Alicja Myśliwiec - 160 centymetrów postmodernizmu. Pisze, publikuje, wykłada. Najchętniej mieszka w torbie na kółkach. Chciałaby gwiazdkę z nieba i polską edycję Vogue'a. Hobbystycznie wikła się w romanse z rzeczywistością i zakochuje się co kwartał w INNYM…mieście. Gdy dorośnie, będzie profesorką i nauczy się gotować. Na razie w kuchni ma tylko kieliszki do wina i ekspres do kawy. Dużo częściej bywa niż jest. Uparcie wierzy w życie poza-radiowe.

Glob-ALI-zacja

12 grudnia 2011 (09:52) | Komentarzy: 4

Pokolenie współczesnych 30-latków skazane jest na lajfstajlową europejskość. Kontrasty nie są w modzie. Gdy okazało się, że zamiast dzielić, łączą, przestało się je eksponować. Uwodzimy więc w europejskim stylu. Niekonwencjonalną twarz przypudrowała wielkomiejska estetyka, rodem z kraju gdzieś między wschodem a zachodem.

Rzym jest jak Kraków, Mediolan jak Warszawa. Myśl pojawiła się, gdy w polsko-włosko-austriacko-francuskim towarzystwie rozwijaliśmy pawie ogony inteligencji, próbując – trochę na siłę – znaleźć kosmopolityczny wspólny mianownik dla miejsc, w których żyjemy. Przypominało to po częsci cykl terapeutyczny, którym obejmowane są najmłodsze kraje unijne. Porównując daną aglomerację do znajomych zakamarków, oswajamy to, co wydaje się obce. Odzyskujemy poczucie bezpieczeństwa.

Dwie znajome Polki, wróciwszy z Rzymu, snuły porównania Trastevere do krakowskiego Kazimierza i warszawskich Delikatesów na Nowym Świecie. Miarka przebrała się, gdy dodały, że Tyber ma niesamowity kolor mlecznej czekolady. Pomyślałam, dlaczego nikt WISŁY nie osłodzi takim przymiotnikiem.

Inaczej jest na wschodzie. Tam jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rodacy bombardują rozmówców zaimkami dzierżawczymi. Bo u NAS w Warszawie nie jest tak zimno, jak w Kijowie na przykład. Dlatego MY z Warszawy najchętniej nie wychodzilibyśmy z sauny – z natury jesteśmy ciepłolubni, jak to ludzie Zachodu. W końcu U NAS jest o całe 3 stopnie cieplej niż na takiej Ukrainie i wyczuwamy te, tylko pozornie, subtelne różnice. Zachodnią europejskość widać nawet podczas robienia zdjęć. Wybieranie detali, które wpadają w oko od lat jest uznawane za najszybszy sposób oswajania miejskiej przestrzeni. Ale rodak na wschodzie nie potrzebuje spacerów i pstrykania. Wychodzi na taras hotelu „X” na piętrze Y i robi zdjęcie telefonem z jabłkiem. Nie byle jakie. Bo u nas w Warszawie robi się zdjęcia panoramiczne. Nie trzeba bawić się selekcje detali. Jest szybciej, wygodniej.

Trawa u sąsiadów zawsze wydaje się bardziej zielona, pod warunkiem, że sąsiad ów mieszka na zachód od "naszego" Edenu.

Redakcja RMF Classic nie ponosi odpowiedzialności za treść, formę i zawartość blogów w portalu www.rmfclassic.pl.
Prezentowanych wypowiedzi nie należy identyfikować z linią programową Redakcji.

Zobacz także inne wpisy:

Komentarze do wpisu "Glob-ALI-zacja" (4):

Anna
12 grudnia 2011 (11:01)

Zawsze i od lat - co ciekawe, działa to niemal w każdym kraju (choć nie mam pojęcia czemu).

maya
12 grudnia 2011 (21:56)

a gdy Eden nazywa się Toskanią to jest najidealniejszym z rajów, i jak to na ogól z wiarą bywa, każda krytyka Raju spotyka się z natychmiastową ripostą 'i tak ci nie wierzę'

OLA
12 grudnia 2011 (22:12)

Eden na zachód od nas to odwieczny stereotyp pokutujący wśród Polaków!!!!

Oliter
13 grudnia 2011 (02:00)

Łubin - http://img687.imageshack.us/img687/9316/russelllupins15946.jpg - nie jest ani gorszy , ani lepszy od lawendy. Jest nasz. I ja widzę, że piękny . . .

Dodaj nowy komentarz do wpisu:

»