. On nie kalkulował, on po prostu był. Miał odwagę być – to jest jedna z opcji, albo – nie miał innego wyjścia, mógł tylko być, opcja druga. Był. I nie ograniczał tego swojego bycia budowaniem i pielęgnowaniem relacji - każda relacja jest przecież oparta na jakimś kompromisie, zatem coś zabiera. On nie chciał, by cokolwiek zostało mu odebrane. Tak chciał, tak mógł. Zatem drażnił, denerwował, doprowadzał do szału.
Owszem – Roman Wilhelmi był uważany za drania, „buca” czy innego „skurwysyna” (tak, to też cytaty usłyszane w słuchawce telefonu…) i to, moim zdaniem, był i jest do dziś problem, ale nie dla Wilhelmiego, tylko dla tych wszystkich, którzy go tym draniem widzieli.
On za to zapłacił samotnością. Z resztą – samotnością płaci i dziś, 20 lat po śmierci. Pamięć to bezwzględny obowiązek każdego człowieka. Ocenianie jego czynów zawsze jest ryzykowne.
Na koniec jeszcze kilka fragmentów wypowiedzi tych, którzy wspominać Wilhelmiego się nie boją: Grażyny Barszczewskiej, Henryka Talara i Leonarda Pietraszaka, którym najserdeczniej za każde słowo dziękuję!
Redakcja RMF Classic nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmfclassic.pl.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.
Zobacz także inne wpisy:
- 22 kwi 2012• Kazik
- 25 mar 2012• A bez metafor?
- 6 lut 2012• Idzie wiosna!!! :)
Bardzo dziękuję. Jestem po dużym wrażeniem wypowiedzi, zwłaszcza Henryka Talara. To prawdziwy dar: umieć tak wiele przekazać w tak krótkim czasie. I ta empatia....
Kolejny raz czytam ten wpis. I nie moge uwierzyc... Nie moge uwierzyc w to co sie dzieje... Po owocach ich poznacie... Dzieki...
Babie lato i Powiększenie. Cortazar i Antonioni opowiedają - każdy po swojemu - o tym jak wieloznaczne, nieoczywiste jest to, co obserwujemy. Czarowna sielanka może mieć drugie, ohydne dno. Carno-białe fotografie też mogą skrywać tajemnice. Na pytanie, czy uda się dociec PRAWDY obaj Panowie z lekkim, zrezygnoawnym uśmiechem kręcą przecząco głowami, i tak "niedopowiadając", kończą swoje opowieści. Jak to się ma do konkrertnego życia konkretnego człowieka? Każdy człowiek jest, bywa czarno-biały, dobry-podły, mądry-głupi itd, itp. Zawiść, pycha, egoizm, małoduszność - czy tylko tych unikających rozmowy o wielkim aktorze opisują te epitety ? Do niego nie odnoszą się - wcale ? Po owocach ich poznacie, tak, ale jednocześnie; nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni..I jeszcze coś na temat upływu czasu, który ma zacierać bolesne wspomnienia; kiedyś słuchałam dziennikarza opowiadającego o swoim wywiadzie z Aktorką (po co nazwiska :) Zapytał ją o zmarłego przed bardzo wielu laty męża. A ona rozpłakała się tak gorzko i boleśnie, jakby straciła go wczoraj. Bo to jest tak, że wielcy nie pozostawiają po sobie "draśnięć". Tylko głębokie rany. A tak poza wszystkim, to dziennikarzom za słodko-gorzkie poszukiwania odpowiedzi - żeby "dopowiedzieć"- wyrazy wdzięczności.
Przechodzę codziennie przez skwer Romana Wilhelmiego,więc jestem z Poznania. Jestem dumny,że tak wybitny aktor był Wielkopolaninem. Jednakże Panie Michale uważam,że co innego artyzm,który jeśli jest wielki sam się oprze upływowi czasu,a co innego człowieczeństwo. Nie odbierajmy całkiem dużej grupie ludzi osądzać Pana Romana źle. Po co sztuczny poklask-ktoś był draniem,to tak trzeba mówić. Wielu wybitnych ludzi zostawiło po sobie coś wzniosłego a wokół siebie tworzyli "przestrzeń spalonej ziemi". Pozdrawiam.
Panie Andrzeju - niczego, nikomu nie odbieram. Każdy ma święte prawo do swojego własnego zdania. Chodzi tylko o pamięć, która dla mnie równa się tożsamości. Jeśli ktoś widzi w Wilhelmim drania, to niech chociaż ma odwagę o tym powiedzieć - tyle. Pamięć jest obowiązkiem. Osąd? W tę kwestię, ja-maluczki, już wchodzić nie będę..
Nie wiem, jaki Roman Wilhelmi był prywatnie, ale aktor pierwsza klasa. Ja nauczyłem się oddzielać kunszt zawodowy ludzi od ich prywatnego zachowania. Przecież wielu wspaniałych aktorów czy reżyserów w życiu pozazawodowym zachowuje się, że ręki wstyd podać, ich publicznie wyrażane poglądy (na przykład polityczne) jak również sposób ich wyrażania są takie, jakby spłacali komuś jakieś długi swoimi wypowiedziami. Przykłady? Wspaniali reżyserzy: Andrzej Wajda czy Kazimierz Kutz, rewelacyjni aktorzy: Marek Kondrat czy Krystyna Janda. Ale gdy zabierają głos w niektórych sprawach... ręce opadają i nie wiem tylko czy oni jakąś kolejną rolę odgrywają czy tacy są na prawdę. Więc cenię ich za pracę na scenie czy na planie ale oddzielam ich życie prywatne od zawodowego.
Pamiętam kiedyś wywiad z Bogusławem Lindą na tema jego roki księdza Robaka, pytano go czy to ważne dla Niego , że gra taką narodową wielką rolę... Odparł : to jest tylko zawód!!! Pomyślałem hm zawód, rola no tak ale jaki jesteś, kim jesteś to tak grasz. Wszystkiego można się nauczyć, ale zawsze cząstkę siebie trzeba ujawnić w każdej roli. Z panem Romanem wiecznym Dyzmą chyba też tak było. Był prawdziwy bo chyba był sobą... Ale to dobrze. Czy Holoubek zagrał by Dyzmę, czy Łomnicki ? Mimo swych wielkości aktorstwa..
Powyższy komentarz bardzo mnie zainspirował do poszukiwania odpowiedzi, ile też Anthony Hopkins pożarł wątróbek - z.. nooo powiedzmy ..z fasolką - przed przystąpieniem do pracy nad rolą Hannibala Lectera :) I czy sir Anthon`ego też można nazywać wiecznym Lecterem..
Ciekawostka - gdy Wilhelmi się wahał, czy przyjąć rolę Dyzmy, czy nie, powstał plan B - Jerzy Stuhr ;) Ciekawe jakby to było..? :)
Czy sir Anthon`ego też można nazywać wiecznym Lecterem... Dobre pytanie, nawet za dobre ! Dla mnie przez tą swoją niezwykłą prezentowaną wiedzę i przenikliwość pozostał Lecterem. Myślę, że każdy z nas postrzega inaczej aktorów i role czy aktorstwo. Dla mnie B. Linda zawsze będzie Frantzem z Psów a sir A Hopkins Lecterem. Ale myślę, że to dobrze bo każdy z nas jest inny i inaczej widzi każdy film. Wszak niema prawd narzuconych, wszystko jest filozoficznym podejściem do sztuki. Jak ktoś wczuł się w rolę B Lindy w Psach czy w innych Jego "męskich" filmach to będzie Go inaczej postrzegał niż ktoś kto w swojej poetyckości wszedł w rolę księdza Robaka. Nie bez przyczyny tak wiele Jego zdań weszło do kanonu powiedzeń czy zachowań. Stuhr zastał dla mnie Wodzirejem mimo, że grał potem wiele innych świetnych ról. Z filmem jest jak z teatrem , to aktor kreuje postać ale swoją osobowością.
Koncert, na którym byłam, późno się skończył, dlatego już jutro wracam do rozmowy. W przypadku muzyki, często się zdarza, że tę samą kompozycję wykonują różni artyści i mnie podoba się taka różnorodność, nie przywiązuję się do Jednej Jedynej Wersji Ostatecznej i Jedynie Słusznej. Film to chyba jednak dużo droższe bawidełko i dlatego nie robi się kilku wersji tego samego obrazu z różnymi wykonawcami. (Jako wyjątek od tej reguły można potraktować serię z Bondem - bywali rewelacyjni odtwórcy i na drugim biegunie - Timothy Dalton czyli katastrofa! Tylko, że moim zdaniem, ten aktor talentem nie błyszczał w żadnej roli.) Wracam do Romana Wilhelmiego; zanim zobaczyłam go jako Haendela w Kolacji na cztery ręce, oglądałam tę sztukę z porywającą kreacją Czesława Wołłejki w tejże roli. I w moim prywatnym muzeum wyobraźni obaj genialni aktorzy zajmują należne im miejsca, nikt nikogo nie zdetronizował. Przypuszczam, że podobnie rzecz by się miała w przypadku Dyzmy z Jerzym Stuhrem. Bo tak jak Pan Andrzej słusznie zauważył liczy się osobowość aktora. I talent. Ale tu koniec zgody; nie patrzę na aktora przez pryzmat jednej jego roli; we wspomnianej Kolacji nie widziałam Dyzmy udającego kompozytora, tylko aroganckiego, bezczelnego impertynenta, który podziwia i kocha tego obrzucanego złośliwościami Pana "Pacha". Podobnie jak nie widziałam błyskotliwego erudyty o morderczych skłonnościach w Okruchach dnia. Bo Hopkins i Wilhelmi to genialni aktorzy. CBDO :)
zainteresował mnie temat wspomnien o Romanie Wilhelmim. Studiowałam w Poznaniu w latach 1982-1987 i w tym czasie bardzo czesto chodzilam do teatru. Oprócz teatrów poznanskich dzialal tez teatr Masztalarnia, na scenie ktorego wystepowaly teatry z innych miast. Przewaznie byly to spektakle scen warszawskich, a dostac bilety nie bylo tak latwo, bo teatr był niewielki i bilety szybko się konczyły. Pamietam, ze jednym z kilku przedstawien, które tam widzialam bylo "Dwoje na huśtawce" z Romanem Wilhelmim i Grazyna i Barszczewską. W każdym razie przedstawienie bylo fantastyczne (tylko tych dwoje aktorów grało) - przenieslismy się w cłkowicie inny wymiar. Na koniec przedstawienia pan Roman Wlihelmi po długich oklaskach zwrocił się do publiczności i przeprosił nas (!!!!), że byc może dzisiejsze przedstawienie nie było takie jak oczekiwaliśmy z jego winy, ale jest strasznie zaziębiony i organizatorzy zastanawiali się nawet, czy nie odwołać dzisiejszego spektaklu. Nie było widac żadnego zaziębienia, grał doskonale, tym bardziej dostal kolejne brawa. Pani G. Braszczewska równiez grała perfekcyjnie. Nie jestem psychologiem, ale to co widziałam na własne oczy - zarówno grę aktorską jak i zachowanie po spektaklu - szacunek do publicznosci poznanskiej, dosc przypadkowej - świadczy o tym wielkim aktorze na jego korzyść. Wielu ludzi nie potrafi pokazac swojego prawdziwego oblicza i przyjmuje różne maski dla otoczenia. Może jednak w swojej pracy dziennikarskiej dotrze pan do prawdy.
wzruszylam sie sluchajac tych wypowiedzi...
This aritlce keeps it real, no doubt.
Dla mnie Roman Wilhelmi to rewelacyjny Händel z "Kolacji na 4 ręce"


Komentarze do wpisu "Roman Wilhelmi" (15):